Share | 
 
Dziedziniec pod wieżą astronomiczną
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Mistrz Gry

avatar
Specjalne

Liczba postów : 1032
PisanieTemat: Dziedziniec pod wieżą astronomiczną   28.09.15 19:53

Dziedziniec pod wieżą astronomiczną
Dziedziniec ten jest dobrym miejscem do spędzenia wolnej chwili między lekcjami, jeśli akurat pozwala na to pogoda. Na środku stoi niewielka fontanna, a szum wody idealnie wpływa na myślenie, prawda? Kiedy zaś podniesiesz głowę, wysoko w górze dojrzysz szczyt Wieży Astronomicznej, bo to pod nią właśnie jesteś.
Powrót do góry Go down
Serpens Lucifer Burke

avatar
Gracz


Skąd : Reykjavík, Islandia
Liczba postów : 142
PisanieTemat: Re: Dziedziniec pod wieżą astronomiczną   21.11.15 21:25

Nie spodziewał się tego, że tak nagle opuszczą salę. Mogła go chociaż uprzedzić, a nie tak bezceremonialnie wyciągać z zajęć. Nie żeby miał coś przeciwko temu, zaczynał się naprawdę źle czuć z tym, że przeszkadza innym i nie słucha nauczyciela. Tego co się stało za drzwiami zupełnie się nie spodziewał, nie można było tego nawet nazwać pocałunkiem, tylko lekkim muśnięciem warg. Ale i tak nie był przyzwyczajony do tego, że ktoś w taki sposób okazuje mu zainteresowanie.
- Może gdzieś poza mury zamku? - sam nie był o tym przekonany. Nie czuł się jeszcze na tyle pewnie w labiryncie korytarzy, aby prowadzić, ale skoro Bianka zadała mu pytanie, uznał, że ma wyjścia - Ostatnio patrzyłem się przez okno na jezioro, ale za każdym razem coś mi burzyło plany i ostatecznie nie udało mi się tam trafić. Może tym razem - z drugiego piętra nie było daleko. Trochę schodów, ale nie za wiele, kilka korytarzy i mogli się cieszyć świeżym powietrzem. Początkowo chciał iść nad jezioro, ale kiedy przechodzili obok dziedzińca nie mógł nie zatrzymać się na chwilę.
- Lubię to miejsce - podszedł do fontanny i usiadł na jej skraju uznając ostatecznie, że to miejsce też będzie dobre. Zanurzył rękę w wodzie i zmącił jej spokojną taflę, odkładając na bok prezent od Bianki. Nie chciał, aby coś się z nim stało, a spotkanie z fontanną na pewno nie wpłynęłoby na niego dobrze.
- Niedługo skończy mi się eliksir, mogłabyś uwarzyć mi nowy? - spytał spoglądając w jej kierunku. Żałował, że sam nie miał zdolności w tej dziedzinie i musi się zawsze prosić innym. Do szkolnej pielęgniarki zaglądał tylko w ostateczności, bo zawsze zadawała mu zbyt wiele pytań, a tego nie potrzebował i z pewnością nie polepszało samopoczucia. Mógł leczyć się sam, ale do tego potrzebny był eliksir - Niewiele mi już zostało… - zaczął się nerwowo tłumaczyć, bo ostatnio prosił o niego coraz częściej. Miał tylko nadzieję, że Bianka zrozumie.
Powrót do góry Go down
Bianka Bell

avatar
Gracz

Skąd : Polska/Anglia
Liczba postów : 31
PisanieTemat: Re: Dziedziniec pod wieżą astronomiczną   21.11.15 21:43

Bianka uśmiechnęła się delikatnie na słowa chłopaka. Tak, to był dobry pomysł. Dusiła się tu, w tych murach; chciała zażyć trochę świeżego powietrza. A przecież Hogwart miał takie piękne okolice. W szczególności lubiła Zakazany Las i często zdarzało jej się tam wymykać. Raz nawet wyszła w pełnię, ale mało brakowało, a nie skończyłoby się to dobrze. Musiała uważać. Po wojnie była w lesie tylko raz - odkryła, że przez anemię ma coraz mniej sił. Czasem czuła się jak staruszka, jak delikatne chucherko. I miała ochotę tylko leżeć i spać.
- Wyborny pomysł - stwierdziła, nie puściwszy jego ręki, i zaczęła iść w odpowiednią stronę. Lubiła chodzić za rękę, nieważne z kim. Podobało jej się takie poczucie intymności między dwojgiem ludźmi, taka więź, koneksja, nawet niekoniecznie emocjonalna - po prostu. Poczucie bezpieczeństwa.
Serpens zatrzymał się na dziedzińcu pod więżą astronomiczną. Bianka lubiła to miejsce, było takie ciche i na ogół spokojne. Dzieciaki zwykle przesiadywały na dziedzińcu głównym, tutaj mało kto przychodził - a jak już, to z książką lub pergaminem.
- Ja też - powiedziała tylko, siadając po turecku na skraju fontanny, obok Serpensa. Oparła łokieć na swoim kolanie, by podeprzeć podbródek dłonią i spojrzeć na chłopaka przymrużonymi oczami. Ostatnio coraz częściej słyszała te słowa i bynajmniej jej się to nie podobało. Zwyczajnie martwiła się o Burke'a. Mógł się wpakować w poważne kłopoty, a ona nie chciała mieć go na sumieniu. - Zwiększasz dawki - stwierdziła, jakby to miała być odpowiedź. Ale przecież wiedziała, że jeśli ładnie poprosi, to ona się ugnie. Po prostu chciała wybadać sprawę. Chociaż spróbować się przeciwstawić wciąganiu jej do tej wspólnej zbrodni.
Westchnęła, prostując się, po czym przysunęła się do niego bliżej.
- Wiesz, że musisz uważać z ilością, Serpens - powiedziała, kładąc czułym gestem dłoń na jego policzku i tym samym zmuszając go, by spojrzał jej w oczy. - Uwarzę ci go, ale będziesz musiał codziennie przychodzić do mnie po odpowiednią dawkę, dobrze? - spytała, ostrożnie ważąc słowa. Nie mogła nad tym stracić kontroli, inaczej i dla niej i dla niego źle mogłoby się to skończyć.
Powrót do góry Go down
Serpens Lucifer Burke

avatar
Gracz


Skąd : Reykjavík, Islandia
Liczba postów : 142
PisanieTemat: Re: Dziedziniec pod wieżą astronomiczną   22.11.15 0:13

Dopiero kiedy znaleźli się przy fontannie zorientował się, że przez całą drogę szli za rękę. Nie było w tym nic złego, żadnej obietnicy, którą mogło nieść za sobą pokazanie się w ten sposób z drugą osobą. Bo wiedział doskonale, że niektórzy tak kochają plotki, że niewiele im potrzeba było do szczęścia. Zawsze żal mu było takich osób, bo to oznaczało, że bardzo musiały nie lubić swojego życia skoro woleli się skupić na innych. Nie dbał jednak o to, co o nim powiedzą inni i tak już dużo mówili i to zdecydowanie gorszych rzeczy, więc jak powiedzą dla odmiany coś miłego będzie to dziwne, ale przyjemne.
- Prawie nigdy tutaj nikogo nie ma i można posiedzieć w spokoju - czasem między lekcjami była mu potrzebna taka chwila wytchnienia i zawsze znajdował ją właśnie w tym miejscu. Nie wiedział w sumie dlaczego to miejsce jest tak opustoszone i nie zamierzał się nad tym zbyt długo zastanawiać, bo i tak niewiele by to wniosło - Jakby wszyscy zapomnieli o tym miejscu.
Przestał mącić wodę i kiedy na dłoni zostało mu jeszcze kilka kropli strząsnął je w kierunku Bianki. Nie miał zamiaru jej całej zmoczyć, ale tylko tak symbolicznie pochlapać.
- Bo są coraz słabsze. Czytałem ostatnio, że można czymś wzmocnić ten eliksir - powiedział niby od niechcenia, ale tak naprawdę był ciekawy jakby to wyszło gdyby spróbowała to zrobić. Albo w ogóle zdecydowała się na uwarzenie czegoś mocniejszego niż do tej pory. Początkowe słowa mogły zabrzmieć jak oskarżenie, ale tym nie były. Może troszeczkę, ale to przez ból.
Wywrócił oczami kiedy wpadła na genialny pomysł. Zupełnie nie przypadł mu on do gustu, ale nie było się czemu dziwić. Nie chciał, aby ktokolwiek go kontrolował, a za przystaniem na tą propozycję szło przyzwolenie na to. I choć łagodny dotyk na policzku łagodził złość po słowach, to tak naprawdę nie wiedział czy chce na to przystać.
- Nie chcę ci robić dodatkowego kłopotu - spróbował z tej strony wymigać się z układu, który za nic mu nie odpowiadał. Co prawda nie zgodził się jeszcze na nic, ale czuł, że trudno będzie przekonać Biankę, że to nie jest najlepszy pomysł.
Powrót do góry Go down
Bianka Bell

avatar
Gracz

Skąd : Polska/Anglia
Liczba postów : 31
PisanieTemat: Re: Dziedziniec pod wieżą astronomiczną   22.11.15 11:15

Bianka roześmiała się cicho na ten pseudochrzest, ale już po chwili wcale nie było jej do śmiechu. Słabsze? Wzmocnić eliksir? Przecież to był absurd; mikstura nie traci na mocy wraz z ilością jej warzenia. Serpens tłukł od rzeczy, próbował ją wykiwać i zrobić z niej debila, a tego akurat Bianka naprawdę nie lubiła. Dziewczyna zademonstrowała więc swoje niezadowolenie delikatnym ściągnięciem brwi i rzuceniem chłopakowi wyjątkowo chłodnego jak na nią spojrzenia.
- Nie są coraz słabsze, Serpens. Wzrasta ci tolerancja na nie, b o  p r z y j m u j e s z  z a  d u ż e  d a w k i - powiedziała dobitnie, lecz spokojnie. Nie miała zamiaru dać się tak stłamsić, no ej. Toż to praktycznie wykorzystywanie jej dobrego serca. I to nie jest tak, że Bianka jest zbyt głupia czy rozkojarzona, by takie zachowanie zauważyć. Nie - ona doskonale sobie zdaje z tego sprawę, ale nie zawsze uświadamia w tym swego rozmówcę. - Wiesz, że to nie jest dla mnie kłopot. Po prostu nie chcę, żeby stała ci się krzywda - westchnęła dziewczyna, usadawiając się tak, że oplotła nogami Serpensa w pasie, by nie mógł przypadkiem zezłoszczony wstać i uciec. Zadarła głowę tak, by spojrzeć mu w oczy. - Zróbmy tak - dostarczę ci ten eliksir jak najszybciej, ale jeśli przyjdziesz do mnie po kolejną porcję szybciej niż za dwa tygodnie, nie dostaniesz jej od razu. Bo, kurczę, Serpens, to naprawdę nie są przelewki - odparła, chwytając chłopaka za dłoń i delikatnie gładząc jej wierzch kciukiem, by go uspokoić. Obrzuciła go zmartwionym spojrzeniem, w duchu modląc się, by miał na tyle rozumu, by przystać na układ.
Powrót do góry Go down
Serpens Lucifer Burke

avatar
Gracz


Skąd : Reykjavík, Islandia
Liczba postów : 142
PisanieTemat: Re: Dziedziniec pod wieżą astronomiczną   23.11.15 11:30

Nie chciał zrobić z niej debila, a jedynie bardzo chciał, aby uwarzyła mu więcej. Najlepiej czegoś mocniejszego co przyćmi jego ból. I umysł. Bo to ostatnio szło w parze, a uczucie było tak przyjemnie, że nie chciał go sobie odmawiać. To nie było nic groźnego, więc nie widział powodu dla którego miałby z tego zrezygnować.
- Za duże? To niemożliwe - odpowiedział spokojnie, choć w środku zaczynał czuć złość. Zawsze i niezmiennie przychodził ten moment w którym ktoś mówił mu, że dawki jakie przyjmuje są za wysokie. Wiedział, że to może się źle skończyć, ale łatwiej było założyć na oczy klapki i udawać, że nic takiego się nie dzieje. Że to tylko ten jeden raz albo ręka mu zadrżała przy kolejnej dawce, później wymówki zaczynały być coraz mniej potrzebne. Wcześniej brał mugolskie tabletki, ale nijak miały się ode do eliksirów. Teraz desperacko zaczął myśleć o tym, żeby połączyć jedno i drugie - Nic takiego mi się nie stanie - machnął tylko ręką na takie argumenty, bo były dla niego niedorzeczne. Dlaczego w ogóle ktoś miałby się tym przejmować. Przez głowę mu nawet przeszło, żeby uciec stąd, ale Bianka jakby to wyczuła. Nie odepchnął jej, a jedynie dzięki temu zszedł głową na ziemię - Niech będzie i tak - przystał na taką propozycję w głowie już układając plan. Może Nikolai coś dla niego uwarzy? Albo spuści głowę i uda się do szkolnej pielęgniarki? Możliwości było kilka i za nic teraz by się nimi z nikim nie podzielił. Nigdy nie uciekał się argumentów powszechnie budzących współczucie, ale czasem można było na nich ugrać najwięcej. Więc i one w ostateczności mu zostawały.
- I kolejne Halloween. Niekoniecznie na wesoło je tutaj świętujecie - chciał zostawić temat eliksirów za sobą, aby przypadkiem nie powiedzieć czegoś za dużo. Skoro mieli wszystko ustalone, to nie było co jeszcze więcej rozgrzebywać tego tematu.
Powrót do góry Go down
Leo Slughorn

avatar
Admin


Skąd : Cornwall
Liczba postów : 438
PisanieTemat: Re: Dziedziniec pod wieżą astronomiczną   01.05.16 18:59

13 kwietnia

Leo przysiadł na krawędzi fontanny, choć nie bardzo wiedział po co. Tak naprawdę to miał zamiar przejść się po błoniach, ale zrezygnował z tego. Tak, potrzebował dotlenienia, ale dotlenić się mógł równie dobrze na dziedzińcu. Ale dlaczego wybrał akurat część dziedzińca?
Uniósł głowę, a jego wzrok napotkał czubek Wieży Astronomicznej. I już wszystko stało się jasne. Chociaż nie, jednak nie. Ta Wieża to nie były dobre wspomnienia. Czemu dobrowolnie do nich wracał? Czemu przysiadywał akurat na krawędzi tej konkretnej fontanny pod tą konkretną wieżą? Wpatrywał się w nią oczyma wyobraźni niemal widząc siebie stojącego ramię w ramię z Gabrielem i wychylającego się lekko przez barierkę, z wzrokiem utkwionym w zachodzącym słońcu. To akurat wyglądało dobrze, prawda? Nawet bardzo dobrze. Do tego stopnia dobrze, że nawet lekko się uśmiechnął, co zdarzało się ostatnio rzadko. To był ten wieczór, kiedy jeszcze byli tylko przyjaciółmi i nikim więcej. Ten wieczór, kiedy to ich rozmowy zaczęły wypełniać się podtekstami, ich spojrzenia zaczęły stawać się dwuznaczne, a ich usta tak bardzo pragnęły, by złączyć się ze sobą. To był ten wieczór, kiedy zrobiły to po raz pierwszy. Może to jednak nie było aż tak złe wspomnienie? Coś musiało zapoczątkować to, co działo się między Gryfonami, a gdyby nie ten spontaniczny gest ze strony Slughorna, to kto wie, czy kiedykolwiek to zostałoby zapoczątkowane. Może Leo do tej pory rozmawiał z nim zestresowany, że Gabe coś dostrzeże i nadal spuszczałby wzrok, kiedy tylko ich spojrzenia miały okazję się skrzyżować? Może nadal zostawałoby mu dyskretne przyglądanie się chłopakowi z pozycji przyjaciela, może do tej pory nie posmakowałby jego ust? Jak by wtedy wyglądało to wszystko? Jego życie byłoby lepsze czy gorsze? Pewnie gorsze. Bo o ile do teraz, kiedy spotykało go coś złego zawsze trzymał się myśli, że jest jeszcze Gabe, tak gdyby go nie było, nie w ten sposób, w jaki był przy nim teraz...
Chciałby móc w jakiś sposób mu podziękować. Nie wiedział jak miałby zrobić to w odpowiedni sposób, ale wiedział, że idealnym terminem będą jego urodziny, do których bądź co bądź zostały już tylko dwa dni. I tak, jak dawno nie mieli okazji pobyć ze sobą sam na sam, tak ten dzień spędzą razem. Tak postanowił, że chociażby życie waliło mu się na głowę to chce, żeby obok niego był Gabe.
Spuścił spojrzenie na ziemię. Te wszystkie myśli uderzały w niego ze zdwojoną siłą, jeszcze mocniej niż na lekcjach Astronomii, a to wtedy przecież był jeszcze bliżej wspomnień. Może to też przez fakt, że był sam, a szum fontanny sprzyjał jego rozmyślaniom?
Powrót do góry Go down
Rosemary Blackburn

avatar
Gracz


Skąd : Chelmsford, Wielka Brytania
Liczba postów : 267
PisanieTemat: Re: Dziedziniec pod wieżą astronomiczną   01.05.16 19:56

Owszem, był sam. Ale czy na długo! Oczywiście, że nie! W tej szkole zostanie samym na dłużej niż pięć minut było zdaniem Rose przereklamowane. Tym razem to ona była tą, która zakłócała spokój, jednocześnie szukając go dla siebie. Weszła więc cichutko na dziedziniec, gdzie miała głupią nadzieję nie zastać nikogo. Jednak widok samotnego Gryfona jej nie odstraszył. Westchnęła i podeszła do fontanny. Żeby nie być szczególnie wredną, usiadła w pewnej odległości od chłopaka, ale jednocześnie nie możliwie jak najdalej, coby nie pomyślał, że coś z nim jest nie tak. Już i tak nie wyglądał jakby miał najlepszy dzień w swoim życiu.
Dziewczyna usiadła na krawędzi fontanny po turecku, przodem do wody i leniwie przebierała dłońmi w cieczy, zamyślając się na tyle, że nie zdawała sobie sprawy, że jej chlupotanie wodą mogło być z lekka irytujące. Miała ochotę też sobie ponucić jakąś melodię, ale nie czuła się swobodnie przy obcym w pobliżu. Zadowoliła się więc swoim korytarzem myślowym gdzie to się zastanawiała co też robi teraz jej siostra i gdzie się właściwie podziewa. Martwiły ją też zajęcia, które chciała zaliczyć jak najlepiej. Na Zielarstwie się nie popisałam, pomyślała ponuro.
Na myśl o Zielarstwie pacnęła ze złością dłonią w wodę, tym samym ochlapując nieco jej otoczenie i prawie obcego chłopaka. Podniosła na niego zmieszany wzrok.
- Och.. Przepraszam. – Powiedziała przepraszająco na tyle tylko głośno, żeby ją usłyszał.
Powrót do góry Go down
Leo Slughorn

avatar
Admin


Skąd : Cornwall
Liczba postów : 438
PisanieTemat: Re: Dziedziniec pod wieżą astronomiczną   01.05.16 20:37

Leo nawet nie zauważył, że już nie jest sam na dziedzińcu. Zbyt pochłonęły go właśnie myśli. Tak już miał, że kiedy zagłębiał się za bardzo w otchłań własnego umysłu wszystko inne przestawało się liczyć. Niekoniecznie w pozytywnym sensie. Na lekcjach na przykład było to wyjątkowo drażniące i odbijało się niekorzystnie na jego stopniach i na tym, w jaki sposób postrzegali go nauczyciele. A postrzegali go chyba coraz gorzej. Na nieszczęście, bo przecież prefekt powinien dawać dobry przykład i być autorytetem, prymusem, i tak dalej. Ha, powodzenia z tym.
Ocknął się dopiero wtedy, gdy cichy szum fontanny, w który się wsłuchiwał został zagłuszony przez jakieś... pluskanie? Błyskawicznie odwrócił głowę w stronę, z której dobiegły go te dźwięki. Jego spojrzenie padło na dziewczynę z włosami o cudacznym kolorze, która znikąd znalazła się obok niego. Nie daleko, ale wystarczająco blisko, żeby wyraźnie słyszał jak woda, którą dziewczyna przelewała sobie przez palce z pluskiem uderza w taflę fontanny.
Niekontrolowanie przełknął ślinę i odrobinę się wyprostował. Nie wiedział, czy powinien wstać i odejść? W sumie to był tu pierwszy. A poza tym dlaczego miałby odchodzić tylko dlatego, że ktoś jeszcze postanowił usiąść sobie na krawędzi fontanny? Takie rzeczy się zdarzały, to przecież było normalne. To Hogwart, a w Hogwarcie nie można liczyć nigdy na stuprocentowe prawdopodobieństwo, że twoja samotność będzie trwała długo, nawet jeśli znajdziesz sobie jakiś nieuczęszczany kącik. A tymczasem Leo po prostu przycupnął na dziedzińcu, oczywistym było, że prędzej czy później (raczej prędzej) ktoś tu przyjdzie. I przyszedł. I co? I nic. Dziewczyna zajęła się sobą, on mógł zająć się sobą. Nie odczuwał jakiejś potrzeby, żeby powiedzieć cokolwiek, przywitać się, spytać o dzień ani nic z tych rzeczy, bo i dlaczego miałby to robić? Nie znał jej. Ona nie znała jego. Gdyby chciała porozmawiać to sama już by się odezwała. A ostatnią rzeczą, na jaką Slughorn miał ochotę w tamtym momencie była rozmowa z nieznaną mu dziewczyną o jakichś pierdołach. Dlatego też po prostu odwrócił spojrzenie, próbując udawać, że jej tu nie ma. A raczej, że to jego tu nie ma. Musi sobie kiedyś sprawić pelerynę niewidkę. Nie dość, że nikt by mu nie przeszkadzał, to jeszcze ile rzeczy mógłby robić pod osłoną niewidzialności i w jakich miejscach mógłby bywać. Na przykład w dormitorium Gabe'a i nikt nawet by się nie zorientował, prawda?
Nagle usłyszał plusk głośniejszy od poprzednich i poczuł na karku kropelki zimnej wody, na co odruchowo się wzdrygnął. Jego dłoń powędrowała odruchowo do szyi i ją wytarła, a jego głowa po raz kolejny odwróciła się w stronę przybyłej przed chwilą dziewczyny. Ich spojrzenia skrzyżowały się na moment, ale Slughorn zaraz przerwał ten kontakt wzrokowy, spoglądając na strumień wody, który wytryskał z fontanny, aby następnie z powrotem wpaść do basenu.
- Nic się nie stało – westchnął, po czym spojrzał na nią po raz kolejny. - Fajne włosy – dodał tylko. Ale po co? Może nie chciał, żeby Krukonka czuła się nieswojo? Albo nie chciał, żeby myślała, że chłopak jest na nią zły, czy też jakiś zdziczały? Ale czy aby na pewno nie był jakiś zdziczały? Szczerze to chciał, żeby dziewczyna już poszła, ale przecież jej tego nie powie. Zamiast tego uśmiechnął się do niej krótko i smutno, choć nie miał tego w planach.



He used to call me poison
Like I was poison ivy




I could have died right there
‘Cause he was right beside me
Powrót do góry Go down
Rosemary Blackburn

avatar
Gracz


Skąd : Chelmsford, Wielka Brytania
Liczba postów : 267
PisanieTemat: Re: Dziedziniec pod wieżą astronomiczną   01.05.16 23:59

Rose uśmiechnęła się blado do chłopaka, próbując wyczuć, czy jest zły. Wyglądał jednak na zmartwionego, wręcz smutnego. Jednak kiedy usłyszała komplement o włosach, odruchowo podniosła dłoń do głowy, uśmiechając się ze zmieszaną nieśmiałością.
- Dziękuję. Twoje też są niezłe. – Powiedziała, próbując jakoś rozładować wyraźne skrępowanie.
Popatrzyła uważniej na chłopaka. Gryffindor cieszył się dobrą renomą, mówi się, że należą do niego przyjaźni, otwarci ludzie. Po wojnie jednak ciężko było wyczuć ludzi. Byli inni, zmienieni przez traumatyczne przeżycia i mroczne czasy. Ten chłopak również wyglądał jak jedna z tych pokrzywdzonych przez los osób, które widziały za dużo jak na swój wiek i musiały dorosnąć zbyt szybko. To Twój moment, Rose. Jesteś samotna, nie masz przyjaciół, już nie ma dla Ciebie siostry. Chociaż spróbuj z kimś pogadać., mówiła do siebie w myślach, wlepiając wzrok w wodę. Nie było wątpliwości, że długo tak nie da się wytrzymać. Jej najbliższa osoba, która zawsze jej wystarczała, znów ją opuściła, kończąc szkołę i osiedlając się w Chelmsford. I tak Rosemary została bez kontaktów, bo i mając siostrę nie czuła, że inni są jej potrzebni. A teraz było jej ciężko, bo nie wiedziała nawet jak powinna się zachować.
- Zły dzień? – Zagaiła w końcu.
Powrót do góry Go down
Leo Slughorn

avatar
Admin


Skąd : Cornwall
Liczba postów : 438
PisanieTemat: Re: Dziedziniec pod wieżą astronomiczną   02.05.16 1:20

Ich rozmowa, a raczej krótka wymiana zdań, (bo rozmową tego nazwać było nie można) była tak sztywna i sztuczna, że to aż bolało. Zwłaszcza Leo czuł się z tym źle. Gdzie się podział dawny on, który potrafił podtrzymać każdą, nawet otwarcie zmierzającą na zgubny tor rozmowę? Kiedyś pewnie zaspamowałby dziewczynę słowami, do tego stopnia, że nie wiedziałaby, gdzie właściwie jest koniec jednego wypowiadanego przez niego zdania, a gdzie zaczyna się następne. "Fajne włosy", naprawdę? Kiedyś jakoś by to rozwinął, powiedział, dlaczego mu się podobają, porównał je do swoich, spytałby, czym je koloryzowała, a na koniec pewnie zaliczyłby jakąś gafę, na przykład porównując ich kolor do zgniłego. Ale przynajmniej byłby szczery w tym, co mówi. I nie pytałby o to wszystko, i nie chwaliłby jej włosów, gdyby rzeczywiście mu się nie podobały. A teraz? Nic mu się nie podobało, ot co. Choć musiał przyznać, że włosy dziewczyny przykuły jego uwagę swoją niecodzienną barwą. Było to niezwykle przyjazną dla oczu odmianą na tym szarym świecie, kiedy codziennie na korytarzu mija się te same sylwetki o szarych oczach i brązowych włosach.
- Moje? - powtórzył, a jego dłoń odruchowo powędrowała do jego czupryny. Chwycił w palce jeden kosmyk włosów i przez chwilę się nim bawił, ale zaraz znowu pozwolił mu żyć swoim życiem (bo szczerze wątpił, żeby ułożył się ładnie z innymi włosami, po tym jak przed chwilą dobitnie go wymiętoszył, obracając go w palcach) i opuścił rękę, uśmiechając się do dziewczyny. - No nie wiem, moje są strasznie nudne, nie uważasz? Twoje przyciągają wzrok - powiedział z pewnością w głosie. Okej. Jest dobrze. Teraz tylko podtrzymaj rozmowę. Nie potrafił powiedzieć, dlaczego to ot, tak, nagle stało się jego priorytetem. Przecież jeszcze przed chwilą wszystkim, czego chciał było to, żeby dziewczyna rozpłynęła się w powietrzu... Ewentualnie on mógł się rozpłynąć. A może i takie wyjście bardziej by go satysfakcjonowało? - Chyba też sobie takie sprawię. Może nie zielone, zielony to nie mój kolor, ale... Tak. Z pewnością sobie takie sprawię - pokiwał głową, bardziej do siebie niż do dziewczyny. W rzeczywistości średnio wyobrażał sobie siebie w takiej fryzurze i w kolorze innym niż jego naturalny ciemny blond. No ale cóż, pogdybać zawsze można było.
W sumie to Leo nie wiedział i nie potrafił stwierdzić, czemu był tak dziwnie przygaszony akurat w tamtym momencie. Może faktycznie znajdował się zbyt blisko Wieży Astronomicznej? Może właśnie tak na niego działa? Czy to w ogóle możliwe? A może po prostu zakodował sobie w glowie, że powinien być posępny i cichy, zwłaszcza w pobliżu tej wieży? Zupełnie, jakby ktoś tu umarł, czy coś. Ale zaraz, przecież to właśnie tu zginął Dumbledore. Ha, fajnie miejsce wybrał sobie z Gabem na macanki, faktycznie. Z myśli wyrwało go pytanie dziewczyny, które było tak nieoczekiwane i spadło na niego tak nagle, że przez chwilę autentycznie wpatrywał się w Krukonkę, nie wiedząc, co powiedzieć. Tak, kolejny zły dzień tego beznadziejnego życia. Tak miał jej powiedzieć? To bez sensu, uznałaby go za wariata. Są bezpieczniejsze warianty, zdecydowanie.
- Nie - zaprzeczył w końcu. - Po prostu... Myślałem - skończył wreszcie marszcząc brwi i kiwając lekko głową, zupełnie jakby chciał przekonać samego siebie, że jego słowa to prawda.



He used to call me poison
Like I was poison ivy




I could have died right there
‘Cause he was right beside me
Powrót do góry Go down
Rosemary Blackburn

avatar
Gracz


Skąd : Chelmsford, Wielka Brytania
Liczba postów : 267
PisanieTemat: Re: Dziedziniec pod wieżą astronomiczną   02.05.16 1:52

Dziewczyna patrzyła z rozbawieniem jak chłopak bawi się kosmykiem włosów. Jej odpowiedź miała być żartem, bowiem mówi się, że jeśli ktoś mówi Ci komplement, wypada również odpowiedzieć komplementem. Ten jednak zdawał się wziąć jej słowa całkowicie poważnie. Oczywiście, jego włosy nie wróciły już do poprzedniego stanu świetności i teraz widać było, że coś dziwnego się na nich zadziało, ale nie było to na tyle bolesne dla oczu żeby zwracać chłopakowi uwagę, dziewczyna więc zwyczajnie to zignorowała. Chociaż sama nie mogła sobie wyobrazić co się działo na jej wiecznie zmierzwionych włosach. Nic nie mogła poradzić na to, że zawsze wyglądała jakby przed chwilą wstała z łóżka.
- Ciekawie przycięte. – Powiedziała spokojnie, wzruszając ramionami.
Tak, dobrze, graj rozluźnioną. To nic, że masz stresy żeby nie palnąć czegoś głupiego. Zapomnij o tym. Skup się na prostych odpowiedziach, potem z górki! Aspołeczność dziewczyny okazywała się ostatnio niewiarygodnym problemem w zawieraniu przyjaźni. Za to wrogów gromadziła świetnie, powinna dostać medal.
Rose przyjrzała się obiektywnie chłopakowi, lekko przekrzywiając głowę, oceniając jego wygląd i próbując dopasować kolor włosów do całej postaci.
- Granat. Ewentualnie czerwony, ale lepiej granat. – powiedziała w końcu.
Pokiwała głową na ostatnią odpowiedź obcego. Tak, myślenie w jej przypadku również siłą rzeczy sprowadzało ją do przygnębienia i smutnych spojrzeń. Jak to się stało, że wokół niej zrobiło się tak ponuro? Zauważyła, że nie tylko ona przeżywała dziwnie ciężki okres w swoim życiu. Towarzysz jej dzisiejszego osamotnienia również zdawał się mieć nieco problemów na głowie. Oczywiście nie miała zamiaru pytać, to nie była jej sprawa, a gdyby chciał, powiedziałby, że coś go gryzie. Jednak byli sobie obcy, tak czy siak, nie dziwiło jej więc zamknięcie chłopaka. Sama nie była skora do zwierzeń.
Należało jednak przecież coś zagaić, prawda? Niezręczność między nimi zdawała się powiększać. Co tu zrobić? Rose wysil się z raz! W końcu, podczas wewnętrznej paniki i pragnienia, by nie spieprzyć takiej okazji, dziewczyna wydukała:
- Umm, nie mamy razem przypadkiem Zielarstwa?
Nie zemdlej z tych emocji…
Powrót do góry Go down
Leo Slughorn

avatar
Admin


Skąd : Cornwall
Liczba postów : 438
PisanieTemat: Re: Dziedziniec pod wieżą astronomiczną   04.05.16 21:23

Leo parsknął cicho na słowa dziewczyny. Przycięcie? Właściwie to kiedy ostatnio je przycinał? Chyba by się przydało, prawda? Z drugiej strony to kogo to obchodzi? Przecież nikt nawet nie zwraca na niego uwagi. A jeśli już zwraca, to zazwyczaj obdarza go nieprzychylnym spojrzeniem. "Znajdą sobie nową sensację", tak, na pewno. Takie czy inne przycięcie włosów raczej tego nie zmieni. A szkoda, Leo byłby gotów zgolić się na łyso, gdyby to miało zmienić sposób, w jaki większość Hogwartu go postrzegała.
- Nie wiem... - wzruszył ramionami, choć sam nie był do końca pewien, co to miało oznaczać. - Dla kogo ciekawe, dla tego ciekawe - dodał jeszcze po chwili, czując że powinien coś dopowiedzieć, ale nie mając pojęcia co. Typowe dla niego.
Kiedy dziewczyna zaczęła mu się przyglądać, momentalnie poczuł się niezwykle niekomfortowo. Zawsze, kiedy ktoś się tak w niego wpatrywał, miał wrażenie, że ta osoba po prostu ocenia jego posturę, żeby zaraz potem rozszarpać mu gardło. Tak. Dość dziwne schizy, prawda? Ale to w tym przypadku nic nowego, można się przyzwyczaić i jakoś zgrywać pozory normalności, i wyluzowania. Naturalnie do tego stopnia, do jakiego jest się w stanie. Teraz to był pikuś, miał przed sobą jedynie niezbyt groźnie wyglądającą dziewczynę i to nawet całkiem miłą. Chyba, że to tylko kamuflaż... Uspokój się. Było już przecież w życiu o wiele więcej gorszych sytuacji, kiedy mierzyli go spojrzeniami od stóp do głowy i to nie jedna osoba, a cały tłum. I przeżył. I nawet nie było tak źle. Nie wiedział więc, co tym razem wpłynęło na to, że odczuł tak duży dyskomfort, ale podejrzewał, że składało się na to sporo różnych czynników. Jak na przykład fakt, że siedział pod pieprzoną Wieżą Astronomiczną, a jego spojrzenie zamiast uciekać, co chwilę wędrowało nieśmiało do jej szczytu. Zupełnie jakby zaraz miał zobaczyć Gabe'a, wychylającego się zza barierki i spoglądającego na niego. Zupełnie jakby miał nadzieję go tam zobaczyć.
Gdy dziewczyna zaczęła na głos zastanawiać się nad ewentualnym kolorem włosów, jakim Leo mógłby zastąpić swój naturalny, chłopak wydał z siebie dźwięk, który na upartego można by nazwać krótkim śmiechem. Na baardzo upartego.
- Granat będzie spoko, faktycznie. Dzięki za radę – pokiwał głową, uśmiechając się lekko.
I znowu cisza. Może mógł odpowiedzieć coś innego? Dodać cokolwiek? W jakiś sposób wysilić się, żeby pociągnąć dalej tę rozmowę? A może by tak raz w życiu dać coś od siebie? Nie, lepiej uzależniać wszystko od innych, a potem żałować. Dobra strategia, faktycznie. Gryfon już zbierał się w sobie, żeby faktycznie zagadać, choćby o pogodę, po prostu powiedzieć coś, co podtrzymałoby rozmowę, kiedy to dziewczyna się odezwała.
Zielarstwo?
- Możliwe – wzruszył ramionami i tym razem to on podniósł na nią spojrzenie. Może faktycznie? Jednak nijak nie potrafił połączyć jej imienia z twarzą. - Przepraszam, nie pamiętam. Znaczy, imienia. W sensie... to, niezbyt zwracam uwagę na ludzi na lekcjachno chyba, że ten człowiek, to Gabe - Na Zielarstwie raczej skupiam się na tym, żeby nie dać się zabić jakiejś roślince, co jest bardzo prawdopodobne w moim przypadku – westchnął, przypominając sobie, jak boleśnie oberwał ostatnio od tego... wnypieńka? Wonpieńka? No, w każdym razie jakiegoś pieńka.



He used to call me poison
Like I was poison ivy




I could have died right there
‘Cause he was right beside me
Powrót do góry Go down
Rosemary Blackburn

avatar
Gracz


Skąd : Chelmsford, Wielka Brytania
Liczba postów : 267
PisanieTemat: Re: Dziedziniec pod wieżą astronomiczną   11.05.16 1:53

Rose popatrzyła z zastanowieniem na chłopaka kiedy wydał z siebie dziwny dźwięk. Śmiech? Rozpacz? Cholera go wie, w każdym razie nie był to za wesoły odgłos. Chciała nawet przez sekundę zapytać czy wszystko w porządku, ale ugryzła się w język. Bo kim dla niego była żeby pytać? I kim przede wszystkim był on dla niej żeby miało ją to obchodzić? Nie bądź chamem.
Z kolei kiedy odezwał się mówiąc, że jej nie poznał, wcale się nie zdziwiła. Sama kojarzyła go jedynie z widzenia, imienia nie kojarzyła wcale a wcale. Na jego wspomnienie agresywnych roślinek parsknęła śmiechem. No tak… Oczywiście nie była jedyną, która oberwała. Uniosła lewą rękę (tą z tatuażem), zakasując rękaw nieco ponad łokieć. Tam też wskazała na czerwoną pręgę w poprzek biednej kończyny.
- Wnykopieńki. – powiedziała z rozbawieniem. – Chyba dorwały każdego.
Opuściła rękaw, po czym uśmiechnęła się do niego przyjaźnie. Poczuła się nieco pewniej przez jego nagłe rozśmieszenie jej. W końcu wspólny śmiech topi każde lody, czyż nie tak? Głupio jednak śmiać się i nadal nie wiedzieć z kim ma się do czynienia, Rose więc postanowiła, że pierwsza się przedstawi.
- Nazywam się Rosemary. Cieszę się, że nie tylko mnie rośliny wyjątkowo nienawidzą. Nie to żebym się cieszyła z czyjegoś nieszczęścia, ale jest to w pewien sposób pocieszające. – Usprawiedliwiła się, coby jej słowa nie zostały opacznie odebrane. – Jak już być przegrywem, to w grupie raźniej, czy nie tak?
Powrót do góry Go down
Leo Slughorn

avatar
Admin


Skąd : Cornwall
Liczba postów : 438
PisanieTemat: Re: Dziedziniec pod wieżą astronomiczną   25.05.16 21:22

Wnykopieńki! To tak się nazywały! No, w tym momencie to i tak nie miało jakiegoś większego znaczenia, ale zawsze lepiej wiedzieć więcej. Choć może i słowo „więcej” nie do końca pasowało do sytuacji, zważywszy na to, że z wnykopieńkami już mieli do czynienia nieraz, więc teoretycznie powinien wiedzieć o nich sporo. I ich nazwę powinien znać wybudzony w środku nocy. Ups. No ale halo! Są naprawdę ważniejsze rzeczy, niż wkuwanie nazw morderczych korzonków, błagam.
- Uuu, współczuję. Boli? – spytał, widząc ranę na ręce dziewczyny. Sam oberwał po twarzy i to dosyć porządnie, ale udało mu się wykurować zaskakująco szybko. No, może z małą pomocą magii, bo chodzenie z wielką krwistą szramą na policzku było ostatnim, o czym marzył. I piekło jak cholera. Poza tym czuł zażenowanie z powodu, że nawet durna roślinka potrafiła porządnie mu przypieprzyć. Smutne.
Kiedy dziewczyna przedstawiła się, Leo uśmiechnął się do niej, kiwając głową. Za cholerę jej nie kojarzył. Naprawdę. Zajrzał w najgłębsze (może i zbyt głębokie) zakątki pamięci w poszukiwaniu imienia Rosemary, ale poszukiwania te spełzły na niczym. Chłopak z góry wykluczył opcję, że po prostu zapomniał jej imię – mało prawdopodobne, zważywszy, że co ja co, ale imię Rosemary cholernie mu się podobało. Właściwie to nawet o tym wcześniej nie myślał, bo nie miał okazji słyszeć go zbyt często, a już na pewno nie znał nikogo nim obdarowanego. Teraz jednak, gdy Krukonka postanowiła się przedstawił, nakreśliło się ono ładną kursywą w jego umyśle. Rosemary. Pomyślał, że jeśli kiedykolwiek będzie miał córkę, to z pewnością nazwie ją Rosemary. To imię wydawało się jednocześnie doniosłe i lekkie niczym letni wiaterek. Niezwykłe i intrygujące połączenie.
- Bardzo śliczne imię – przyznał i dopiero wtedy uświadomił sobie, ile razu już to komuś mówił i jak rzadko było to szczerze. Teraz jednak było to najszczersze pod słońcem. Rosemary. Był gotów się z nią zakolegować, chociażby dla tego, żeby móc wymawiać jej imię na głos. Rosemary.Naprawdę. Nie mówię tego po to, żeby być miłym. Cholernie ładnie – poczuł się w obowiązku, aby się wybronić. Na dalszą część jej wypowiedzi parsknął krótko. - Spoko, to chyba nas łączy. Z tym, że ja cieszę się kiedy widzę kogoś na pozycji bardziej przegranej niż moja. Ale tkwienie razem w jakimś bagnie też jest spoko – tak naprawdę to tak nie uważał. Kiedy ktoś był w jakiejś kłopotliwej sytuacji wspólnie z Gryfonem, nagle zaczynały dopadać go wyrzuty sumienia, że to jego wina. Głupie, bo przecież nie zawsze to jedynie on ponosił winę. - Tak. Bądźmy razem przegrywami – przytaknął, a zabrzmiało to o wiele zbyt smutno, niż powinno, choć nie taki był zamysł.



He used to call me poison
Like I was poison ivy




I could have died right there
‘Cause he was right beside me
Powrót do góry Go down
Rosemary Blackburn

avatar
Gracz


Skąd : Chelmsford, Wielka Brytania
Liczba postów : 267
PisanieTemat: Re: Dziedziniec pod wieżą astronomiczną   27.05.16 2:05

Rose opuściła rękę, po czym zwiesiła nogi z otoczki fontanny, siadając tyłem do wody i podkulając nogi do piersi. Z pogodną miną spojrzała na chłopaka, po czym uniosła nieznacznie brwi, nie z pogardą czy pożałowanie, lecz z rozbawieniem. Uśmiechnęła się po chwili, spuszczając z zawstydzeniem głowę. Pokręciła głową.
- Dziękuję. – Podniosła na niego wzrok, płonąc z zawstydzenia i zarazem chcąc mu uświadomić, że faktycznie rozumie. – Tak, jasne. Wierzę.
Pokręciła głową, śmiejąc się cicho. Naprawdę, nie wiedziała kim był ten człowiek, poza faktem, że chodził z nią na zajęcia, ale był zabawny i uroczy w tej swojej paplaninie. Rose poczuła do niego sympatię. Oczywiście nie pod kątem flirtów, raczej wesołego, niewinnego koleżeństwa. W końcu miała niewiele znajomych, chciała kogoś poznać, tak po prostu. A ten chłopak był słodki, wyglądał na szczerego. I oczywiście zabawnego, bez tego ani rusz.
Na jego kolejne słowa nieco spoważniała, ale tylko odrobinę. Oparła się na wyprostowanych rękach, które spoczęły tuż za jej plecami na krawędzi poręczy fontanny. Spojrzała w niebo w zamyśleniu.
- Tak, coś w tym jest. Ale ja jestem za dobra, zaraz chcę wszystkim pomagać.
Nie powinna tego mówić. Powinna zachować dla siebie coś, co można bardzo łatwo wykorzystać przeciw niej. Ale… Co w tym takiego złego? Spojrzała na chłopaka. Nie, zdecydowanie nie wyglądał na takiego, co to by od razu chciał wrabiać ją w jakieś bagno. Po jego następnych słowach zresztą wyglądał, jakby sam był w bagnie. Rose zmarszczyła brwi nieznacznie.
- A Ty…
Nie dokończyła jednak zdania, nie. Nie było jej to dane chociażby przez fakt, że jest sierotą, a jej rączka ześlizgnęła się z krańca barierki. Chybnęła się i chyc! Jedno uderzenie przerażonego serca i słychać było tylko plusk jak dziewczyna wylądowała cała w fontannie! Poczuła nagłe zimno, mokrość, dyskomfort podczas gdy gramoląc się lekko, próbowała wynurzyć się z tej przeklętej fontanny.
Powrót do góry Go down
Mistrz Gry

avatar
Specjalne

Liczba postów : 1032
PisanieTemat: Re: Dziedziniec pod wieżą astronomiczną   29.05.16 1:24

Tam już się coś działo. Ewidentnie. Irytek czuł, że na dziedzińcu uczniowie radzą sobie bez niego. Zajrzał zaciekawiony, by sprawić, co to się wyprawia pod jego nieobecność. Krukonka w fontannie, pięknie, pięknie! A gryfoński prefekt już się przymierzał, żeby ją stamtąd wyciągnąć. Przecież to aż się prosiło o wsparcie!
Najpierw usłyszeli chichot. Zaraz potem młody Slughorn poczuł na plecach niepowstrzymaną moc, która wepchnęła go do fontanny, właściwie zaraz na Rosemary. Istniało ryzyko, że uderzył o coś głową, bo woda z miejsca zabarwiła się na czerwono, ale... To nie było coś, czym Irytek się przejmować. Ze swoim podłym śmiechem oddalił się, żeby psocić dalej.


Screw this!

I'm going to Hogwarts!


Powrót do góry Go down
Leo Slughorn

avatar
Admin


Skąd : Cornwall
Liczba postów : 438
PisanieTemat: Re: Dziedziniec pod wieżą astronomiczną   30.05.16 1:35

Leo nie był dobry w prawieniu komplementów. Może dlatego, że w jego wykonaniu brzmiały one tak sztucznie, że bardziej się nie da? A przynajmniej zawsze miał takie wrażenie. I im bardziej starał się nadać wymawianemu komplementowi więcej autentyczności, tym żałośniej to wszystko wychodziło. Miał jednak nadzieję, że Rose weźmie jego słowa zupełnie na poważnie. Fakt, że Leo nie prawił komplementów każdemu jak leci, winien być wystarczającym potwierdzeniem jego słów. Chociaż z drugiej strony - Rose przecież go nie znała, skąd więc mogła wiedzieć, że Slughorn jest oszczędny w komplementach? Nie mogła. I w tym tkwił szkopuł.
- Można być za dobrym? - uniósł pytająco brew. Głupie pytanie, oczywiście, że można! Kiedy jesteś dobry w odpowiednim stopniu, to dzięki tobie świat jest piękniejszy, niesiesz radość sobie i innym, i inne tego typu bzdety. Natomiast kiedy jesteś zbyt dobry, to najpewniej prędzej czy później zostaniesz wykorzystany. A przynajmniej tak to rozumiał Leo. - Wiesz, Rosemary, chęć pomagania to coś super, tak uważam. Teraz gdzie się nie rozejrzysz, to zawsze wszyscy patrzą tylko na siebie i pilnują swoich tyłków - żywy przykład? Patrz: Leo Slughorn - To w sumie miłe wiedzieć, że są ludzie nierozumujący według tego schematu. To pocieszające - stwierdził. Doszedł do wniosku, że z każdą sekundą coraz bardziej lubił tę dziewczynę i to nie tylko ze względu na jej przecudne imię. Może nawet byłby w stanie nawiązać z nią jakąś bliższą znajomość? Wydawała się naprawdę miłą osobą. No i miała fajne włosy.
Krukonka zaczęła coś mówić, ale niedane jej było skończyć, bo nagle, zupełnie niespodziewanie, Leo usłyszał głośny plusk i dziewczyna wylądowała w fontannie. Slughorn od razu zerwał się na równe nogi, bardziej z szoku niż z gotowości do natychmiastowej pomocy, bo ta nastała trochę czasu po tym, jak do Gryfona w ogóle dotarło, co się stało. Fontanna nie była głęboka, co było z jednej strony dobre, bo chłopak mógł mieć pewność, że Rosemary się w niej nie podtopi, a z drugiej strony złe, bo istniało większe ryzyko, że Krukonka się potłucze o dno zbiornika.
- Merlinie! Wszystko w porządku? - spytał, nachylając się odrobinę i wyciągając w jej stronę rękę. - Daj, pomo... - nie dokończył, bo nagle jakaś bliżej nieokreślona siła pchnęła go mocno, centralnie do fontanny. Chłopak tylko cudem nie upadł wprost na Rose, za to jego nogi opadły na jej, a jego głowa w tym samym czasie mocno zaryła o dno fontanny.
To było coś jak chwilowa, naprawdę krótka, może trwająca ułamek sekundy utrata świadomości. Pod wodą. Była za to wystarczającym szokiem, aby po tej krótkiej chwili, którą trwała, Gryfon nie wiedział, co się dzieje. Oczywiście pierwsze co, to w błyskawicznym tempie wynurzył głowę z wody, jednocześnie przykładając rękę do bolącej jak cholera skroni. Dopiero potem otworzył oczy i już znowu pamiętał co się stało. Zamrugał kilka razy oczyma, po czym zauważył, że woda wokół niego i Rose robi się coraz bardziej czerwona.
- Ja pierdolę - syknął tylko, bo w tym samym momencie zorientował się, że nowa barwa wody ma rację bytu dzieki jego krwi. Leo przejechał kciukiem po piekącej skroni, dopiero wtedy wyczuwając dużą, odrobinę podłużną, otwartą ranę. Kurwa. Właśnie dlatego nigdy nie bierze się za pomaganie.



He used to call me poison
Like I was poison ivy




I could have died right there
‘Cause he was right beside me
Powrót do góry Go down
Rosemary Blackburn

avatar
Gracz


Skąd : Chelmsford, Wielka Brytania
Liczba postów : 267
PisanieTemat: Re: Dziedziniec pod wieżą astronomiczną   05.07.16 1:02

Zimno. Oj, zimno!
Rose w końcu pokonała pierwszy szok i podparła się instynktownie rękoma o dno żeby wynurzyć głowę na powierzchnię i zaczerpnąć powietrza. I nawet jej się udało, jej głowa wybiła na powietrze, a zielonowłosa zaczerpnęła tlenu głęboko. Nic nie widziała, czuła się mokro, nieprzyjemnie, źle. Beznadziejnie. A jakby tego było mało, ledwo zaczerpnęła powietrza, a Leo, który chciał jej chyba pomóc (miała taką nadzieję), upadł w jej stronę, jakby się rzucił. Co on, chciał nurkować po nią czy jak?!
Ta myśl by ją nawet rozbawiła gdyby nie to, że leżała w przeklętej fontannie, a Leo zamiast ją wyciągnąć, jeszcze na nią upadł! Może nie na twarz, dzięki Bogu, ale fala wody chlusnęła ją w twarz, przez co jeszcze się zachłysnęła. Zaczęła kasłać i dławić się, próbując wstać jednocześnie. Nie szło jej za dobrze, ale jakimś cudem wymacała dłonią słup fontanny na środku, o który się wsparła i chwiejnie podniosła się na kolana.
Przetarła oczy z wody, oddychając ciężko i starając się ogarnąć co właściwie się dzieje dookoła niej. Żyjemy? Nie żyjemy? Hańba się stała?
Jak można być tak ogromną sierotą żeby wpaść z własnej nieuwagi do fontanny, i to siedząc. Tylko Rosemary chyba tak potrafi. To był wyjątkowo ciężki tydzień dla niej, ale to… To był już szczyt wszystkiego. Nigdy jeszcze nie było jej tak bardzo wstyd. Miałą ochotę zniknąć.
Wtedy jednak rozejrzała się, a jej oczom ukazała się czerwień wody. Cholera. Jej czerwień? Czyja czerwień? Moja? Powoli, ale połączyła fakty. Spojrzała na czerwone włosy Leo w miejscu, gdzie się uderzył i przeraziła się. Omójbożekrew. Zerwała się niezdarnie na nogi.
- O Boże, krwawisz! Jak się czujesz? Musisz iść do skrzydła szpitalnego!
Okazuje się, że będąc mokrym, noc wcale taka ciepła nie była. Była wręcz nieprzyjemnie zimna, Rose przeszły okropne ciarki. Nie zwracała jednak na to uwagi. Nawet lepiej jej było skupiać uwagę na Leo, przy czym starała się zatuszować własne niedorobienie i sieroctwo. I wstyd. I hańbę. I masę innych przykrości.
- Chodź, wyjdź z wody.
Chwyciła go za ramię, choć cała się trzęsła z nerwów. Przestraszyła się, krew ogólnie zawsze wpędzała ją w popłoch. Co ma zrobić? Czy coś mu może się stać niebezpiecznego? Czy już się coś stało? Uniosła mu przed twarz cztery palce, chowając kciuk.
- Ile palców widzisz?
Powrót do góry Go down
Leo Slughorn

avatar
Admin


Skąd : Cornwall
Liczba postów : 438
PisanieTemat: Re: Dziedziniec pod wieżą astronomiczną   08.08.16 4:12

A jaką trzeba być sierotą, żeby wpaść do fontanny, próbując komuś pomóc się z niej wydostać? To dopiero wstyd i hańbiące uczucie, kiedy chciałeś komuś pomóc i poczuć się jak bohater, a zamiast tego narobiłeś jeszcze więcej zamieszania, przy okazji rozwalając sobie głowę.
Bardziej niż krew przeraził go jednak spanikowany krzyk dziewczyny, zupełnie jakby flaki mu wypłynęły, czy coś, kiedy mowa była o zwykłym mocnym pierdolnięciu się w głowę, które zadziało się już nie pierwszy i nie ostatni raz. I chyba widać tego efekty.
- Jest... okej - powiedział ostrożnie, po raz kolejny dotykając rozcięcia. - Nigdzie nie muszę iść, ej, spokojnie - jego usta wykrzywiły się w lekkim grymasie w momencie, kiedy rana znowu go zapiekła. - Żyję - upewnił jeszcze dziewczynę. Nieraz oberwał już gorzej i nic takiego mu nie było. Co to tam takie rozcięcie.
Widocznie jednak Rosemary uważała, że to coś w cholerę poważnego i tak jak to Leo rzucił się jej na pomoc, aby pomóc jej w wyjściu z fontanny, tak skończyło się na tym, że to w sumie ona pomagała mu. Typowe. Widocznie nie dane było mu, aby był bohaterem. Gdzie twój gryfoński duch?! Chyba zdechł na Wieży Astronomicznej.
Sapnął, kiedy Krukonka zaczęła mu machać ręką przed twarzą.
- Cztery. Jest dobrze, serio. Wszystko okej, przeżyjemy ten dzień, nic mnie nie boli - to ostatnie może nie było do końca szczere, ale kto by się tym przejmował? Istotnym było, żeby dziewczyna trochę odetchnęła.
- Ale masz rację, chodźmy stąd, bo zimno - pociągnął lekko nosem i zrobił kilka kroków przed siebie, aby upewnić się czy na bank, nie kręci mu się już w głowie. Na szczęście wyglądało na to, że wszystko jest w porządku, tak więc chłopak uśmiechnął się lekko pod nosem i skinął na Rose zachęcająco. - Myślisz, że skrzaty dadzą nam coś ciepłego, jak zobaczą w jak beznadziejnym stanie jesteśmy? - zagadnął z chwilą, w której uświadomił sobie, że wszystko, czego pragnie w tamtej chwili, to kubek gorącej czekolady i ciepły kocyk.

[zt x 2]



He used to call me poison
Like I was poison ivy




I could have died right there
‘Cause he was right beside me
Powrót do góry Go down
Lilith H. Blackwood

avatar
Gracz


Skąd : Fermanagh
Liczba postów : 42
PisanieTemat: Re: Dziedziniec pod wieżą astronomiczną   05.10.16 1:49

Lilith była w, lekko mówiąc, niezbyt dobrym nastroju. Stawiała zamaszyste, gniewne kroki, idąc wyprostowana jak struna, z wysoko uniesionym podbródkiem i nieprzyjemnym wyrazem twarzy, zgrzytając zębami. Niepowodzenia na transmutacji dały jej się we znaki. Nie przywykła do porażek i szlag ją trafiał, kiedy jej się przydarzały. A jeszcze gorzej było, kiedy ktoś je zauważał i postanawiał nieco sobie z nich pokpić.
Azjata. Gryfon. Pewnie jakaś szlama. Tyle wystarczało, by Hecate zaczęła snuć plan morderstwa, a przynajmniej zemsty. Powinien cierpieć. Chciała tego. Powinna tylko wymyślić, co by tu zrobić, żeby zniszczenie go po pierwsze uszło jej na sucho, a po drugie było na tyle bolesne, by pożałował wszelkich zniewag, jakich się dopuścił. Nikt nie miał prawa stroić sobie z niej żartów i traktować niepoważnie. A jeśli ten robak jeszcze tego nie wiedział, zamierzała upewnić się, by sobie zapamiętał. Z nią nie należało zadzierać. Zwłaszcza jeśli jako tako lubiło się swoje życie.
Usiadła na brzegu fontanny, a jej brwi zmarszczyły się groźnie. Szum wody pomagał jej myśleć. A właściwie knuć, bo po głowie chodziły jej tylko i wyłącznie scenariusze, jak uprzykrzyć żółtkowi życie i sprawić, by jego egzystencja stała się nie do zniesienia. Nie przeszkadzał jej nawet jesienny chłód panujący na zewnątrz. Dobrze było nieco otrzeźwieć. Ochłonąć.
W końcu dziewczyna podniosła wzrok i zaczęła skupiać się na otoczeniu. Jej spojrzenie prześlizgiwało się po twarzach osób gromadzących się wokół dziedzińca. Nie było ich wiele. Większość przemykała tylko chyłkiem, spiesząc się na zajęcia. Blackwood szczęśliwie miała dłuższą przerwę między lekcjami. Wtedy zobaczyła jego. Przechodził powoli majestatycznym krokiem, roztaczając wokół siebie arystokratyczną aurę. Zanim się zorientowała, serce zabiło jej mocniej, a cała uwaga skupiła się tylko na Arthurze. Nie mogła spuścić z niego wzroku, choć bardzo tego chciała. Nie wiedziała, kiedy i dlaczego zaczął tak na nią działać - po prostu, nagle przestał być dla niej tylko kolegą od ćwiczeń leglimencji i listownego wymieniania się naukowymi spostrzeżeniami. Nie zdawała sobie też sprawy, że intensywnie się w niego wpatruje, zapominając o bożym świecie. Tylko gdzieś z tyłu głowy zapaliła jej się lampka - cicha nadzieja, że nie zauważy, jak się na niego gapi.
Powrót do góry Go down
Eugene Sawyer

avatar
Gracz


Skąd : Londyn, Wielka Brytania
Liczba postów : 17
PisanieTemat: Re: Dziedziniec pod wieżą astronomiczną   05.10.16 8:18

Lilith nie była jedyną osobą, która na Transmutacji miała gorszy dzień. I przez to również gorszy przez resztę dnia, żaden Ślizgon nie lubi przegrywać, zwłasza pokroju tej dwójki. Eugene jednak nie spotkał się z komentarzami ze śmieciowej strony uczniów Hogwartu, jedynie ze strony jej przyjaciół, zasrani hipokryci, i Fate... Cóż, z jej strony komentarzy było raczej niewiele, okej, ale jej obecność i samo spojrzenie potrafiły porządnie namieszać mu w głowie. Mógł sobie tłumaczyć, że to przez nią te wszystkie porażki na lekcji, ale okazuje się, że to wcale nie jest taka dużo lepsza opcja. Właściwie, Eugene już wolał zostać przy stwierdzeniu, że to przez tą zasraną Puchonkę, która miała czelność go dotknąć. Obrzydliwe, miał nadzieję, że w najbliższym czasie uświadomi ją, że lepiej z nim do czynienia nie mieć, bo może przypłacić to życiem. Albo przynajmniej zdrowiem. I choć nie miał zamiaru zbytnio się na tym skupiać, bo gówno go obchodziły jakieś żółte ścierwa, ale nauczkę dostać musiała.
Szedł sobie zatem w głębokiej kontemplacji przez dziedziniec kiedy to dostrzegł znajomą sylwetkę przy fontannie. Lilith była wyraźnie wpatrzona w jakiś punkt przed nią, a gdy Eugene podążył wzrokiem za jej spojrzeniem, uniósł brwi. Burke? Poważnie? Uniósł kącik ust w rozbawionym uśmiechu, po czym usiadł obok blondynki.
- Jeśli dałoby się pożerać wzrokiem, zapewne byłoby już o jednego Burke mniej na świecie. - rzucił lekkim tonem, również śledząc chłopaka spojrzeniem. - Mogłabyś chociaż udawać, że nie robi na tobie wrażenia, a nie ślinić się na sam widok.
Nieznacznie się skrzywił, choć nadal bawiła go cała sytuacja. To była hipokryzja, bo sam tylko szukał wzrokiem Fate, mniej lub bardziej świadomie. Ale wierzył, że wcale nie było tego widać, między nimi nic nie ma, a jej komentarze wcale nie były dla niego znacznie ważniejsze niż słowa każdej innej osoby z jego towarzystwa. Nie przyznawał się do tego, że rudowłosa mu się podoba, ani przed przyjaciółmi, ani tym bardziej przed sobą. I póki dziewczyny nie było w pobliżu, śmiało mógł się wypowiadać na ten temat. A drażnienie Lilith było dla niego wyjątkowo przyjemną rozrywką.
- Czekam na moment kiedy się na niego dziko rzucisz na korytarzu, nie będzie miał biedak szans...
Powrót do góry Go down
Lilith H. Blackwood

avatar
Gracz


Skąd : Fermanagh
Liczba postów : 42
PisanieTemat: Re: Dziedziniec pod wieżą astronomiczną   19.10.16 19:19

Lilith drgnęła nieznacznie, usłyszawszy znajomy głos. Odwróciła głowę w kierunku jego źródła, a kąciki jej ust uniosły się delikatnie.
- Eugene - odparła słodko na powitanie, na razie ignorując przytyk i wciąż uśmiechając się w ten swój charakterystyczny sposób. - Mnie również miło cię widzieć.
Dziewczyna zmrużyła lekko oczy. Drażnił się z nią, jak zwykle z resztą. I jak zwykle nie zamierzała pozostać dłużną. Ich relacja nie należała do tych przesłodzonych i perfekcyjnych. Raczej ze sobą trzymali i raczej jedno wstawiłoby się za drugim, a to, co między nimi było raczej można było nazwać przyjaźnią. Raczej, bo nigdy jeszcze nie została wystawiona na próbę. Drobne kłótnie, spięcia i przytyki to było nic - były na porządku dziennym. Blackwood nie potrafiła jednak przewidzieć, co by się stało, gdyby rzeczywiście poważnie się poróżnili. Najprawdopodobniej nie skończyłoby się to dobrze dla jednego ani drugiego, dlatego wolała unikać takiej sytuacji.
- To samo mogłabym powiedzieć o tobie i Fate - zaszczebiotała Ślizgonka, a ton jej głosu wyraźnie kontrastował z jadowitymi słowami. - Myślisz, że kiedy się zorientuje?
Hecate zakręciła na palcu kosmyk swoich jasnych włosów, nie spuszczając wzroku z twarzy Sawyera. Nie chciała, żeby umknęła jej jego najdrobniejsza reakcja, najsubtelniejsze drgnięcie mięśnia, zdradzające jego myśli.
- A może już się zorientowała i tylko się tobą bawi? - odgryzła się jeszcze. Eugene tak zaczynając rozmowę musiał się spodziewać, że i ona nie zostawi na nim suchej nitki. Byli w końcu dość blisko - szalenie trudno było więc jednemu ukryć coś przed drugim. Sama nie wiedziała, czy to dobrze, czy źle, ale zdążyła się już do tego przyzwyczaić. Zgadywała, że właśnie tak to jest z przyjaźnią. Ktoś cię zna lepiej niż inni, widzi to, czego inni nie widzą, czasem nawet zdaje się, jakby wiedział o tobie więcej, niż ty sam. Między nimi było podobnie, choć pewnie żadne wprost by się do tego nie przyznało. Sawyer był jedną z tych osób, którym Lilith pozwalała na więcej, których towarzystwo jej nie męczyło. Co nie oznaczało, że zamieniała się w zupełnie kogoś innego, gdy spędzała z nim czas. Wciąż trzymały jej się cięte komentarze i bolesna szczerość. Oczywiście była skłonna do ciepłych gestów, ale na ogół okazywała swoją sympatię na inne sposoby.
Powrót do góry Go down
Sponsored content



PisanieTemat: Re: Dziedziniec pod wieżą astronomiczną   

Powrót do góry Go down
 Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Erised :: Fabuła :: Hogwart :: Parter-
Skocz do: