Share | 
 
Wielka Sala
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2, 3, 4, 5  Next
AutorWiadomość
Mistrz Gry

avatar
Specjalne

Liczba postów : 1032
PisanieTemat: Wielka Sala   28.09.15 3:20

Wielka Sala
Największa sala w całym zamku zazwyczaj spełnia rolę jadalni. Idealnie sprawdza się jednak też jako sala balowa czy na dowolne, duże wydarzenie, z egzaminami włącznie. Magiczny sufit odzwierciedla aurę z zewnątrz, a tysiące wiszących świec zapewnia przyjemne oświetlenie. Pracownicy Hogwartu starają się, by zawsze była pięknie przystrojona, stosownie do okazji. A kiedy na koniec roku kolorystyka zmienia się tak, by przedstawić barwy domu, który wygrał Puchar Domów, zwycięzcy czują jeszcze większą dumę.
Powrót do góry Go down
Mistrz Gry

avatar
Specjalne

Liczba postów : 1032
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   31.10.15 20:01

Halloween
Wreszcie nadszedł długo wyczekiwany dzień – Halloween. Od lat hucznie obchodzony w Hogwarcie, tym razem miał oznaczać powrót do normalności. Przez ostatnie trzy lata uczniowie nie mieli okazji brać udziału w zabawach, ale teraz wszystko miało być jak dawniej. Dlatego też Wielka Sala udekorowana była z niezwykłą starannością, wzdłuż ścian ustawiono setki wydrążonych dyń, a flagi Hogwartu, powiewające nad stołami, na ten jeden wieczór zostały zabarwione na pomarańczowo. Stoły uginały się pod ciężarem niezliczonych potraw, będących świadectwem talentu kulinarnego zatrudnionych w zamku skrzatów.
Kiedy już uczniowie zajęli miejsca przy stołach, profesor McGonagall wstała, by wygłosić przemowę.
- Moi drodzy. Zdaję sobie sprawę, że dzisiejszy dzień może nie być najłatwiejszy. Dołożyliśmy jednak wszelkich starań, by zapewnić wam rozrywkę, jakiej brakowało nam wszystkim przez ostatnie lata. Kiedy już skosztujecie tych wybornych dań, w różnych miejscach zamku czekać na was będą zadania, które, mam nadzieję, wam się spodobają. Dotyczyć będą znanych osób, których już wśród nas nie ma. Nie będę zdradzać niczego więcej, żeby nie psuć wam zabawy. Smacznego!
Pierwszą atrakcją przewidzianą na ten wieczór było rzeźbienie dyń. W salce przy Wielkiej Sali poustawiano stoliki i dostarczono wszelkich niezbędnych materiałów do wykonania dyniowych ozdób. Jeśli chcesz, możesz po prostu przeprowadzić tu wątek z kolegą czy koleżanką, opierający się na wycinaniu w dyniach najróżniejszych wzorów. Możesz też wziąć udział w konkursie. Jak to zrobić? Motywem przewodnim jest dynia. Odejdź od komputera i wykonaj w dowolnej formie coś, co się w ten motyw wpasuje – to może być rysunek, figurka z plasteliny, zdjęcie wyrzeźbionej przez ciebie w realnym świecie dyni, krótkie opowiadanie czy co tylko sobie wymyślisz. Ważna jest pomysłowość i kreatywność, a tych ci przecież nie brakuje, prawda? Zdjęcie swojego dzieła (w przypadku opowiadania wystarczy sam tekst) wyślij PMką do Mistrza Gry do 30 listopada włącznie. Jest jeden warunek – na zdjęciu musi znaleźć się adres naszego forum. Pierwszego grudnia wrzucona zostanie ankieta, która wyłoni zwycięzcę, a ogłoszenie wyników i wręczenie nagród odbędzie się w połowie grudnia.
Poza dyniowym konkursem, w całym Hogwarcie odbywają się zajęcia prowadzone przez poszczególnych nauczycieli. Możesz się czegoś na nich nauczyć albo po prostu miło spędzić czas. Nie czekaj i znajdź dla siebie coś ciekawego! Miłej zabawy!


Screw this!

I'm going to Hogwarts!


Powrót do góry Go down
Jack T. Feversham

avatar
Gracz


Skąd : Nic i nigdzie.
Liczba postów : 100
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   21.12.15 11:25

Tego ranka wisiał nad swoim talerzem o wiele dłużej niż zazwyczaj – tosty smakowały tekturą, a sok dyniowy przypominał najpodlejszą lurę z podrzędnej herbaciarni w Hogsmeade. Rozejrzał się nawet kątem oka po współbiesiadnikach, ale nie dostrzegł niczego niepokojącego, więc w końcu odetchnął głęboko, decydując się na rezygnację z posiłku. Najwyraźniej to nie był jego dzień.
A niech to szlag – wymruczał do siebie, podpierając policzek na dłoni. Teoretycznie śniadanie już przecież skończył, ale nie miał jeszcze ochoty ruszać na górę – tym bardziej, że plan lekcji na dzisiaj nie zachęcał do czegokolwiek innego nade ciśnięcie weń wyjątkowo poirytowanym tłuczkiem.
Czuł narastające miarowo napięcie; ze wszystkich sił starał się nie patrzeć na dalszą część stołu, gdzie zauważył pierwsze ozdoby świąteczne, ze wszystkich sił starał się także nie pokazywać po sobie – a ktokolwiek w ogóle patrzył? - że to właśnie dlatego. Zaraz się zacznie cała zabawa. Zaraz się zacznie kolędowanie. Cholera.
Nawet nie znalazł wokół potencjalnych obiektów do ukradkowego strzelania łyżką, choć nie robił tego od pierwszego roku. Cóż, czyżby desperacja?
Z ciężkim sapnięciem odwrócił się od stołu, wspierając łokcie na ławie, a sam mierzył spojrzeniem całą salę. Dalej nic. Gdzieniegdzie dało się już natknąć na oznaki bożonarodzeniowego rwetesu wśród uczniów, (serio, czy ta drugoklasistka naprawdę założyła na głowę poroże?) co spotkało się z wymowniejszą dezaprobatą Jacka.
Doskonale wiedział, kogo w rzeczywistości szukał. I jak na złość...
A nie.
Jednak.
Twarz rozjaśnił mu szczery uśmiech, gdy dopatrzył się w tłumie znajomej sylwetki, a ręce jakoś tak bezwiednie zacisnęły w pięści.
Powrót do góry Go down
Poison R. Norton

avatar
Gracz


Skąd : Azkaban
Liczba postów : 34
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   22.12.15 19:39

Bycie uczniem było wkurwiające.
Powinien już dawno mieć wyjebane na szkołę i robić inne rzeczy. Gdyby nie to, że majątek dziadka nie był jeszcze w jego rękach to z pewnością nie budziłby się codziennie w dormitorium z dziwnymi osobnikami. Nie chodziłby po korytarzach pełnych szlam i nie uczył rzeczy, które i tak mu się w życiu nie przydadzą. Nie można mieć jednak wszystkiego od razu, więc nadal tutaj był. Kolejny list od dziadka nie robił na nim wrażenia i jak zawsze spalił go zaraz po tym jak odwiązał od nóżki sowy. Nie miał zamiaru czytać tego co tamten mu napisał, a tym bardziej odpisywać, więc pogonił ptaka zanim ten zdążył go podziobać. Przeklęte ptaszysko uprzykrzało mu życie od tygodni.
Śniadanie jak śniadanie, szału nie było a dookoła wciąż te same mordy. Nawet nie zdawał sobie sprawy, że ktoś usilnie wypatrywał go w tłumie. Sam był zbyt zajęty tym, aby możliwie jak najszybciej opuścić wielką salę zanim zrobi komuś krzywdę. Świąteczny czas jakoś tak działał na niego, że ręce mocniej niż zazwyczaj świerzbiły. Jakoś tak samo się działo, a Poison się temu poddawał. Bo czemu nie. Mało zwracał uwagę na to co kumpel obok mu opowiada. Nie miał pojęcia o czym tamten pierdoli, ale na koniec spojrzał na niego i mu przytaknął.
- Racja - dodał jeszcze nie wiedząc czy właśnie nie potwierdził tylko tego, że w dupie miał całą jego opowiastkę - Nie wiem jak Ty, ale ja olewam dzisiaj zielarstwo - wstał od stołu i zaczął zmierzać w stronę wyjścia nie zważając na to na kogo wpada. Czy oni się nigdy nie nauczą, że nie będzie ich wymijał? Ostatnie czego mu było potrzeba to lawirowanie między uczniami. Więc jak zawsze parł naprzód i nie zatrzymał się nawet kiedy wytrącił jakiemuś pierwszakowi coś z rąk. Gdyby był uważniejszy nie zanosiłby się teraz płaczem niemal na środku wielkiej sali.
Powrót do góry Go down
Jack T. Feversham

avatar
Gracz


Skąd : Nic i nigdzie.
Liczba postów : 100
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   24.12.15 11:58

Obserwował Ślizgona od dobrych kilku minut, a wręcz odliczał czas, który dzielił ich obu od nieuchronnego spotkania.
Ruszże się – wymruczał zniecierpliwiony, aż siedząca niedaleko Gryfonka spojrzała na niego z wyrzutem. Jack nie mógł już nic na to poradzić, miał nieprzyjemne wrażenie, że cała krew spłynęła do jego dłoni, nieomal wrząc i domagając się pospiesznego uwolnienia nagromadzonej frustracji. Wyraźnie dostrzegał, że tamten błądzi po otoczeniu najzupełniej ślepym wzrokiem, nie bacząc nawet na trajkot towarzysza u boku. Co za pokręt, pomyślał w duchu Jack na myśl, że namolny gawędziarz produkuje się na marne, chyba nawet nie będąc tego świadomym. Uśmiechnął się pod nosem kpiąco, ale nie odrywał spojrzenia od swojej ofiary, jeszcze tego brakowało, żeby mu zniknął w tłumie zaaferowanych pierwszaków.
Nie musiał nawet zbierać złości – jeden rzut oka na tę nienawistną gębę i Jack był w idealnym nastroju do bójek. I cóż, że wokół kręciło się tyle ludu? To mogłoby się nawet okazać zabawne, jeśli głębiej się nad tym zastanowić.
Z ust Gryfona dobyło się stłumione westchnienie ulgi, kiedy dostrzegł, że Ślizgon – wreszcie, na Merlina, wreszcie! – wstaje od stołu i rusza w kierunku wyjścia z Wielkiej Sali.
Nie minęło nawet kilkanaście sekund, a Jack był tuż przy nim, klnąc jednocześnie na pałętające się dzieciaki, które najwyraźniej nie łapały aluzji co do tego, by w miarę możliwości usuwać się spod nóg.
Tak ci spieszno do domu na święta? – wysyczał przez zaciśnięte zęby. W końcu nie mógł się obyć bez słownej prowokacji, znając – mniej albo więcej, raczej mniej – kwestie rodzinne Poisona; usłyszał o nich kiedyś całkiem przypadkiem z ust pewnego Ślizgona, którego stłukł na kwaśne jabłko w korytarzu z posągiem jednookiej wiedźmy.
Nie czekał na odpowiedź i wymierzył solidny cios prosto w szczękę, obracając go ku sobie w jednym silnym geście.
Powrót do góry Go down
Poison R. Norton

avatar
Gracz


Skąd : Azkaban
Liczba postów : 34
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   26.12.15 13:20

Dopiero co jakiś dzieciak zanosił się płaczem, bo jego super gówniana rzecz skończyła na podłodze, a już usłyszał tuż za sobą Jacka. Tak to jest, że niektóre głosy rozpoznaje się lepiej od innych. Szczególnie te które wkurwiają. Tak działo się teraz, ale nie zamierzał odpowiadać na tą marną zaczepkę. Nie żeby potrzebował więcej, w końcu chodziło o Jacka. Ręce same zacisnęły się w pięści, ale nim zapanował nad sytuacją dostał w szczękę. Podniósł wzrok na gryfona i podwinął tylko rękawy szaty. Zdążył jeszcze splunąć mu pod nogi zanim sam wyprowadził cios w jego kierunku.
Do tego nie potrzebował wiele. Prawie tyle co nic, sama obecność Jacka działała na niego w taki, a nie inny sposób. Nie zwracał uwagi na to, że ktoś koło nich krzyknął żeby przestali. To nigdy nie działało, bo przyjemność okładania po mordzie kogoś, dawała zbyt wiele. Tak jak teraz kiedy pchnął Jacka. Nie ważne było czy tamten wyląduje na podłodze, oprze się plecami o ścianę czy skończy ze stołem wbijającym się w kręgosłup.
- Jak pojawisz się w domu bez obitej mordy to cię nie poznają - powiedział między kolejnymi ciosami, których sobie nie odmawiał. Czuł, że z rozciętej wcześniej wargi spływa mu krew, ale tylko ją oblizał nie przejmując się tym zbytnio całą resztą. Uczniowie, którzy zbierali się naokoło nie istnieli dla niego. Jak zawsze wszyscy chcieli się patrzeć i komentować, ale nic więcej za tym nie szło. Poisona wkurwiało w tym tylko to, że zawsze później pojawiał się jakiś nauczyciel, bo takie zbiegowisko nigdy nie było normalne. I nigdy nie oznaczało niczego dobrego.
Myślenie o konsekwencjach nigdy nie leżało w naturze Nortona. Wyciąganie wniosków pewnie też nie skoro zawsze jak tylko miał okazję spotkania z Jackiem kończyły się w ten, a nie inny sposób. Okładanie go pięściami było swojego rodzaju oczyszczeniem i przynosiło na chwilę ulgę. Złość, którą zbierał w sobie musiał w jakiś sposób wyładować, a gryfon przydawał się do tego jak nikt inny. Gdyby był szlamą całość idealnie by się zamykała, ale z tego co Poison się dowiedział tak nie było. Nie zmieniało to jednak w żadnym stopniu nastawienia, ani siły ciosów. Nie ograniczał się tylko do twarzy, szukał możliwości zadania mu bólu w każdy możliwy sposób.
Powrót do góry Go down
Mistrz Gry

avatar
Specjalne

Liczba postów : 1032
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   26.12.15 16:53

Atmosfera świąt na dobre zagościła w Hogwarcie. Ozdoby pojawiły się we wszystkich salach i na korytarzach, zapach jodeł mieszał się z aromatem cynamonu i goździków. Skrzaty domowe, jeśli pojawiały się gdzieś poza kuchnią, nie rozstawały się ze swoimi czapkami Mikołaja. Magia świąt połączona z aurą szkoły dbała o to, by zarówno uczniom, jak i pracownikom był miło. Dlatego teraz, zaraz nad głowami okładających się chłopców, pojawiła się wielka, zielona jemioła, udekorowana wstążkami i suszonymi plastrami pomarańczy. Miłość, panowie, miłość i zgoda.


Screw this!

I'm going to Hogwarts!


Powrót do góry Go down
Jack T. Feversham

avatar
Gracz


Skąd : Nic i nigdzie.
Liczba postów : 100
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   26.12.15 19:36

Jeśli ktoś byłby skłonny zapytać Jacka, czy znajdował w Ślizgonie coś, co w domniemany sposób cenił, bez wahania wskazałby na błyskawiczny czas reakcji. Jakkolwiek kuriozalnie by to nie zabrzmiało – nie mógł narzekać na nudę, wystarczyło rzucić jedno drażliwe słówko czy też dwa, a czasem nawet i tego nie potrzebowali do szczęścia pod postacią bójki.
Początkowo udawało mu się zwinnie unikać ciosów, w końcu stoczyli już niejedną bitwę na śmierć czy życie, doskonale wiedział, że poirytowany Norton to szarżujący Norton, więc należało zwyczajnie przeczekać pierwszy atak berserskiego szału.
Rozczaruję cię, ale nie wracam do domu – odparł, choć tylko z kurtuazji, niźli szczerej chęci poinformowania tamtego o swoich planach świątecznych.
Roześmiał się perliście, kiedy poczuł tępy ból u nasady nosa, a wraz z nim wilgotne strumyczki ciepła, które spłynęły perełkami czerwieni przez brodę, dotarłszy aż do bieli szkolnego kołnierzyka. No cóż, Jack nigdy nie mógł pochwalić się zbyt wytrzymałą konstrukcją nozdrzy, ale odparował na jednym wydechu, wymierzając pięścią prosto w żołądek Ślizgona i po cichu licząc, że nie jadł on zbyt obfitego śniadania.
Stłumił syknięcie – wystające łopatki uderzyły z impetem o kamienną ścianę kilka metrów dalej, jednak nie powstrzymały go przed energicznym oddawaniem wszystkich razów. Wycelował solidny kopniak w okolice piszczeli Poisona, mając nadzieję, że poskutkuje chociaż chwilowym paraliżem.
Zmierzał właśnie do splotu słonecznego, gdy... skąd ten dziwny swąd? Pociągnął kilkakrotnie nosem, nawet otarł z nagromadzonej posoki, ale niezbyt pomogło.
Czy on czuł... pomarańcze?
Uniósł zaskoczony głowę, mając wrażenie, że coś jest nie tak, bo niby skąd ta cisza wśród uczniów, którzy dotychczas zaciekle ich dopingowali? Nadto nie przypominał sobie, by ktokolwiek z grona nauczycielskiego używał perfum o tym zapachu.
I wtedy to dostrzegł.
No chyba nie.
Nie wiedział czy ma wybuchnąć śmiechem, czy może płaczem na widok kępy roślinności, jaka z cichym pyk! wyrosła tuż nad ich głowami, a teraz pyszniła się w najlepsze, powodując zbiorowy pisk wśród uczennic.
Lepiej nie mogłaś wybrać, przeklęta!
Mimo tego kąciki ust Jacka uniosły się w iście diabelskiej manierze, żelazny uścisk na koszuli Nortona tylko się pogłębił, z wolna zaczął się nachylać do tego drugiego, już-już przymykał oczy i...
Ugryzł go.
Zęby z rozmysłem zahaczyły o górną wargę, nieco obrzmiałą po wcześniejszym ciosie, teraz Jack jedynie dopełnił dzieła zniszczenia. Poczuł na języku krew, świeżą i metaliczną – dla niego smakowała triumfem. No, przynajmniej połowicznym.
Powrót do góry Go down
Mistrz Gry

avatar
Specjalne

Liczba postów : 1032
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   13.02.16 22:30

Bal walentynkowy
Walentynki od lat były ważnym świętem w Hogwarcie. Nikt nie miał pewności dlaczego – profesor McGonagall nie wyglądała na entuzjastkę celebrowania miłości w taki sposób, ale istniały podejrzenia, że to bardziej tradycja wprowadzona przez profesora Dumbledore’a. Tak czy inaczej, święto przyniosło ze sobą mnóstwo kwiatów, serduszek i nieco duszącego, słodkawego zapachu. Oczywiście były miejsca, w których można było od tego wszystkiego uciec, ale na pewno nie była to Wielka Sala. Tutaj znajdowało się epicentrum walentynkowego szaleństwa. Różowe tiule udrapowane na ścianach w jakiś sposób dawały efekt cokolwiek klaustrofobiczny, ale intencje na pewno były dobre. Długie stoły, zwykle zajmujące większość miejsca, zniknęły, a na ich miejscu pojawiły się okrągłe stoliki różnej wielkości. Na podeście, zwykle zajętym przez stół prezydialny, szykował się do grania zespół. Nie dało się ukryć – szykował się bal.
Przygotowany został szereg atrakcji, ale poza zapowiedzią, że nuda nikomu nie grozi, wszystko pozostawało w ścisłej tajemnicy. Wiadomo tylko było, że skrzaty, biegające w te i z powrotem w różowym tutu, nie są tu przez przypadek. Podobnie jak stos poduszek, obecnie leżący pod ścianą.
Wejdź, rozgość się. Napij się ponczu, który oferuje ci jeden ze skrzatów zaraz przy wejściu. I nie przejmuj się tym, czy przyszedłeś tu z kimś czy sam – uwierz, to szybko przestanie być problemem.



Screw this!

I'm going to Hogwarts!


Powrót do góry Go down
Felix Lockwood

avatar
Mod


Skąd : Chelmsford
Liczba postów : 784
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   18.02.16 0:41

Nie miał przekonania, czy chce tu przychodzić. Bal walentynkowy... Świetnie. Święto miłości, szczęścia, spokoju... Słodko-pierdząca atmosfera, aż gęsta od brokatu i różowej waty. I w tym wszystkim najgorsze było to, że on mógłby się tym cieszyć. Mógłby. Albo mógłby to wprost bojkotować. Mógłby zwinąć się na łóżku w swoim dormitorium, mógłby siedzieć na parapecie i rysować wciąż te same drzewa, mógłby cokolwiek. Problem w tym, że nie miał pojęcia, na czym stoi. Nie wiedział, czy istnieje coś takiego, jak jego związek, co właściwie jest między nim a Serpensem, jak powinien poradzić sobie ze wspomnieniami o Ślizgonie... Wspomnieniami wciąż żywymi, bo przecież ostatnie walentynki obchodzili razem. No, może było to dzień po, trwało chwilę i odbywało się w jakiejś dziwnej, zamkniętej salce, z dala od wścibskich oczu, ale to też się liczy. Ale to nie miało teraz znaczenia, nie powinno mieć, bo Ślizgona już nie było i on powinien nauczyć się sobie z tym radzić. I skupić się na Krukonie. Ale jak skupić się na Krukonie, jeśli wspomnienia z nim związane kończą się na dziwnej kłótni, po której obaj unikali się całymi tygodniami? A przecież on cierpiał, tęsknił, potrzebował...
Może Serpens tu będzie. Może się pojawi, może znów będzie dobrze. Może. Właściwie to była jedyna motywacja, by tu przyjść. Niby wyciągnięcie ręki w tym dziwnym układzie, choć przecież nie miał za co przepraszać. Tylko że jego dobra wola nie wystarczyła. Serpens musiał się tu chociaż pojawić. A potem wyciągnąć rękę też ze swojej strony. Ale najpierw pojawić. Chociaż tyle.
Na razie go nie było.
Zajął miejsce przy jednym ze stolików. Impreza dopiero się zaczynała, ale jemu się nigdzie nie spieszyło. Zdjął marynarkę (bo przecież w szacie tu nie przyszedł) i powiesił ją na oparciu krzesła. Niebieska koszula sugerowała, że może jest Krukonem, w końcu to był niemal dokładnie odcień tego domu, ale nie. To przecież zupełnie nie o to chodziło.
Sięgnął po kawę. Może to wyrwie go ze stuporu.


do i know what i'm doing?
Powrót do góry Go down
Exodus Malclès

avatar
Admin


Skąd : Z Francji, z USA, ze Szkocji...
Liczba postów : 226
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   18.02.16 1:14

Bal walentynkowy.
Bal walentynkowy.
BAL WALENTYNKOWY.
Oczywiście, że musiała tam być. Nawet, jeśli prawie cały dzień była osowiała i bez energii, to nie mogła opuścić czegoś takiego, jak bal. Nawet, jeśli wiedziała, że sióstr tu nie będzie. Nawet, jeśli... Cokolwiek. Nieważne. Musiała być. Musiała się wystroić, przyjść i wytańczyć za wszystkie czasy. A potem spotkać z siostrami i wytańczyć się z nimi - ale to dopiero w marcu. I ich tańce nie będą miały nic wspólnego z dzisiejszą zabawą, ale przecież o tym nie będzie mówić głośno... Zaśmiała się do własnych myśli, rumieniąc się lekko. Czego, oczywiście, nie zamierzała nikomu wyjaśniać.
Jej spódnica na dzisiaj była cudowna. Exodus zamierzała pochwalić się tym wszystkim, a przynajmniej wszystkim to udowodnić i nie było co do tego najmniejszych wątpliwości. Cudowność tego elementu garderoby opierała się na dwóch rzeczach. Po pierwsze, było tego dużo. Bardzo. Miało milion warstw, a Exodus uwielbiała, jak rzeczy jest dużo (co tłumaczyła dwadzieścia cztery pobrzękujące bransoletki na jej nadgarstku). A po drugie, kiedy Gryfonka kręciła się wokół własnej osi, razem ze strojem stawała się szeroka na półtora metra, co stanowiło mniej więcej tyle, co jej wzrost. I przy tym wcale nie była gruba, ani trochę, no wiadomo.
Tak więc kiedy wpadła na Wielkiej Sali, szeleszcząc nadmiarem materiału zużytego na spódnicę i brzęcząc nadmiarem metalu na ręce, niespecjalnie zasmuciło ją to, że prawie nikogo jeszcze nie było. To nic przecież. Zaraz przyjdą. Przyjdą i ona wtedy będzie mogła z nimi taaańczyć! I śpiewać, i skakać, i krzyczeć z radości, i wszystko!
I nie, nie było opcji, żeby się uspokoiła. Nawet kiedy wzięła szklankę ponczu, hopsała w miejscu.
Powrót do góry Go down
Upsilon Wild

avatar
Gracz


Skąd : Wielka Brytania, Szkocja
Liczba postów : 120
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   19.02.16 18:59


@ Ups
Nigdy nie byłaś dobra w waleniu w tynki, Ups. To znaczy... Rozwaliłaś nieco kilka ścian w tymczasowej szkole, ale to nie twoja wina, że eliksir zbyt mocno bulgotał, a potem bulgotał też na ścianie, podłodze, a prawie zabulgotał nawet na kilku uczniach. Fajnie, że nauczyciel był szybszy od eliksiru. Tak czy siak, nie przyszłaś na bal dlatego, że jarałaś się świętem miłości. Nie mieliście z kim go świętować. Phie... Na ciebie z pewnością mogłaby polecieć jakaś laska, ale cała reszta ferajny wszystko psuła. Zawsze. Wprawdzie Omicron miał do was dokładnie taki sam wyrzut, ale osobiście nie miałaś sobie wiele do zarzucenia w kwestii jego nieudanych podbojów. Byłoby wam wszystkim o wiele łatwiej, gdyby leciał na dziewczyny. Nic nie mogłaś poradzić na to, że widziałaś... czułaś, jak ślinił się do tych dziwnych rzeczy z penisami.
Przyszłaś na bal, bo kiedy dotarły do ciebie wieści, nie usłyszałaś "bal", a "impreza". O tak, to było coś, w czym byłaś dobra. Zwłaszcza, że w twojej niepozornej skórzanej torbie, obszytej masą kolorowych guzików, nitek i kawałków różnobarwnego materiału kryła się butelka ognistej, którą chowałaś właśnie na taką okazję. Przyniosłabyś ją ze sobą znacznie wcześniej, ale do tej pory wszyscy smędzili o poległych i żałobie. Walentynki nie brzmiały jak okazja do smędzenia. Raczej jak okazja do całowania za zasłonami, wykradania się z sali i... picia! Śmiechu, Ups, chciałaś pomyśleć "śmiechu". A może to Upsilon chciała pomyśleć "śmiechu"? Ale Upsilon nie miała tu teraz żadnej władzy. Zadowolona z siebie, niemal wbiegłaś do Wielkiej Sali i... Och. Poczułaś dziwne bulgotanie w swojej głowie. Jeśli Omicron znowu rzygał... Oczywiście, że rzygał! Trudno było nie zauważyć Lockwooda, przez którego od czasu tego feralnego spotkania w pubie w Hogsmeade Omicron nie był w stanie nie rzygać. Zapowiedziałaś mu od razu, że nie ma opcji, byś to sprzątała! Obojętnie czy ten dureń zarzyga wam labirynt, czy walizkę z ciuchami. Choć za to drugie z pewnością byś go zabiła!
Obróciłaś się na pięcie, starając się nie patrzeć w kierunku Gryfona. Nie byłaś taka zła i wcale nie chciałaś, żeby Omicron się męczył. Choć czasem cholernie cię to bawiło. A jednak po drugiej stronie był ktoś znacznie bardziej interesujący. Twoje trampki wydały koszmarny dźwięk, gdy przesunęłaś je z piskiem po wyczyszczonej podłodze. Średnio pasowały do twojej... O zgrozo, Ups, czy ty założyłaś sukienkę? Szeroki, półprzezroczysty fragment rękawów, ciągnący się od twojego łokcia do ramienia, zawirował razem z tobą, wydając się jeszcze większy, gdy nabrał powietrza. Twoja sukienka była zgniłozielona, jak większość rzeczy, które nosiłaś i jeśli chodziło o ścisłość, wyglądałaś w niej całkiem dobrze, choć było to do ciebie zupełnie niepodobne. Wracając jednak do celu twojego obrotu... Z energią w kilku susach znalazłaś się przed Exodus.
- Cześć, pszczółko - schwyciłaś ją bez pytania w ramiona, uśmiechając się tak szeroko, że każdy normalny człowiek zwichnąłby szczękę. - Masz jakieś plany na resztę wieczoru? - zapytałaś podejrzanie. Sęk w tym, że byłaś Ups. Dwuznaczności ci się przytrafiały.
Powrót do góry Go down
Jack T. Feversham

avatar
Gracz


Skąd : Nic i nigdzie.
Liczba postów : 100
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   20.02.16 17:16

Na pohybel z walentynkami, myślał kąśliwie Jack, kiedy mijał kolejną grupkę rozochoconych uczennic, które, jak zdecydowana – o zgrozo! – większość, zdążały w kierunku Wielkiej Sali. Nie to, żeby żywił szczególnie nieprzyjemne uczucia względem par, niechże się parzą, ile tylko dusza zapragnie, ale na cóż całe fetowanie w obliczu tego, że mógłby teraz krążyć nad boiskiem do Quidditcha i ćwiczyć rzuty? Już z oddali czuł charakterystyczny zapach, zapewne usłużne skrzaty domowe po raz kolejny nafaszerowały poncz goździkami, a niech to! Powoli przyzwyczajał się do myśli, że jego szaty wreszcie zaczęły pozbywać się niemiłosiernego fetoru – od świąt wietrzył je niestrudzenie każdej nocy, teraz wszystko wzięło w łeb.
Odetchnął kilka razy głęboko, równie dobrze może spędzić resztę wieczoru nad pucharem dyniowego soku i końcem różdżki mierzyć do różowych balonów – święto zakochanych przysparzało dobrej okazji dla płatania psikusów, ale dzisiaj jakoś nie był w chochliczym nastroju. A przynajmniej nie w tej chwili.
Przekroczył próg i od razu uważnie zmierzył wzrokiem całe pomieszczenie, powstrzymując zarazem nagły atak torsji na widok ilości wizualnej słodyczy. Na Merlina, prawie że zgrzytała w zębach! Pogratulował w duchu przemyślności tym z kolegów, którzy w towarzystwie partnerów zdążyli zawczasu ukryć się na co dyskretniejszym korytarzu i zdobywać teraz nieco inne szczyty, niż kontemplować w milczeniu szczyt bezguścia, jakim zdawała się podówczas Wielka Sala. I jak mógłby wyobrazić sobie, że zaledwie przed kilkoma tygodniami zdobił tutaj posadzkę krwią pewnego Ślizgona?
Przysiadł przy pierwszym lepszym stoliku i niemal od razu przysunął w swoją stronę dzbanek soku. Zawsze można go było odpowiednio doprawić, nieprawdaż?
To miejsce jest sennym koszmarem baletnicy – zawyrokował półszeptem, upijając przeciągły łyk.
A to był dopiero początek.
Jakie licho go tu przywiało, jakie licho?
Powrót do góry Go down
Elizabeth Benoit

avatar
Gracz


Skąd : Rieux
Liczba postów : 290
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   20.02.16 23:19

Bal walentynkowy. Cały zamek o tym huczał, Lizzie nie miała za bardzo ochoty się tak wybierać, ale jednak, własnie stała przed drzwiami Wielkiej Sali. Ubrana w niebieską sukienkę, która zakrywała jej tatuaże na udach, na szyi miała pasującą arafatkę w kolorze czarnym. Sukienka z prawej strony miała długi rękaw a z lewej go nie miała. Rękaw ten zakrywał jej kolejny tatuaż. Dziewczyna po prostu się nimi nie chwaliła, wolała zachować je w swojej słodkiej tajemnicy, przecież nie zrobiła ich po to aby każdy je podziwiał, jak na razie były tylko dla jej oczu. Na nogach miała botki na koturnach w których czuła się wyjątkowo dobrze, nawet lepiej niż w ciężkich glanach, lub trampkach. Zakup tych butów mogła uznać za udany. Stojąc przed drzwiami, zastanawiała się co ją tutaj przywiało. Pewnie te postanowienie noworoczne: "wyjść do ludzi". Zaczynała żałować ze je napisała, ale z drugiej strony może wyjdzie jej to na dobre. Miała taką nadzieje, choć za bardzo się nie nakręcała. Pewnie stanie z boku i będzie przyglądać się tańczącym ludziom. Tak, to był nawet dobry plan na ten wieczór..
Jeszcze masz szansę, odwróć się i wróć do dormitorium, przebież się i idź do biblioteki. Odezwał się cichu głosik w jej głowie, ale zignorowała go. Zrobiła mały kroczek w stronę drzwi, jeszcze jeden i następny. Otworzyła drzwi od Wielkiej sali i po chwili zamknęła je za sobą, już nie było odwrotu. Jeden ze stojących skrzatów zaproponował jej poncz, oczywiście przyjęła podarunek i ładnie podziękowała. Zamiast podziwiać udekorowaną sale, w szybkim tempie odsunęła się od drzwi i stanęła w jednym kącie sali.
Dopiero teraz zaczęła obserwować udekorowaną salę. Jej różowe włosy prawie zlewały się z górującym kolorem tiuli. Widać było że ktoś się postarał. Walentynki można nawet było poczuć w słodkawym powietrzu. Wyglądało to trochu tak jakby ktoś porzygał się różową tęczą i serduszkami. Nie wiedzieć czemu jakoś ją to zaczęło przytłaczać, czuła się jakby patrzyła na wszystkich przez różowe szkiełka.
Powrót do góry Go down
Charles Beauclerk

avatar
Gracz


Skąd : St Albans, Anglia
Liczba postów : 38
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   21.02.16 17:07

Gdyby ktoś powiedział, że Charles Beauclerk poszedł na bal, zostałby uznany za okrutnego żartownisia, jego słowa zaś porównano by do nonsensu pokroju "Słońce krąży wokół Ziemi" czy "wątróbka bywa smaczna". Oczywiście, nikt nie zwrócił najmniejszej uwagi na pojawienie się chłopca, stąd brak podobnego porównania; nie umniejsza to jednak wagi cudu, któremu akompaniowała balowa uwertura w nutach szelestu zwiewnych sukien, krzyku z okrucieństwem tłuczonego szkła i pomruku pierwszych rozmów towarzystwa, wciąż raczej skąpego. Minąwszy koczujące przed wejściem grupki, chłopak przekroczył próg Wielkiej Sali, z przestrachem zderzając się ze ścianą mdłej katastrofy - wachlarz arcysłodkich zapachów okazał się zbyt szeroki, by zwykły śmiertelnik mógł rozpoznać więcej niż pięć składników, zbyt oddany olfaktorycznej agonii oraz próbie uśmiercenia zmysłów. Wstrzymał oddech, czyniąc samemu sobie wyrzut - mógł przecież zostać w pokoju Krukonów i wertować jakąś lekturę, dokończyć wypracowanie albo spróbować się wreszcie wyspać. Kierując się jednak noworocznym postanowieniem, wskoczył w szatę wieczorową i lśniące lakierki; istne samobójstwo, toż jego pierwsza impreza! Ruszył na podbój balu, kierując się najpierw w stronę mis z ponczem - dowiedział się od brata wiele dobrego na temat napoju, który posiada istotne walory magiczne, rzekomo pomocne przy nawiązywaniu kontaktów. Wziąwszy się za pierwszy kieliszek, przemknął niepewnie pomiędzy kupidami, balonami, idiotami czy młodzieżą, i - rozglądając się najpierw, pozorując szukanie znajomych - wcielił się w niezbędną rolę podpory jednej ze ścian. Niech się dzieje co chce, ale ktoś musi pilnować, by ta nie upadła!
Powrót do góry Go down
Nikolai Lazarov

avatar
Gracz


Skąd : (Bułgaria) Szkocja
Liczba postów : 162
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   21.02.16 22:04

Głupi bal. Nikolai nienawidzi balów kiedy ma na nie iść sam. Pewnie gdyby był z Nadią, to byłoby cudownie, świetnie by się bawili i w ogóle, ale Nadii nie ma. On nie wie dlaczego, ale ja wiem - nikt jej jeszcze nie stworzył i dlatego jest mu strasznie smutno. A może to uczucie to raczej złość, bo bycie prefektem sprawia, że musi pojawić się na zabawie i udawać, że jej pilnuje. Właściwie, może nie jest to aż takie złe, bo może odejmować punkty z głupich powodów. Na pewno znajdą się chociażby tacy, co postanowią przemycić sobie alkohol, bo poncz nie będzie im wystarczał.
Ubrał się całkiem elegancko, zakładając starannie wyprasowaną szatę wyjściową w kolorze zgniłej zieleni i w sumie wygląda całkiem przystojnie. Nikolai bierze od skrzata przy wejściu owy poncz i spaceruje przez Wielką Sale, rozglądają się po nielicznych jeszcze zgromadzonych. Jest jeszcze jeden powód, który go tu przyciągnął - tajemniczy list, który dostał od również tajemniczej osoby. Nie ma pojęcia kim może być wspomniana walentynka, bo przecież nikogo takiego ostatnio nie ma, ale chętnie się dowie. Rozgląda się teraz, przyglądając się każdej dziewczynie. Nie może być to jednak Exodus z lekcji zaklęć ani jej koleżanka, a tym bardziej krukona w różowych włosach, bo totalnie nie jest w stylu Nikolaia.
Idzie w stronę sceny, mijając @Jack T. Feversham i przyglądając mu się uważnie, bo wygląda, jakby coś kombinował.
Powrót do góry Go down
Exodus Malclès

avatar
Admin


Skąd : Z Francji, z USA, ze Szkocji...
Liczba postów : 226
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   22.02.16 0:03

Niespodziewanie została uniesiona w powietrze i nie mogła nic poradzić na to, że jedyną możliwą reakcją w jej przypadku był szeroki uśmiech. Latała! To był jak latanie, ale bez miotły, czyli jakby w sumie fajniejsze, zwłaszcza, że miotła była tylko cienkim kijkiem, a ją trzymał ktoś, kto, jak się wydawało, wie, co robi. Potem zauważyła, że tym kimś jest Ups i trochę zwątpiła, ale tylko trochę. Ups może i bywała nieco nieodpowiedzialna, ale to w niczym nie przeszkadzało, a nawet więcej - dzięki temu niejednokrotnie były w stanie się dogadać. Cóż, nikt poważny, stateczny i odpowiedzialny nie był w stanie wytrzymać z Exodus, chyba że Genesis i Esther, ale to było zupełnie inaczej, one zwyczajnie nie miały wyjścia.
Tak czy inaczej, teraz latała i gdyby jej strój był w nieco innym kolorze (albo po prostu ograniczony do dwóch, najlepiej żółtego i czarnego), rzeczywiście przypominałaby pszczółkę. I to nawet bardziej, niż na Halloween, bo by latała. Lepiej i skuteczniej, wiadomo. Ale że jej spódnica miała milion kolorów, to pszczółką była tylko metaforycznie. Lubiła być metaforycznymi rzeczami, bo to dawało nieograniczone możliwości.
Zaczęła się śmiać jak głupia i dłuższą chwilę nie była w stanie przestać, ale nie wydawało jej się, że Ups to przeszkadza. Ups często sama się tak śmiała i to było przecież fajne. Kiedy wreszcie przestała się śmiać, zawołała radośnie:
- Cześć, Ups!
I, nie wiedzieć czemu, zaczęła się kręcić w kółko jak debil. Jak to ona. Normalne. Jakiś wpływ mogło mieć to, że chociaż jeszcze przed chwilą czuła się nieco samotna, teraz już jej to przeszło, bo jednak towarzystwo koleżanki z dormitorium, i to koleżanki niespełna rozumu, było pokrzepiające.
Przystanęła na chwilę i przekręciła głowę na bok.
- Mam. O ile chcesz się ze mną pokręcić w kółko, aż będziemy wymiotować - wyszczerz sugerował, że w jej mniemaniu to jest naprawdę świetny pomysł. Obiektywnie... Cóż. Genesis tu nie było, więc nikt nie będzie obiektywnie oceniał jej pomysłów. Całe szczęście.
Powrót do góry Go down
Amelia Slughorn

avatar
Gracz


Skąd : Cornwall
Liczba postów : 63
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   22.02.16 3:49

Ponury żart.
Tylko takie słowa przychodziły Amelii na myśl, tuż po tym, gdy na spotkaniu świeżo upieczonych prefektów, przydzielono im jedno z pierwszych, poważniejszych zadań.
Pilnowanie balu walentynkowego.
Płacz, rozpacz i zgrzytanie zębów, podcięte nadgarstki i rozmazany eyeliner. Reakcja byłaby przeciwna, jeżeli tylko miałaby partnera lub sympatię, którą to mogłaby bez ogródek zaprosić i poszwendać się z celem bliżej nieokreślonym. Jeżeli prosiła o zbyt wiele, to grupka wiernych i oddanych przyjaciół wystarczyłaby. Trudno.
Jak na osobę, której kompletnie nie zależało, która wzgardzała komercyjno-pogańską tradycją kultu fałszywej (bo nieistniejącej, ha!) miłości, Amelia włożyła niemało trudu w swój odświętny ubiór i fryzurę. Subtelny makijaż, podkreślający delikatne, acz zapadające w pamięci, rysy twarzy, łagodnie pofalowane włosy. Kobaltowa sukienka* bez ramion, rozkloszowana ku dołowi i kończąca swą żywotność w okolicach kolan dodawała Amelii zaskakującej świeżości i dziewczęcości.
No, dziewczyna odstroiła się jak na jarmark wiosenny, może z większą klasą i elegancją, ale przecież te zazwyczaj były jej obce. Obco również musiała wyglądać dla większości, bo nie każdy rozpoznawał ją za pierwszym spojrzeniem, drugim i trzecim zresztą też.
Już u progu sali, otaksowała sprawnie całe pomieszczenie i z nieukrywanym niepokojem przegryzła dolną wargę. Gdzie ci wszyscy znajomi? Gdzie znani jej prefekci, towarzysze niedoli, którzy mogli wesprzeć ją w tej tragicznej chwili? Gdzie był Leo?
Leo, on jej był potrzebny.
Nie okazywała zrezygnowania i rosnącego zdenerwowania, wręcz przeciwnie, uśmiechała się do mijanych uczniów z ciepłym uśmiechem przylepionym do twarzy, egzaltowaną pewnością siebie i klasą, której w gruncie rzeczy nie posiadała, ale z kilku względów na dzisiejszą noc zapragnęła pożyczyć. Imitować w jakiś tam swój sposób i dopóki nie spotka na swej drodze kogoś lub czegoś, burzącego porządek i zdrowie psychiczne Amelii, powinno się udać.
Przeszła w stronę drzwi wejściowych i przyczaiła się na wchodzących, czekając aż ktoś znajomy uratuje ją, niczym książę na białym koniu. Chwila za chwilą, a rozjuszony wzrok, wychwycił coś w tłumie uczniów, mimowolnie zatrzymał się przy Nikolaiu i choć była gotowa posyłać mu spojrzenia pełne wyrzutów i antypatii, to w ostatniej chwili uświadomiła sobie, iż na balu zjawiła się jako prefekt i taką funkcję winna pełnić aż do końca wieczoru. Wzoru do naśladowania, pełnego cnót i innych cech, których nie posiadała wcale.
Zaraz...czy tam był Jack?!

*jeżeli to nieodpowiedni strój na tego rodzaju bal (nie ta długość) to zmienię D:
Powrót do góry Go down
Jack T. Feversham

avatar
Gracz


Skąd : Nic i nigdzie.
Liczba postów : 100
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   22.02.16 11:00

Zajęty był właśnie przyglądaniem się delikatnym kręgom na powierzchni soku, które powstały pod wpływem nagłego potrząśnięcia pucharem, akurat unosił wzrok w kierunku wejścia, by sprawdzić czy może pojawił się ktoś jeszcze, a wtedy...
Oho, prefekci już ruszyli na żer.
Mógł się tego spodziewać, Walentynki były przede wszystkim szkolną imprezą, raczej nie przewidywano poklasku dla rozpasania względem zasad, choć, jak przypuszczał, niebezpiecznie kusa długość spódnic znacznej części uczestniczek zabawy raczej nie oscylowała w granicach normy wyznaczanej przez skromność.
Całkiem naturalne, że zmasowaną ofensywę Świętej Inkwizycji przewidywano głównie w okolicach Wielkiej Sali. Jeśli się dobrze przypatrzą, gotowi wyciągnąć sporą sumę punktów od Merlinowi ducha winnych uczniaków. No cóż, 2:0 dla tych, którzy zdecydowali się dzisiaj trzymać wyższych kondygnacji zamku.
Chyba wolałby znajdować się teraz o kilka pięter wyżej – może co poniektóre pary jeszcze nie zaczęły się migdalić, może miałby szansę na spokojny wieczór pośród zbawiennej ciszy dormitorium?
Nie kojarzył zbyt dobrze chłopaka, który obdarzył go badawczym spojrzeniem – wiedział, że grał na pozycji pałkarza Slytherinu, że niejednokrotnie Feversham był zmuszony salwować się ucieczką w obronie przed wyjątkowo gładko odbitym tłuczkiem, nie dało się odmówić tamtemu swego rodzaju finezji na boisku, jednak nie mógł o nim powiedzieć nic nadto.
Westchnął teatralnie pod nosem, nawet nie zmieniwszy pozycji – w końcu naprawdę nie robił niczego złego, jeszcze, a od mis z ponczem skutecznie oddzielał Jacka coraz bardziej nieznośny fetor korzennych przypraw. U diabła, jak w ogóle można to pić?
Nienawidził się czuć jak zwierzyna łowna. Nawet przy okazji święta zakochanych, zwłaszcza wtedy. Przecież wszyscy zdają się podejrzani, chichoczące Gryfonki niepodal, wypicowany Krukon i jego ściana?
Kątem oka wyłapał jasny łebek Amelii wśród całej masy nowo przybyłych – skinął jej taktownie na powitanie, barwa sukienki ładnie współgrała z mleczną cerą.
(Dlaczego miał wrażenie, że im dłużej przebywał, gdzie przebywał, tym większą okazywało to ujmą dla jego męsko... znaczy się, chłopięcości? Merlinie, dopomóż!)
Powrót do góry Go down
Nikolai Lazarov

avatar
Gracz


Skąd : (Bułgaria) Szkocja
Liczba postów : 162
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   22.02.16 12:05

Nikolaiowi wydaje się, że na balu powinno być więcej ludzi. Nudno tu jakoś, muzyka nawet nie zaczęła jeszcze grać, nie mówiąc o samych muzyka, co powinni pokazać się na scenie. Patrzy na Exodus, która szaleje gdzieś w innej części Wielkiej Sali ale nie robi jeszcze nic takiego, żeby się jej przyczepić. On nie może się bawić, a przynajmniej  nie za bardzo ma jak, więc z chęcią zabawi się kosztem innych. To nie tak, że jakoś bardzo bierze do siebie swoje obowiązki prefekta (chyba nawet nie ma tutaj nauczycieli, którzy by to kontrolowali), robi to zdecydowanie ze złośliwości.
Czy zaglądanie do kieliszków innych nie jest zabawne? Szkoda, że Nikolai nie wie czy istnieje jakieś łatwe zaklęcie na wykrycie alkoholu. Dotychczas nie było mu ono potrzebne i nie zdążył poszukać w bibliotece. Łatwiej byłoby konfiskować napoje, których potem mógłby sam skosztować.
Kręci się w tę i z powrotem ale przecież nie usiądzie, bo jakby to wyglądało? Że się obija czy coś, a on jest poważnym prefektem.
Też zauważa Amelię. A raczej nie orientuje się, że to ona, skoro jest tak bardzo odmieniona. Widzi tylko, że ładna blondynka w niebieskiej sali wchodzi do sali i on sam udaje się w tamtym kierunku. Z bliska już rozpoznaje kim jest. Początkowo zamierza się odwrócić, że niby tak sobie tylko szedł a akurat w tamtym miejscu wypadł punkt zwrotny, ale to by było głupie. Jakby się jej wstydził? Toż to nie w stylu Lazarova! Poza tym ona ostatnio zachowuje się dziwnie, jednak on do niej nic nie ma. Dlatego zatrzymuję się tuż przed krukonką i posyła jej prawie uśmiech.
- Dobry wieczór, Amelio. Pięknie wyglądasz - rzuca prostym komplementem, którzy przecież jest całkowicie prawdziwy, bo dziewczyna na pewno przyciąga wzrok, chociaż nie musi krzyczeć i kręcić się oszalała, jak to robią niektórzy. - Cieszysz się na ten bal prefektowania? - zagaduje, jakby byli starymi znajomymi. Bo w sumie poniekąd są.
Powrót do góry Go down
Myrnin Lewis

avatar
Gracz


Skąd : Royal Tunbridge Wells
Liczba postów : 374
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   22.02.16 18:56

Bal walentynkowy. Tak szczerze to nawet miał ochotę tu przyjść. Mimo że nie lubił tłumów ani patrzenia jak inne pary się obściskują na widoku. Serio, można to robić gdzieś w ukryciu, nie wszyscy muszą wiedzieć ze się kochacie!. Taka miłość na pokaz, to nic dla niego. Wracają do balu. Nie przyszedł ubrany na niego dość szykownie, po prostu zwykłe jeansy, skórzana kurta no i wyjątkowo do tego wszystkiego czerwona koszulka.
Przekraczając próg Wielkiej Sali od razu uderzył go ten różowo-czerwony wystrój. Oczywiście spodziewał się czegoś, ale nie czegoś takiego. Jak według niego było tutaj wszystkiego za dużo. Za dużo serduszek i miłości. Choć może jeszcze się do tego przyzwyczai. Wziął szklankę ponczu, proponowaną przez skrzata i od razu napił się z niej małego łyczka. Tak tylko aby zwilżyć wargi. Spojrzał się na młodych czarodziei w sali i przyjrzał im się. Oczywiście że wszystkich kojarzył, ale jednak z nikim nie miał aż tak dobrego kontaktu aby podejść z samego siebie i porozmawiać, na przykład o pogodzie. Nie miał z tym większego problemu, może później do kogoś podejdzie, na razie jego oczy muszą się przyzwyczaić do tej czerwieni i serduszek. Zasiadł przy jednym ze stolików i zaczął czekać na jakiś cud lub znajomą buźkę.
Tak na prawdę to zamyślił się, a raczej zaczął rozważać czy nie zapisać się do drużyny quidditch'a na pozycji ścigający. Przecież latanie źle mu nie idzie, jest w tym dobry. Może czasem popełnia błędy, ale to się zdarza każdemu. Przecież nie można być we wszystkim perfekcyjnym. Wtedy życie byłoby nudne. A quidditch otwiera drzwi na nowe znajomości... A warto by było poznać kogoś, kto stanie się przyjacielem aż po grób. Warto jest mieć kogoś przy sobie z kim można porozmawiać o wszystkim i o niczym. Tylko pierw trzeba przełamać pierwsze lody, a pierwszy krok jest zawsze trudny...
Powrót do góry Go down
Amelia Slughorn

avatar
Gracz


Skąd : Cornwall
Liczba postów : 63
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   22.02.16 19:06

Twarz Amelii wnet rozpromieniła się na widok przyjaciela Gryfona, wszak ciążące brzemię samotności i skrępowania, mogło na razie rozmyć się w oparach ponczu i wszechogarniającej miłości, unoszącej się w powietrzu.
Oderwała się od swej bezpiecznej przystani umiejscowionej u wejścia do Wielkiej Sali, i podążyła w kierunku Jacka. Gdzieś tam w oddali, migał jej chłopięcy, blond czerep, kiedy tuż przed nią, znikąd wyrosła sylwetka doskonale jej znanego Ślizgona. A przysięgłaby, że miała go na oku i znajdował się z bezpiecznym, dalekim dystansie. Lazarov, Lazarov, nie miałeś należeć do planu dnia dzisiejszego.
- Ty też dzisiaj wyglądasz całkiem przyzwoicie Lazarov – skłamała paskudnie, choć jej ton tego nie okazywał. On zawsze prezentował się dobrze, natura w tym przypadku okazała się wyjątkowo łaskawa dla potomstwa Państwa Lazarovów. Spłoszona jak małoletnie cielę, przystępowała z nogi na nogę, z przerażaniem uświadamiając sobie, że jej pewność siebie ulatywała gdzieś w siną dal. Wzięła głęboki oddech, zarzuciła elegancko blond włosiem i przywdziała grymas ironicznego uśmieszku, specjalnie zarezerwowanego dla obecności Ślizgona.
-Bale nie są w moim stylu - skłamała ponownie i kontynuowała za jednym tchem - Ktokolwiek wpadł na ten cały pomysł z prefektowaniem...ugh. Ale ty chyba dobrze się czujesz, sprawując tę funkcję.
Przewróciła teatralnie oczyma i rozejrzała się podejrzliwie dookoła własnej osi, tak jakby sprawca przydzielenia Amelii prefektury własnego domu, czaił się gdzieś w pobliżu. Powróciła wzrokiem do Nikolaia i przyjrzała się mu bacznie. No, no. Faktycznie prezentował się przyzwoicie.
-A gdzie twoja partnerka, albo partnerki hm? Chyba mi nie powiesz, że taki casanova zjawił się na balu sam?-uniosła prawą brew, a rękę oparła nonszalancko na biodrze. Tak jakby kompletnie na niczym jej nie zależało, nic jej nie obchodziło. A już na pewno nie odpowiedź na zadane przez nią, od niechcenia, pytanie.
Powrót do góry Go down
Lucas Bielecky

avatar
Admin


Skąd : Ealing, Londyn
Liczba postów : 90
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   22.02.16 19:51

Co ja tu robię. C o j a t u r o b i ę ?
Lucas stanął w drzwiach Wielkiej Sali, od posadzki do sklepienia przyozdobionej w serduszka, różowe chmurki i inne przeurocze dekoracje. Nie miał najmniejszej ochoty uczestniczyć w tym balu; wolałby odwrócić się i uciec do lochów, do swojego ciepłego dormitorium, gdzie czekał na niego kominek, pachnąca kawa i stos książek do poczytania. Ale przecież obiecał sobie, że przyjdzie. Dla samej zasady, że jest prefektem i ma obowiązek pojawiać się na szkolnych imprezach. W tym właśnie momencie naprawdę zaczął mocno żałować, że zgodził się przyjąć tą cholerną przypinkę i nie odpisał McGonagall, że nie może pełnić tej roli. Bo na prefekta nie nadawał się zupełnie. I to z wielu powodów. Bo na przykład, czerpanie dzikiej przyjemności ze złośliwego odejmowania punktów nie było jego domeną; prawdę mówiąc miał gdzieś kto obcy jakie głupoty wyczynia, w końcu to nie jego biznes, prawda? A teraz miał obowiązek zwracać uwagę na nieodpowiednie zachowania zarówno kurdupli z drugiego roku, jak i jego rówieśników i nawet nie daj Merlinie siódmoklasistów. Po drugie i bezpośrednio związane z pierwszym, nie znosił konfrontacji i unikał ich gdy tylko się dało. Jak on ma w ogóle zacząć konfrontację? Jak ma podejść do jakiegoś osiłka i powiedzieć mu że tutaj się nie pali i odjąć mu punkty? Jak wyjść z tego cało, bez uszczerbku na zdrowiu psychicznym i fizycznym zwłaszcza, mając niewiele ponad półtora metra wzrostu?
Z drugiej strony z jakiegoś powodu musiał zostać wybrany. I to, że sam go nie dostrzegał, nie znaczyło, że nie istnieje. Poza tym.. przyda mu się taka odpowiedzialność. Nie mógł ukrywać, że lubi czuć się potrzebny. Bo to pokazuje mu, że nie jest w tej społeczności nikim, jak od czasu wojny niestety o sobie mniema.
Dobra, teraz albo nigdy, powiedział do siebie, zrobił głęboki wdech i przekroczył próg, pozwalając otoczyć się przez tą słodko-obrzydliwo-uroczą aurę. Ściana, ściana, ściana, trzymaj się blisko ścian. Znajdź jedną i już jej nie puszczaj. Rozejrzał się szybko po sali, szukając najprostszej i najmniej kolizyjnej drogi na bok; a nie było to nigdy łatwe, bo zdecydowana większość zebranych była od niego wyższa. Lada chwila, a ktoś go weźmie za jakiegoś trzecioroczniaka. Nie, nie nie, musi się schować zanim tak się stanie.
Przemykając wśród balowiczów ubranych w bardziej lub mniej eleganckie stroje, i balowiczek w fantazyjnych, kolorowych kreacjach szybkim krokiem, dostał się w miejsce obok kominka, gdzie stał teraz stół z poczęstunkiem. Idealnie, pomyślał Luki, siadając na ławce obok. Posiedzi tu trochę, zje sobie coś smacznego, a później wycofa się do wyjścia tak, że nikt nie zauważy że tutaj w ogóle był. A jego sumienie będzie spokojne, bo przecież pojawił się na balu.
Powrót do góry Go down
Darren Jules Cole


Gracz


Skąd : Brighton, UK
Liczba postów : 96
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   22.02.16 21:32

Natomiast dla DJa bal walentynkowy wcale nie był jakimś tam nieprzyjemnym musem, chociaż nie wiedział do końca, czego tam szuka, gdy postanowił skierować swoje kroki do Wielkiej Sali. Lubił jednak atmosferę desperacji, którą przepełnione były korytarze; wszelkie dziewczęta z czwartej klasy, wypłakujące sobie oczy, bo któryś tam, za którym to latały od roku po raz kolejny olał je dla ładniejszej koleżanki. Nauczyciele, usilnie starający się wprowadzić atmosferę beztroskiego, ociekającego lukrem dnia zakochanych, kultywując starą tradycję i piorąc mózgi młodszemu pokoleniu. Bo przecież tak powinna wyglądać miłość. Pełna serduszek, konfetti i gór cukru, walającego się wszędzie i w różnych formach.
Naturalnie nie zadał sobie trudu znalezienia jakiejkolwiek randki, coby nie wyglądać na aż tak zdesperowanego, jak cała reszta i to nie tylko dlatego, że z reguły nie uznawał randek samych w sobie. Miał przeczucie, że i tak coś mu się nawinie, jakiś produkt uboczny, a nawet jeśli nie, to przecież są inne atrakcje? Na przykład okropna muzyka, co ocenił już w dwie minuty po wejściu, przyglądając się ludziom krzątającym się na podwyższeniu. Z jakiegoś dziwnego powodu czuł się dość na miejscu, ubrany w czarną szatę wyjściową, pośród wszechobecnego różu. Wszystko przypominało mu bardzo ładnie urządzony, drugi burdel, szczególnie stos poduszek pod ścianą, na który trudno mu było znaleźć zbyt wiele zastosowań. A to przecież jedno z przyjemniejszych wrażeń.
Toteż Darren, rozglądając się po innych, przygotowanych pewnie w dobrej wierze miejsc dla uczniów, uraczył się ponczem, jeszcze wolnym od wszelkich mieszanek typu eliksir miłosny czy alkohol. Bo bądźmy szczerzy, to było zbyt proste i zdarzało się zbyt często; ba, nawet nauczyciele pewnie coś dolewali, kiedy impreza robiła się zbyt sztywna. Ale Darren przecież nie pił, ani eliksirów ani alkoholu. No, może dopóki nie zobaczył przed sobą butelki.

[ szata wyjściowa slasz garnitur ]
Powrót do góry Go down
Nikolai Lazarov

avatar
Gracz


Skąd : (Bułgaria) Szkocja
Liczba postów : 162
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   23.02.16 1:30

Jaka szkoda, że Nikolai jest powodem zgaśnięcia ładnego uśmiechu na twarzy Amelii i pojawienia się tego złośliwego. Często, kiedy go widzi, zastanawia się jakie jest jego źródło. Sam również ma w zwyczaju tak się uśmiechać, ale teraz nie ma ochoty.
Zamiast tego wykrzywia usta w całkiem miły wyrazie, kiedy Amelia w podziękowaniu chyba za jego komplement robi to samo. Tak, to na pewno geny. Nikolai bardzo je lubi, tak samo jak to całe wychowanie, które nauczyło go, że po prostu nie powinien wyglądać jak mugol spod mostu. Oczywistym więc wydaje się, że na bal trzeba przyjść ubranym elegancko, nawet jeśli nie wydarzy się na nim nic wyjątkowego.
Obserwuje Amelię i widzi jej dziwne zachowanie ale nie za bardzo zdaje sobie sprawę co to znaczy.
- Naprawdę? Nie widać po tobie - stwierdza, bo dziewczyna wygląda jakby dobrze tutaj pasowała tylko brakowało jej odpowiedniego towarzystwa. (On chyba nie jest aż tak bardzo złym?) - Nie powiem, ma to swoje pozytywne strony - mówi prawie, że wesoło. Uświadamia sobie, że nagle pilnowanie balu tak bardzo go nie irytuje. To miłe móc zamienić z kimś parę słów, nawet jeśli owym kimś jest dziwnie zachowująca się Amelia.
- Nie mam partnerki - odpowiada jej bez ogródek, nie do końca wiedząc dlaczego myśli, że powinien mieć. A może tylko tak mówi? Każdy raczej spodziewałby się, że zobaczy go tutaj z Nadia, a nie jakąkolwiek inną dziewczyną. - Obowiązki prefekta są zbyt ważne, żeby zaprzątać sobie głowę taki sprawami - mówi, chociaż to przecież nieprawda. Dostał przecież ten tajemniczy list i zastanawia się czy to może chodziło o Amelię. Ale to oczywiście absurdalna myśl, bo ona wydaje się spędzać z nim czas tylko ze względu na obowiązki. Amelia jednak nie ucieka, a Nikolai nie ma nic innego do roboty (nie wypatrzył jeszcze butelki ognistej wyciąganej spod stołu), więc stoi tu i pewnie meczy ją swoją osobą.
Powrót do góry Go down
 Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 5Idź do strony : 1, 2, 3, 4, 5  Next

Erised :: Fabuła :: Hogwart :: Parter-
Skocz do: