Share | 
 
Wielka Sala
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5  Next
AutorWiadomość
Mistrz Gry

avatar
Specjalne

Liczba postów : 1032
PisanieTemat: Wielka Sala   28.09.15 3:20

First topic message reminder :

Wielka Sala
Największa sala w całym zamku zazwyczaj spełnia rolę jadalni. Idealnie sprawdza się jednak też jako sala balowa czy na dowolne, duże wydarzenie, z egzaminami włącznie. Magiczny sufit odzwierciedla aurę z zewnątrz, a tysiące wiszących świec zapewnia przyjemne oświetlenie. Pracownicy Hogwartu starają się, by zawsze była pięknie przystrojona, stosownie do okazji. A kiedy na koniec roku kolorystyka zmienia się tak, by przedstawić barwy domu, który wygrał Puchar Domów, zwycięzcy czują jeszcze większą dumę.
Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Jack T. Feversham

avatar
Gracz


Skąd : Nic i nigdzie.
Liczba postów : 100
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   03.03.16 20:19

Witaj, witaj – zawołał dziarsko, sprawiając niekłamane wrażenie, jakoby pielęgnowali czułą zażyłość od co najmniej jednego pokolenia, a teraz przypadkiem natknęli na siebie po wielu miesiącach rozłąki i zwyczajowo kontynuowali rozmowę rozpoczętą przed laty. – Kłaniam się po pas, Feversham jestem, to znaczy Jack, Jack jak ten od olbrzymów, bo o ile dobrze kojarzę, pochodzisz z rodziny mugoli? Gdzieżby tam znowu, wcale nie kojarzył, skąd miał wiedzieć, jeśli widzieli się po raz pierwszy w życiu, ale kryła się w tym chłopaku swego rodzaju dystynkcja albo i nawet znamienitość, która nieodmiennie kojarzyła Gryfonowi z czymś wysoce sublimowanym, co zarazem sprawiło, że Jack instynktownie ściągnął łopatki i dygnął rodem z barokowych kuluarów. A to ci heca! Rozejrzał się bacznie wokół, pochyliwszy się do tego drugiego z konspiracyjnym szeptem na wargach:
Magia magią, ale mam nadzieję, że nie każą nam tańczyć, zadeptałbym twoje lakierki na amen.
Poniektóre osoby już podrygiwały niezgrabnie do taktów muzyki, więc Jack postanowił pospiesznie ulotnić się z niefortunnego miejsca, zanim ogólny entuzjazm udzieli się również jemu. Jeszcze tego brakowało!
Oho, rumieńców przybywa, czyżby tłum miał na ciebie tak niekorzystny wpływ? – zapytał, po czym bez zbędnych ceregieli ujął jego dłoń, by przeciągnąć zafrasowanego kruczka na drugą stronę pomieszczenia, gdzie akuratnie nie kręciło się zbyt wielu uczniaków i przynajmniej dało się oddychać czymś innym nade ludzki pot. Zdawał sobie sprawę, że tajemnicze zaklęcie najpewniej pozbawiło ich możliwości odłączenia się na odległość dalszą niż kilka metrów, dlatego przysiadł na opuszczonym stoliku i zaśmiał się na to wszystko.
Co się stało, że mały podpieracz ścian postanowił zaszczycić nas swoją obecnością? – Nie, żeby miał coś przeciwko, skąd, ale na ogół nie spotykało się podobnych osobistości na tego typu przyjęciach, więc był najzwyczajniej ciekawy. Sięgnął wolną dłonią do dzbanka, by nalać do pucharu odrobinę soku – w dalszym ciągu strzegł się ponczu niby najgorszego licha, jakie poznał ten świat.
Powrót do góry Go down
Charles Beauclerk

avatar
Gracz


Skąd : St Albans, Anglia
Liczba postów : 38
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   03.03.16 22:02

Ocknij się, ocknij! - zdawały się wołać głosy z zaświatów i nie tylko, pouczając chłopca do znalezienia zaginionego języka w gębie. Oczywiście - nikt nie wołał, bowiem Charles nie słyszał głosów z zaświatów, a dźwięki toczące falujące kłęby młodzieży zlewały się w przytłaczającą i niezrozumiałą kakofonię, jednak pewien impuls przywrócił chłopcu świadomość, pozwalając na wydanie głosu ze zgrabiałej krtani.
- Miło mi, Jack! - odparł, częstując energicznego towarzysza nawet przyzwoitym uśmiechem. Chciał dorównać dziarskością wypowiedzi blondynowi, acz wydany dźwięk okazał się niczym innym jak zdesperowanym charknięciem spłoszonego zwierzątka domowego. Sprawy nie naprawił nerwowy chichot, zręcznie wyciśnięty przez olbrzymy. - Jestem Charles, mugol. Znaczy, z mugoli, tak... Z rodziny mugoli. Tak... - katastrofa - Nie spodziewałem się, że mnie kojarzysz! - dodał prędko, jakby w obawie, że kiełkująca rozmowa zwiędnie, nim strach młodego Krukona zdąży przeobrazić się w drobne pnączki ekscytacji. Niepewny towarzystwa, niepewny dokonanej decyzji i niepewny jutra, chłopiec tylko się kielczył, rozcinając buzię w zdenerwowanym grymasie, choć wcale niebrzydkim. To lepsze niż ściana! Ale czy na pewno? Czyż ściany nie są lojalne i bezpieczne? Ochraniają przynajmniej z jednej strony, a teraz ludzkość naciera ze wszystkich czterech. On jest taki wesoły. I miły! Spokojnie. Łatwo powiedzieć. Tfu, pomyśleć. Co się może zdarzyć złego? Przecież nie okaże się jakimś... Och, to raptem jeden człowiek! Tysiąckrotnie powtórzona mantra zdała się pomóc, a Charles nawet skinął elegancko głową, gdy jego partner kicnął w komiczny dyg. Zaśmiał się też pewniej! Co więcej - nie wyzionął ducha, gdy ten porwał jego dłoń i całą resztę! Z obietnicą, by podziękować nowemu koledze za wyciągnięcie z bujającego tłumu, przecisnął się nader zręcznie pomiędzy wszystkimi tymi lepkimi rzepami, teatralnie wciągając haust powietrza po udanej ewakuacji. I nawet serce tak mocno już nie biło! Co się może zdarzyć złego?
- Dokonuję samorozwoju. - dosiadłszy się, odparł wzniosłym tonem. Niepewny zaznaczonej niewyraźnie ironii, dodał udawanym szeptem - To postanowienie noworoczne! -  Jego brat uwielbiał podobne sformułowania, zawsze otoczony przez denerwujące mądrale ze szkoły.
Jest sok. Gdzie jest poncz? Gdzie jest poncz? Charlie rozejrzał się, szukając ponczu. Teraz będzie tylko z górki.
- Widzisz tu gdzieś poncz? - zapytał z nadzieją. Przysięgam, jeszcze jeden kieliszek i zemdleję! Taki był pijany, o.
Powrót do góry Go down
Elizabeth Benoit

avatar
Gracz


Skąd : Rieux
Liczba postów : 290
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   04.03.16 22:46

Spojrzała się na Nikolai'a, który właśnie się do niej zwrócił. Najwyraźniej nie podobało mu się to co powiedziała. Przez moment zastanawiała się czy w ogóle powinna jakoś zareagować na jego wypowiedz, bo jak wiadomo Beth nie jest głupia i zauważyła że ślizgon za nią nie przepada, więc po co w ogóle miała się do niego odzywać ? Ale jeśli stoją już razem i chłopak raczył się do niej odezwać, to może warto coś powiedzieć ?
-Nie powiedziałam że los jest głupi.- Odezwała się cicho i zaczęła się nerwowo bawić swoimi różowymi włosami. - Chodziło mi bardziej o to że los ma swoje poczucie humoru. Nie zawsze wszystko idzie po naszej myśli za pierwszym razem, ale może potem jakoś się to ułoży. Najpierw trzeba chwilę przeboleć, potem będzie łatwiej. Czasem trzeba iść krętymi ścieżkami które pokazuje nam los...- Pokiwała głowa. A kto wie, może Nikolai po przez Lucasa dowie się kto wysłał mu ten list, (o którym Beth nie ma pojęcia).. A kto wie, może za chwilę będzie że każdy pójdzie swoją drogą, ślizgon tak gdzie chciał iść z Amelią, Beth znów usnuję się w jakiś kąt albo pójdzie do biblioteki tam gdzie jej miejsce. A Lucas? Tam gdzie właśnie chciałby być. Możliwe że Elizabeth brzmiała jak kiepska wróżka bo bądź co bądź, uwielbia wróżbiarstwo, ale spokojnie za parę lat, jak się bardziej wyszkoli, będzie brzmiała jak zajebista wróżka, taa to takie jej marzenie.
Powrót do góry Go down
Amelia Slughorn

avatar
Gracz


Skąd : Cornwall
Liczba postów : 63
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   05.03.16 21:52

Slughornówna wywracała jedynie oczyma, próbując tym samym zbagatelizować i oczyścić niezręczną atmosferę, nie szczędząc im melodramaturgii oraz teatralnych gestów lekceważenia. Nim zdążyła zamienić się w cyrkowego mima, tuż przy nich zjawił się nie kto inny a Lucas, nieśmiało wychylający się z tłumu natchnionego muzyką i żwawym tańcem. Jej uwadze nie uszła obecność niebieskiego bukieciku doczepionego trwale do szaty chłopaka, nie mogła zatem zareagować na to w inny sposób, jeśli nie głośnym i szczerym parsknięciem.
- Cześć Lucas, chyba w końcu znalazłeś swoją parę- ogłosiła rozbawiona, posyłając Nikolaiowi łobuzerski uśmiech. Musiał aż kipieć z irytacji, nic więc dziwnego, że próbował wyszarpać zieleninę z puchońskiej garderoby. Biedny Lucas, to jemu współczuła towarzystwa szorstkiego w obyciu Lazarova, a nie na odwrót. Z drugiej strony, może jednak ten cały pomysł z kotylionami nie był wcale taki najgorszy? Dziewczyny nie dbały o podobne próby sparowania, wszak nie było w tym nic uwłaczającego ich kobiecości - w przeciwieństwie właśnie do chłopców, którzy za nic w świecie nie pragnęli być kojarzeni z partnerowaniem innemu przedstawicielowi tej samej płci. Oczywiście, nie tyczyło się to w żadnym wypadku osobników innej orientacji, ale przecież tacy nie kręcili się po sali z wymalowanymi preferencjami na czole.
Poświęcając więcej uwagi nieszczęsnemu płynowi, trąconemu procentami, ciskała wyimaginowanymi serduszkami adoracji w butelkę dzierżoną przez Nikolaia i zastanawiała się, co teraz mieli z tym fantem począć. Absolutnie nic nie miała przeciwko wymknięciu się gdziekolwiek w czwórkę, ale przeciwko temu pomysłowi występowało kilka faktów. Raz, że w takiej grupce zwracali na siebie zdecydowanie zbyt dużą uwagę, dwa - nie była pewna w jaki sposób zarówno Elizabeth jak i Lucas zareagują na podobny pomysł i trzy - sam Nikolai najpewniej nie chciał ryzykować reputacji prefekta przy kimś, kogo w gruncie rzeczy nie znał. I prawdopodobnie nie lubił. Lazarov pewnie nikogo nie lubił. Wszelkie mankamenty usposobienia, można mu było jednak wybaczyć, jeśli tylko pod uwagę wziąć nienaganną aparycję.
-No to co robimy? Idziemy tańczyć? - zapytała entuzjastycznie do każdego z osobna. Nie miała nic przeciwko tańcom z uroczym Lucasem (na którego swoją drogą planowała zapolować dużo wcześniej) lecz przy takim obrocie spraw, fizycznie byłoby to ciężkie do zrealizowania. Nie miała również nic przeciwko spędzenia wieczoru z Elizabeth, towarzystwo dobrej koleżanki, przy której czuła się swobodnie, mogło okazać się zbawienne przy całej tej niezręczności, której sprawcą była cała ta impreza.
Mimo wszystko, z nieukrywaną trudnością przychodziło Amelii obejście się smakiem na zdobycz Lazarova. Cholera, to przecież była tak perfekcyjna sytuacja, aby wreszcie się rozluźnić i zrzucić z siebie to niechlubne piętno, reputację nudnej kujonicy- Krukonki.
Od niechcenia trąciła ramieniem o Ślizgona, prowokując przy tym znaczące spojrzenie. Kombinuj, kombinuj, ja nie odpuszczę. Nie dzisiaj. Ponaglała w myślach, wypuściwszy z ust nerwowe westchnienie, które to zamaskowała sztucznym uśmiechem przyklejonym do na wpół zamyślonej facjaty.
Powrót do góry Go down
Lycoris Reagan

avatar
Gracz


Skąd : Londyn
Liczba postów : 390
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   06.03.16 0:20

Idąc na bal liczyła na wspaniałą zabawę. Tańce, picie, czasem jedzenie. Czy mógł być lepszy sposób na spędzenie wieczora? Nie miało znaczenie, że to jakieś tam walentynki. O nie, nie. Myśli o tym głupim, kolorowym święcie nie odbiorą jej radości z zabawy! No i z napicia się, ale o tym głośno nie mówiła, bo przecież nikt miał nie wiedzieć o przemycanym alkoholu. Do czasu, aż się go nie doleje do odpowiedniego napoju i nie wprawi w stan upojenia większości zebranych. Plan ten stał się jeszcze bardziej realny, kiedy Darren odszedł w tylko sobie znanym kierunku i celu, zostawiając Liv. A ona biedna krążyła po sali czekając na odpowiedni moment, by ów skrywany alkohol dolać by tłum mógł czerpać większą radość z walentynek. Niestety, pech chciał, że bransoletka, znajdująca się na jej nadgarstku nie była tylko zwykłą ozdobą. Ona prowadziła ją ku pewnej osobie, która miała okazać się zakałą dnia dzisiejszego. Bo oczywiście kiedy znalazła się naprzeciwko Exodus nie powstrzymała grymasu niezadowolenia, pogardy i obrzydzenia. Pięknie. Ta siksa miała taki sam kolor jak ona. Czy mogło być coś gorszego? Nie mogli sparować jej z kimś, z kim mogłaby się choć troszeczkę zabawić? Bo jak powszechnie było wiadomo nie lubiła Gryfonki. Z wzajemnością, co dało się jawnie zauważyć po dystansie, który je dzielił. Maksymalna odległość, na którą mogły się odsunąć, bo jakiś fetyszystyczny nauczyciel postanowił się zabawić kosztem uczniów! Zbol jeden.
Mierzyła chwilę dziewczynę nieprzyjemnym spojrzeniem. Boże, mogła się chociaż lepiej ubrać. I niby Liv miała stać w towarzystwie kogoś takiego?
- Jeśli już otwierasz te swoje usteczka, które pewnie nie raz nie dwa pracowały zawzięcie między nogami jakiegoś chłopaczka, to powiedz chociaż coś mądrego – rzuciła w jej stronę nie spuszczając z niej wzroku. O nie, wroga nie można było ignorować, a tym samym spuszczać z oczu. Może i Exodus według Liv nie grzeszyła inteligencją, ale to właśnie ci ograniczeni i ułomni byli bardziej nieprzewidywalni – I wiesz co kochana? Ja nie muszę ci niszczyć tego balu. Sama to za siebie zrobisz – uśmiechnęła się słodko, posyłając koleżance chłodne spojrzenie. Nie było mowy, aby ktoś jej pokroju zniszczył bal, na który czekała. Plus nadal miała do wykonania zadanie w postaci spicia szkoły, a ta tylko ją ograniczała, bo było niemal pewne, że zaraz by na Reagan doniosła. Gryfonka więc musiała poczekać i jakoś przecierpieć towarzystwo pindzi. Oby tylko to nie trwało cały wieczór, bo wtedy nawet sobie nie potańczy!
Powrót do góry Go down
Jack T. Feversham

avatar
Gracz


Skąd : Nic i nigdzie.
Liczba postów : 100
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   06.03.16 17:40

Czy on nie był już zdrowo podchmielony? Chłopiątko czerwieniło się uparcie, wręcz żarzyło w poblasku okolicznych świeczuszek, a gradacja barw na jego policzkach z pewnością nie uszłaby uwadze ekspresjonistów, o których Jack swego czasu czytał w mugolskich podręcznikach do historii sztuki, to dopiero kolory krwi!
Charles Mugol? – powtórzył niepewnie, unosząc brew w niemym zapytaniu. – Brzmi jak dobra nazwa dla bohatera baśni, podoba mi się! – dorzucił, jednocześnie dostrzegawszy w twarzy młodego Krukona nieco nieudolnie skrywane zmitygowanie. Machnął ręką. – Oj, chyba nie powiesz mi, że się tego wstydzisz, co? Matka była mugolką. – Uderzył się w pierś zwiniętą pięścią, jakoby właśnie przyznawał do dziedziczenia szczególnie szlachetnej linii dynastycznej. – Niech społeczność czarodziejów będzie na zdecydowanie wyższym poziomie pod kątem zastosowania magii, ale, na bogów, spójrz tylko na sposób noszenia się starszych rodów, prawdziwe haute couture! – Nie miał co prawda nic przeciw chodzeniu w kieckach z najdroższego nawet aksamitu, wszak były znaczące różnice pomiędzy obiema, lecz Gryfon wcale nie żałował, że miał okazję do poznawania ich na własnej skórze. – Owszem, kojarzę. W bibliotece zawsze zajmujesz stolik, przy którym słońce nie świeci po oczach. – Uśmiechnął się półgębkiem, wiedząc podświadomie, że od tej chwili raczej już nie będzie musiał poszukiwać ciemnych wnęk w obronie przed nazbyt wścibskim światłem popołudnia.
Upijał sok z rosnącym zainteresowaniem, dawno nie przyszło mu poznać kogoś, kto nie próbowałby skrywać się za fasadą sztucznie wykreowanej wyniosłości, dzieciak wydawał się całkowicie naturalny w swoim zahukaniu, zaś Feversham szalenie cenił w ludziach autentyczność.
O, proszę! Jaki ambitny! Ja wypisałem prawie same nieprzyzwoitości – przyznał się z ręką na sercu, po czym rozejrzał kątem po reszcie pozostawionych stolików, szukając wzrokiem upragnionej wazy z ponczem. – Naprawdę podziwiam, że swobodnie spożywasz to świństwo. – Wychylił się, by sięgnąć po wspomniany napój i zaraz obrócić się z pucharem pełnym rozkosznie mdłego aromatu, od którego nieomal dostawał torsji. – Służę uprzejmie, królewiczu. – Wyciągnął naczynie w stronę Charlesa. Jeszcze trochę, a będzie tu miał całkowicie pijanego Krukona! – Pewien jesteś, że powinieneś wychylać jeszcze jeden puchar...? – zasugerował z czystej przyzwoitości, bo aż za dobrze wiedział, że tam, gdzie polało się o jedną albo dwie krople alkoholu za dużo, tam przeważnie kryła się zabawa. A Jack nigdy nie odmawiał zabawy.
Powrót do góry Go down
Charles Beauclerk

avatar
Gracz


Skąd : St Albans, Anglia
Liczba postów : 38
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   12.03.16 0:50

Czy to wina lotnego stanu chłopiny, czy wina dotykającej duszy wstydliwości i zażenowania - Charles zdawał się wydychać ów nerwowy chichot wraz z dwutlenkiem węgla, zaś krew bulgotała mu pomidorowo w przestraszonej buzi, z której ulatywały wszelkie ślady starań o utrzymanie jakiegokolwiek poczucia rzeczywistości czy panowania nad własnym, gordyjsko splątanym ozorem.
- Charles... Boulderck! - poprawił bełkotliwie, niezauważywszy nieprawidłowości w ginących w hałasie słowach. Dobrze się jednak stało - choć nazwisko Beauclerków było już niemal nierozpoznawalne dla większości, to wciąż zdarzały się osoby łączące je z odpowiednimi, dla chłopca problematycznymi detalami. To dopiero mogło rodzić niezręczności. - Nie tak dobra jak Jack the Ripper! - zażartował błyskotliwie, przy chichocie nieustającym w trakcie wywodu nowego kolegi. Jakie to było głupie! Co Ty masz w głowie? Spąsowiał jednak doszczętnie i opuścił wzrok pod ciężarem obezwładniającego zawstydzenia po bibliotecznej uwadze blondyna, zachodząc jednocześnie w głowę - kojarzy? Naprawdę kojarzy? Niemożliwe, ja go ledwo kojarzę! Kojarzy? Kojarzy? - i tak dalej, aż wyraz wielokrotnie powtarzany zaczął brzmieć naprawdę śmiesznie. Nie ma co się dziwić! Charles nie poświęcił mu nigdy większej uwagi, wyłączając odnotowanie ciekawostki, jakoby ten się kolegował z nową panią prefekt Krukonów. Ale żeby widzieć go w bibliotece? Na dodatek - kojarzącego? Kojarzący Nowy Jack zdawał się pojęciem zbyt abstrakcyjnym, by zaprzątać sobie nim dalej głowę - i tak była niedaleka wybuchu od rekordowego przepływu krwi, który w swej dynamice dorównywał najbardziej ruchliwym autostradom.
Mimo śmiesznego uczucia w brzuszku i lekkiego zeza, który dodawał światu jeszcze więcej śmieszności, młody Charlie pragnął pogłębienia tego nowego dlań stanu. Poncz wydawał się jedynym legalnym i dostępnym sposobem na realizację niecnego planu, który nie zakładał jednak walorów smakowych - miało kopać, nie smakować, jak to kiedyś opowiadał jego brat przed kuzynami.
- Świństwo? Nie ma tu przecież nic lepszego! - odparował, drgnąwszy widocznie na hasło królewicza. Starał się ukrywać personalia, ukrywać szczegóły z życia wydarte, a zwłaszcza ukrywać swoją kartę postaci, która - nieumiejętnie spisana - uwydatniała niepotrzebnie pewne aspekty jego charakterystyki. Nie można mu było odmówić przewrażliwienia na punkcie swojego pochodzenia, które wydawało mu się tak kłopotliwe, gdy pragnął wyłącznie świętego spokoju - bał się zatem jakichkolwiek objaw jego burzenia, tak tożsamego ze swoją demaskacją. Na słowa Gryfona dopuścił do fizys nawet pewien ognik irytacji, dość śmiało wynurzający się z rozstępowanego morza czerwoności; zgasł jednak równie szybko, co się pojawił.
- Absolutnie. - mruknął, dziarsko przechylając czarę słodyczy i licząc ochoczo litery w wyrazie zabawa.
Powrót do góry Go down
Jack T. Feversham

avatar
Gracz


Skąd : Nic i nigdzie.
Liczba postów : 100
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   15.03.16 20:06

Boulderck? – Jack nie odebrał sobie możliwości mozolnego przeliterowania nazwiska rozmówcy, pozornie upewniając się li jedynie co do poprawności własnej wymowy – znał przecież ucznia, którego godność z dziką wręcz rozkoszą nieodmiennie partolił ku zgorszeniu posiadacza, choć po prawdzie szczerą przyjemność sprawiało Gryfonowi smakowanie nowych, nieznanych dotąd liter na języku. Nietypowe nazwisko brzmiało raczej z obca, nie dawało się tak łatwo oswoić i umieścić w panteonie znajomych personaliów, acz dalej już nie zachodził w głowę.  – Interesujące – dorzucił zaledwie, tym samym raz na zawsze kończąc kwestię domniemywanego miana kolegi.
Mimochodem rzucona wypowiedź rozbawiła Fevershama doszczętnie, choć głównego powodu do śmiechu upatrywał przede wszystkim w słowach obficie okraszonych pijackim – już! – chichotem.
Oho, zatem awansowałem w hierarchii społecznej, co? – Gdzieś mu się nawet uwidziało, że przynajmniej raz czytać musiał o sławetnym mordercy z Whitechapel, co umocniło go jednocześnie w przeświadczeniu, że miło napotkać innego mugola. Dzieci z rodzin czarodziejskich rzadko kiedy chwytały najpospolitsze nawet żarty odnoszące się do świata pozamagicznego, nie mówiąc już o rozległym życiu społeczno-kulturowym. Dobrze było mieć obok takiego Charlesa, co to nie zrobi wielkich oczu, gdy mu Jack rzuci czymś wybitnie mugolskim, tego był pewien jak istnienia wróżek! – Ale rozumiem, że mogę liczyć na wolną miejscówkę, gdy pewnego dnia dopadnę cię wraz z książkami na podorędziu? – Wiedział, że pytanie zalicza się raczej do tych z gatunku retorycznych, lecz z drugiej strony Krukon mógł równie dobrze należeć do czytelników, którzy wprost nie życzą towarzystwa przy bibliotecznym stoliku.
Ale Jack wiedział też kto nie życzył sobie podchmielonych uczniów na oficjalnych uroczystościach, więc choć z niekłamanym zdumieniem przyglądał się niespożytemu apetytowi Charlesa, miał świadomość, że najwyższa pora, by ulotnić się, zanim jeszcze władze szkoły zdążą obłożyć Fevershama ekskomuniką za upijanie młodocianych podopiecznych.
Starczy, starczy tego dobrego – pouczył, odsuwając naczynie w bezpieczne miejsce, czyli poza zasięg rąk Krukona. – Z taktycznego punktu widzenia najlepsza to pora na odwrót, pókiś się jeszcze całkowicie nie zalał w trupa. – Wziął go pod ramię, zanim tamten zdołałby choćby zaprzeczyć, po czym chyłkiem wymknęli się z pomieszczenia.  – O trunki się nie obawiaj, mogę postarać się o coś w zanadrzu.
I podążyli korytarzem niczym ofiara i bezwzględny morderca. No, może po posadzce czystszej niż londyńskie bruki.
Oprócz tego... czym był ten błysk, ten ulotny ognik w jego oczach? Przywidzeniem zaledwie?

{zt}
Powrót do góry Go down
Nikolai Lazarov

avatar
Gracz


Skąd : (Bułgaria) Szkocja
Liczba postów : 162
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   18.03.16 0:37

Nikolai słucha Elizabeth jednym uchem podczas gdy jego wzrok błądzi gdzieś po sali.
- Też mi bajania - mówi do niej, chociaż może grzeczniej byłoby ją całkiem zignorować. Zdecydowanie nie czuje się dobrze, będąc zmuszonym tutaj stać. Posyła Amelii złe spojrzenie, kiedy śmieje się z tej jego pary. Stara się udawać, że wcale go to nie obchodzi, podczas gdy w rzeczywistości jest inaczej. Nie podoba mu się myśl, że ktokolwiek, nawet w ramach żartu, przydzielił go do Lucasa. Po pierwsze chodzi o to, że Lucas jest facetem, ale jeszcze jakoś by to przebolał, gdyby został z nim powiązany jakiś fajny ziomek.
Tymczasem Nikolai zachowuje się trochę jak jakiś tygrys zamknięty w klatce, kiedy przestępuje niecierpliwie z nogi na nogę i rzuca każdemu kto się nawinie groźne spojrzenia, mówiące "spróbuj się odezwać, a cię zjem".
Prycha na propozycję tańca. Na pewno nie na trzeźwo w takim towarzystwie! Nikolai tańczy całkiem nieźle, bo go tego nauczono, ale rzadko kiedy to robi poza oficjalnymi okazjami. Wtedy w końcu też nie stoi i nie zamula z butelką pod pachą.
Wreszcie coś się dzieje - czy to iskierki znowu przelatują po zebranych, czy może kwiatki więdną albo całkiem znikają, w każdym razie jakoś zauważa, że już może sobie iść, bez obawy zrobienia z siebie idioty po raz kolejny.
Amelka go trąca, a on spogląda na nią i cwanie się uśmiecha. Unosi sugestywnie butelkę, a potem odwraca się i wychodzi sobie z Wielkiej Sali.

zt
Powrót do góry Go down
Myrnin Lewis

avatar
Gracz


Skąd : Royal Tunbridge Wells
Liczba postów : 374
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   18.03.16 22:55

Przez większość trwania balu, spędził go przy Darrenie na rozmowie i w sumie przyglądaniu się wszystkim i wszystkiemu. Każdy wyglądał na mało zadowolonego ze swojej pary, która została mu przydzielona. W sumie to nie jego problem, on akurat trafił dobrze, bo akurat z Darrenem dobrze dogadywał sie na boisku i w sumie poza nim też, chociaż za często ze sobą nie rozmawiali. Ale to nie ważne.
Nagle na sali coś się stało, ludzie zaczęli się rozpraszać i odchodzić od swoich wyznaczonych par. Czyżby te zaklęcie przestało już działać i mogli sobie odjeść ? Prawdopodobnie tak, bo prawie wszyscy tak robili, więc to znaczy że on też został uwolniony od tego wszystkiego. Uff, jakie szczęście. Znaczy, nie chodzi o to że męczyło go stanie z chłopakiem i gadanie, ale pewnie każdy z nich wyobrażał sobie inaczej ten dzień. Tak bardziej swobodnie i po swojej myśli, a nie urządzonego jakimś psikusem i połączonego w pary. Nawet nikt nie tańczył, a może tak teraz ktoś zatańczy, może. Się zobaczy.
Myrnin rozciągnął sie i zerknął w stronę chłopaka. -Wydaje mi się że jesteśmy wolni, więc możemy iśc.- Uśmiechnął się do niego i przejechał dłonią po swoich włosach. - Idę skorzystać jeszcze jakoś z tego dnia, do zobaczenia.- Pożegnał się i poszedł w stronę dziewczyny.
Widział jak Maya stoi sama i nie za bardzo wie co powinna ze sobą zrobić, więc Puchon postanowił jej pomóc, albo chociaż dotrzymać towarzystwa. Podszedł do niej szerokim uśmiechem, wyglądała tak uroczo, że było to aż niezdrowe, pokręcił głową i staną na przeciwko niej. - I jak Ci się podoba ? Moim zdaniem trochę przesadzili z dodatkami - Wzruszył delikatnie ramionami. -Ale to bal racja, więc..- Przestał na chwilę mówić i odszedł od dziewczyny o malutki krok, po czym podał jej dłoń. - Uczynisz mi ten zaszczyt i zatańczysz ze mną ?- Zapytał z ciepłym i przyjacielskim uśmiechem.
Powrót do góry Go down
Leo Slughorn

avatar
Admin


Skąd : Cornwall
Liczba postów : 438
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   19.03.16 11:37

Po kilkunastu minutach zaklęcie przestało działać, ale Leo jakoś za bardzo nie robiło to różnicy. W końcu przyszedł na bal z Gabrielem i jakoś nie miał ochoty na zamienianie się partnerem z kimkolwiek. Obserwował jak ludzie w większości rozchodzą się w swoje strony, niektórzy zadowoleni z tego, że mogą już wrócić do swojego towarzystwa, a inni wciąż rozwścieczeni tym, z kim sparował ich czar. Byli też naturalnie i tacy, którzy tak jak Gryfoni zostali ze sobą po cofnięciu zaklęcia.
- Coś szybko się skończyła ta gra, co nie? - uśmiechnął się.  - W sumie to nic się nie działo - stwierdził po chwili, marszcząc brwi. - Czy działo? Przegapiłem coś? - spojrzał na Gabe'a pytająco, nie będąc pewnym, która teoria jest bardziej prawdopodobna. Czas płynął dla niego jakimś dziwnym, nieregularnym tempem.
-Tak czy inaczej - skoro już nie jesteśmy do siebie przykuci, to może przyniosę coś do picia? - zasugerował, bo poczuł jak zaczęło go suszyć. Ponownie obrzucił salę lekko zamglonym spojrzeniem. W końcu natrafiło one na stolik z napojami. No i fajnie.
- Zaraz wrócę - szepnął mu na ucho, a gdy odsuwał swoją twarz od oblicza chłopaka, dyskretnie i szybko cmoknął go w policzek. Uśmiechnął się lekko. - Tylko przypadkiem nigdzie mi nie ucieknij - dodał jeszcze, już oddalając się. Zmierzał w stronę stanowiska z napojami, prześlizgując się obok rozmawiających, śmiejących się i tańczących ludzi. Wpadł na jakąś dziewczynę, ale zaraz ją przeprosił i ruszył dalej, trochę szybciej niż przed chwilą, nim ta w ogóle zdążyła zareagować.
Znalazł się przy wypatrzonym stoliku i zaczął przyglądać dostępnym napojom. Chwycił jeden z kubków i zaczął nalewać do niego ponczu. Odwrócił głowę w stronę, z której przyszedł, chcąc zobaczyć, czy Gabe czeka na niego tam, gdzie go zostawił, ale nie był w stanie tego zrobić. Pole widzenia zasłoniły mu inne pary. Zrezygnowany z powrotem wrócił spojrzeniem do swojego kubka i dopiero wtedy zorientował się, że naczynie już dawno jest pełne, a poncz przelewa się i jego strumienie obficie ściekają po ściankach szklanki, aby rozlać się na stoliku, z którego zaczęły skapywać już nawet na podłogę.
- Kurwa - mruknął pod nosem, gwałtownie odstawiając dzbanek na swoje miejsce. Przez chwilę wpatrywał się tępo w pobojowisko, które rozpętał. Te kropelki wyglądają tak ładnie... Zaraz, co? Opanuj się.
Wypuścił głośno ustami powietrze i przetarł dłonią oczy. Trzeba coś z tym zrobić. Chwycił kubek za uszko i nachylił się nad stolikiem, aby upić łyk ponczu i uniknąć ponownego rozlania napoju. No dobra, ale co z resztą? Rozejrzał się w poszukiwania jakiegoś chętnego do pomocy skrzata, czy coś, ale jak na razie żadna taka istotka nie pojawiła się w jego polu widzenia. Spoko, poradzi sobie sam. Od czego jest magia? Rozpaczliwie zaczął szukać różdżki, ale nigdzie nie mógł jej znaleźć. No nie! Naprawdę zostawił ją w dormitorium? No tak, w końcu po co komu różdżka na balu...
- Kurwa - powtórzył tylko, tępo patrząc jak plama na stoliku i podłodze robi się coraz większa.
Powrót do góry Go down
Maya Hamilton

avatar
Gracz


Skąd : Norwich, Anglia
Liczba postów : 219
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   19.03.16 15:43

Maya przechadzała się po sali przyglądając się tańczącym i rozmawiającym ze sobą parą. Ileż by dała, by być na miejscu którejś z koleżanek, która właśnie wspaniale bawiła się w towarzystwie jakiegoś uroczego młodzieńca. Może jednak błędem było przyjść tutaj samej? Niezbyt pocieszającą myślą był samotny spacer po sali i zastanawianie się, co też mogła ze sobą zrobić. Nie liczyła na to, że ktoś poprosi ją do tańca, bo z jej wstępnych oględzin wychodziło na to każdy był z kimś. Gdzieś mignął jej Myrnin, który rozmawiał z jakimś kolegą, gdzie indziej Leo również z kolegą. Dopiero w tej chwili dotarło do niej, że każdy sparowany jest z kimś tej samej płci. Może to jakiś rodzaj zabawy? Poczuła ukłucie smutku, że spóźniła się na nią. Postanowiła jednak nie przejmować się nią jakoś specjalnie i podeszła do stolika, na którym znajdowały się napoje. Nalała do szklanki soku pomarańczowego, by chwilę później rozkoszować się jego rześkim smakiem. Uśmiechnęła się delikatnie i jeszcze raz powiodła po pomieszczeniu wzrokiem. Żal jej się zrobiło, kiedy uświadomiła sobie, że ubrała się tak ładnie i nawet porządnie się nie zabawi. Upiła jeszcze raz ze szklanki i właśnie w tym momencie usłyszała za sobą głos. Wzdrygnęła się zaskoczona, omal nie wylewając na siebie soku. Odwróciła się i stanęła twarzą w twarz z Myrninem – Cześć – uśmiechnęła się do niego nieśmiało, a jednak z radością, że choć na chwilę nie będzie sama – Dekoracje są w porządku. Są urocze jak dla mnie. Wiesz… dodają temu miejscu tego walentynkowego uroku – stwierdziła speszona, co następowało zawsze, kiedy w grę wchodziło wyrażanie własnego zdania. Poczuła jak na policzkach wstępuje rumieniec, kiedy złapał ją za dłoń. Spojrzała na niego niebieskimi oczami, nie rozumiejąc o co chodzi. Powstrzymała się jednak przed cofnięciem dłoni. Chwilę później z ust Puchona padło pytanie, które ją zaskoczyło bardziej, niż obecność kolegi – T-tak – jej twarz się rozjaśniła, jakby właśnie dostała najwspanialszy prezent. A może właśnie tak było? W końcu pojawiła się szansa na dobrą zabawę, której tak pragnęła.
Powrót do góry Go down
Myrnin Lewis

avatar
Gracz


Skąd : Royal Tunbridge Wells
Liczba postów : 374
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   20.03.16 0:25

Wiedział że każda dziewczyna marzyła o tym aby zostać księżniczką w dzieciństwie, aby być ta która ktoś ratuje z opresji, walczy o nią i zostanie jej rycerzem. Myrnin nigdy, ale przenigdy się nie przyzna do tego że sam jest romantyczny i nawet chciałby być dla kogoś rycerzem. Ale niestety to wszystko to tylko bajki i marzenia, które nigdy sie nie spełnią. I serio, wolałby aby tak nei było, nie chciałby przeżywać wojny jeszcze raz, to nigdy nie jest tak jak w bajkach albo walczyć ze smokiem, bo kto by chciał ? Pewnie jakiś szaleniec, którym on nie jest. Ale stać go na takie miłe gesty w stosunku do kobiet, potrafił je uszczęśliwić, choć nie miał za dużo praktyki. Ale wiedział jak jego mama rozpływała się gdy ojciec prawił jej komplementy, on też chciałby być takim kimś dla kogoś kogo pokochałby całym serce. Na razie nie ma takiej osoby, oczywiście jest Maya. Ale z Maya jest inaczej, nie wiedział co dokładnie do niej czuje i co ona czuje do niego. Byli po prostu przyjaciółmi i to najlepszymi. Więc tak powinno zostać, bo co jeśli ich przyjaźń by się rozpadła ?
Nie myśl o tym Myrnin ! Przestań !
Westchnął cicho i zagryzł swoją wargę. Po czym podszedł do dziewczyny. Gdy stanęli twarzą w twarz, znów mimowolnie zagryzł wargę i spojrzał jej w oczy. Oczywiście się uśmiechnął i znów był tym starym Myrninem którego znała Maya. Tylko do niej tak często się uśmiechał, nic nie mógł na to poradzić. -No tak, to takie romantyczne.- zaśmiał się i pokręcił głowa. On oczywiście nie był romantyczny, wcaleee, tsaaa.. Nigdy w sumie nie dotykał tak spontanicznie dziewczyny, ale zaczynał to lubić, a to było złe, bardzo złe. Przełknął głośno ślinę i poczuł się delikatnie nieswojo. Ale po chwili się ogarną. Ucieszył się gdy dziewczyna, się zgodziła. Widział nawet na jej twarzy te rozjaśnienie, ten uśmiech. Teraz poczuł się jak rycerz, jak jej rycerz. - To zatańczmy. - Serce zaczęło mu bić szybciej i przybliżył dziewczynę bliżej do siebie. Potrafił tańczyć, tego się nie da ukryć. Zaczął prowadzić dziewczynę po parkiecie w rytmie muzyki. -Ładnie wyglądasz.-. Szczerze to dziewczyna wyglądała ślicznie, nawet bardzo. Ale uznał że gdyby to powiedział, czuła by się nieswoje, a on chciał jej tego oszczędzić. Położył jedną dłoń na jej tali i zaczął obracać ją w rytmie muzyki. Miał nadzieje że jej się spodoba ten dzień i ten taniec. Starał się jak mógł, aby zapamiętała ten dzień najlepiej na świecie. A jeśli mu się nie uda, cóż to będzie jego porażka.
Powrót do góry Go down
Charles Beauclerk

avatar
Gracz


Skąd : St Albans, Anglia
Liczba postów : 38
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   20.03.16 11:18

- Właśnie tak! - zawołał prędko, chcąc przypieczętować omyłkę, uznawszy taki zabieg za doskonały żart. Przecież kłamał w żywe oczy! Ach, te żarty, żarty. Żarty są ekstra. Z żartem, nowym nazwiskiem i niebywałym zachwytem, wpatrywał się w rozbawionego kolegę, odczuwając wszelkie odcienie dumy świeżo upieczonego żartownisia. Żarty działają! Żarty są super. Nieistotny, acz wart wzmianki jest fakt, iż zdanie to pochodzi z dość opasłego tomu "Sztuka rozmowy i żartu dla początkujących", skrzętnie skrywanego w czeluściach karolkowego kufra. Pozycja godna polecenia dla żółtodziobów! Chłopięca żartobliwość zgasła jednak prędko, uśmiech się skrzywił, a wzrok - coraz pewniejszy - też się gdzieś pochował
- Bardzo proszę... - odparł nieśmiało, choć wewnątrz przeżywał prawdziwy rozkwit, a wręcz istne genesis. Widział już uroczą scenę, gdy siedzą we dwóch przy jednym stole, bazgrząc sobie po kajetach i chichocząc wniebogłosy. Tak, chichocząc! W bibliotece! Za to się na pewno chodzi do Azkabanu. Z dozą ekscytacji przed utratą punktów, godności i wolności oraz tęsknotą za tą wyimaginowaną sceną, oblewał gardło kolejnym wiadrem przyprawionego trunku, zastanawiając się nad pewnym faktem - skoro nie wolno tu było pić alkoholu i Samantha z Hufflepuffu właśnie próbowała schować butelkę z zapałem godnym walki o życie, to dlaczego częstują niewinnych uczniów ponczem? I dlaczego niebo jest niebieskie? A już w szczególności - czy wszystkie pająki nie powinny zostać eksterminowane? Nim zdążył wydać te złociutkie myśli na zewnątrz, napój zniknął z okolicy chłopca, ku jego szczeremu niezadowoleniu.
- Ależ ze mną szysko gra! - zawołał w proteście, tracąc jednak prawo do głosu i prawo do ramienia, porwanego i wywleczonego gdzieś poza walentynkowy rajwach. Udało się. Spełnił postanowienie! Był na balu! Poczucie wolności opanowało go zupełnie, mięśnie się rozluźniły, humor dopisywał, a wolność tę uosabiał w postaci Jacka, który wiódł go teraz dzielnie na barykady szkolnego regulaminu. Ku przygodzie!
Powrót do góry Go down
Mistrz Gry

avatar
Specjalne

Liczba postów : 1032
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   20.03.16 20:32

Bal walentynkowy - zakończenie
Bal dobiegał końca. Zaklęcie wiążące przestało działać. Większość siedziała zmęczona przy stolikach, nieliczne pary kiwały się na parkiecie. Na zakończenie dyrektor McGonagall chciała wręczyć wszystkim drobne upominki. Nie mogła zrobić tego zbyt prosto, co to, to nie. Dlatego się nie spodziewał tego, co się wydarzy, gdy poduszki uniosły się pod sufit, żeby po chwili z cichym pyknięciem się rozpaść i obsypać uczestników balu kolorowymi piórami. Szybko okazało się, że zebrane pióra zamieniają się w pudełka z czekoladowymi żabami. Warunkiem było zebranie piór w tym samym kolorze.
W związku z tym, że był to bal walentynkowy, a więc skupiający się na parach (niekoniecznie miłosnych, jak było widać), i tym razem za współpracę były bonusy.

Rzuć w sumie 3 kostkami: 1 kostką k10 i 2 zwykłymi, k6. K10 powie Ci, jakiego koloru pióra zbierasz, suma obu k6 ile piór znalazłeś. Tyle, ile piór, tyle czekoladowych żab. Jeśli dogadasz się z kimś, kto szuka piór w tym samym kolorze, możecie połączyć zdobycze, a wtedy każde z was otrzyma żaby nie w liczbie równej sumie dwóch kostek, a równej sumie czterech kostek - dwóch swoich i dwóch drugiej osoby. Czyli jeśli osoba A ma na k6 3 i 5, a osoba B 4 i 6, to przy współpracy obie otrzymają po 18 żab. Wymagane są co najmniej po dwa posty od każdej osoby z pary.

Bal kończymy inaczej, niż było to planowane, bo ja zawaliłam, to się ciągnie za długo, gdzieś umknął sens. Przepraszam i mam nadzieję, że mi wybaczycie.
Jakby się ktoś zagubił w kostkach, to piszcie do mnie. ~F.


Kolory z kostki k10
1 żółty
2 pomarańczowy
3 różowy
4 czerwony
5 biały
6 zielony
7 błękitny
8 granatowy
9 seledynowy
10 czarny

Kod:
<kk>Kolor:</kk>
<kk>Ilość znalezionych piór:</kk>


Screw this!

I'm going to Hogwarts!


Powrót do góry Go down
Maya Hamilton

avatar
Gracz


Skąd : Norwich, Anglia
Liczba postów : 219
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   22.03.16 13:01

Bycie księżniczką wydawało się w pewien sposób pasjonującym rozwiązaniem. Można było co chwilę pojawiać się na wspaniałych balach, zakładając przy tym olśniewające suknie, a im bardziej efektowna, tym lepiej. Maya nie lubiła przesady, dlatego zapewne jej stroje zawsze byłyby skromne, ale nie chodziło tylko o to, aby każdy ją zapamiętał. Chciała się bawić, wirując w tańcu z jakimś prawdziwym księciem, który starałby się usilnie o jej rękę. Czy nie tego pragnęła każda dziewczyna? W tym wszystkim zapominano, że księżniczki często były zmuszane do małżeństwa. Marzenia miały kończyć się zawsze szczęśliwie i właśnie takie były te należące do panny Hamilton. Czy powinna jednak rozmyślać o księciu, kiedy właśnie tańczyła ze swoim przyjacielem? Nie rozpatrywała go w kategorii książęcej, ale podobno niemiło jest myśleć o kimś innym, kiedy spędzało się czas z drugą osobą. A Maya nie chciała, aby Myrnin poczuł się nieswojo, bo choć nie potrafił odczytać jej myśli, tak Puchonka czuła się źle, że zaprząta myśli czymś takim. Była wdzięczna przyjacielowi, że zapewnił jej rozrywkę pozwalając tym samym korzystać z balu.
Serce biło jej szybciej, kiedy chłopak przybliżył ją do siebie, kładą dłoń na jej talii. Bliskość, niewyobrażalna bliskość, która miała trwać przez kolejnych kilka minut. Czuła, jak policzki jej się czerwienią, ale ułożyła dłonie na ramionach chłopaka, zupełnie jakby chciała delikatnie objąć go za szyję. Był dużo wyższy od niej, jednak dzięki butom na obcasie była w stanie spokojnie i całkiem wygodnie z nim tańczyć – Dziękuję – szepnęła, kiedy tak wirowali po parkiecie. To była miła chwila, zdecydowanie godna zapamiętania. I jak ona miała mu się odwdzięczyć?
Sama nie wiedziała ile piosenek przeszło im przetańczyć, ile czasu minęło od rozpoczęcia czasu. To nie miało znaczenia. Zatracili się w tej chwili i tylko brzmienie ostatniej nuty oraz pewne poruszenie sprawiły, że oderwali się od siebie. Maya spojrzała z zaciekawieniem na podekscytowanych ludzi. Nagle, zupełnie niespodziewanie, poduszki uniosły się do góry, by chwilę później zasypać ich kolorowymi piórami – Patrz! – powiedziała podekscytowana, wskazując to Puchonowi. Jej oczy błyszczały, kiedy patrzyła na prawdziwą pierzastą tęczę –  Pozbieramy trochę, prawda? – spytała z nadzieją, podekscytowana taką niespodzianką. Oczy jej błyszczały z radości – Chodź – pociągnęła chłopaka za rękaw, jakby na chwilę zapominając o swojej nieśmiałości – Pozbieram różowe, dobrze! Są takie wspaniałe! – ucieszyła się, a chwilę później zaczęła latać po sali, aby pozbierać upatrzone pióra.

Kolor: różowy
Ilość znalezionych piór: 9
Powrót do góry Go down
Lycoris Reagan

avatar
Gracz


Skąd : Londyn
Liczba postów : 390
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   22.03.16 13:19

Ciężko powiedzieć, jak wszystko by się skończyło, gdyby Liv pozostała w towarzystwie głupiej koleżanki ze swojego domu. Stojąc naprzeciwko niej, nie mogąc się odsunąć, przeklinała tego, kto wpadł na tak durny pomysł. Chciał mieć na sumieniu uczennicę? Bo musiał brać taką ewentualność pod uwagę, skoro postawił Reagan naprzeciwko Exodus. Gryfonka stała i tylko chłodno patrzyła na koleżankę, modląc się, aby koszmar się skończył. Chciała coś mieć z tego balu, a użeranie się z pannicą jakoś niespecjalnie było tym, czego pragnęła. Dlatego z ulgą powitała uwolnienie od zaklęcia i spieprzyła od dziewczyny, nawet się z nią nie żegnając. I tak zmarnowała na nią więcej słów niż na to zasługiwała. Udała się w kierunku stolika z napojami, gdzie dobyła kubeczek z sokiem. Niestety, był to sok czysty, bez żadnego wkładu. Ale spokojnie, Liv nie byłaby sobą, gdyby nie miała czegoś w zanadrzu! I miała całkiem sporo, ale zanim zdążyła wyciągnąć cokolwiek pojawił się  ktoś, na widok kogo miała mieszane uczucia. Świnia Slughorn. Tylko że tym razem Leo nie zachowywał się normalnie, co sprawiło, że w głowie Liv pojawiła się dziwna myśl. Skoro nie jest normalny trzeba to wykorzystać. Może i ktoś nazwie ją desperatką, ale po tym jak Darren spierdolił sobie gdzieś do jakiegoś kolesia, by później zaszyć się nie wiadomo gdzie, Liv straciła osobą, z którą mogłaby się napić. A picie samemu było totalnie wyznacznikiem frajerstwa, a ona frajerem nie była, więc ostatecznie, aby jednak coś z tego balu mieć uznała, że napije się ze Slughornem. Ten jeden, jedyny razy, wykorzystując przy tym stan jego upojenia. Chłopak jednak zdawał się nie do końca ją dstrzegać, co było jeszcze zabawniejsza. Zaśmiała się cicho pod nosem, pamiętając, aby później wypominać mu jego stan, który chciała jeszcze doprawić.
- Coś ci się wylało – rzuciła, podchodząc bliżej niego – Ale weź to olej. Skrzaty posprzątają – stwierdziła, odbierając od chłopaka kubeczek i odstawiając go – Poza tym weź się nie plam piciem takiego syfu. Mam coś lepszego – rzuciła i wyciągnęła spod spódnicy (tak, sposób na przemycanie alkoholu stary jak świat!) – Widzisz? Właśnie to powinno się pić na podobnych imprezach – nalała mu do kubeczka napoju, dolała trochę soku, bo jednak bimber był mocny – Jak nie podołasz wyzwę cię publicznie od tchórzy, pamiętaj – i sama upiła dość spory łyk, czując jak pali ją w przełyku.
Kilka łyków później i tak ze dwie szklaneczki Leo, Liv miała niezłe szumy w głowie, toteż nawet towarzystwo znienawidzonego Gryfona nie było tak uciążliwe i nie wymagało od niej usilnego panowania nad sobą. Wmawiała sobie, że to poświęcenie dla wyższej sprawy! Nagle coś buchnęło, a Liv oraz wszyscy zebrani zostali obsypani piórami – Co jest kurwa? – wyrwało się z jej ust, jednak w momencie, kiedy okazało się, że pióra zmieniają się w pudełeczka z żabami (a L. uwielbiała karty z tych słodyczy), Reagan uznała, że sama sobie kilka pozbiera. Dodatkowo miała pretekst, aby rzucić Slughornowi wyzwanie – No to co? Kto pozbiera więcej, ten wygrywa butelkę Ognistej? – rzuciła i nie czekając na jego odpowiedź, pozostawiając resztkę alkoholu na stole, ruszyła by powiększyć kolekcję Kart z czekoladowych żab. I nikogo zdecydowanie nie powinno dziwić, że najbardziej spodobały jej się pióra w kolorze czarnym.

Kolor: czarny
Ilość znalezionych piór: 6
Powrót do góry Go down
Myrnin Lewis

avatar
Gracz


Skąd : Royal Tunbridge Wells
Liczba postów : 374
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   22.03.16 21:35

W sumie to każda kobieta, dziewczyna mogła być księżniczką. Bo w tych wszystkich bajkach nie chodziło przecież o to, że księżniczki miały dużo pieniędzy i były bogate. Czy tam ten cały książę był bogaty, choć zawsze wszystkie te bajki kręciły się włoku kasy, ale to nie o to teraz mu chodziło. Wróćmy do morału. Każda dziewczyna mogła czuć się jak księżniczka, gdy znajdzie swojego księcia. Takie na którego zasługuje i który będzie o nią dbał, ale oczywiście to musisz iść we dwie strony. On pewnie dbałby o swoją kobietę, tak jak jego ojciec dba o swoją żonę. Tylko ze pierw musiałby ją znaleźć, a to, to może być zadanie nie do wykonania. Bo przecież to że ty kogoś lubisz, nie znaczy że ta osoba polubi ciebie. Zastanawiał się czemu tak zazwyczaj było, bo w sumie było to smutne. Czyżby to los, robił sobie żarty ? Czy po prostu ludzie głupieli na widok innej osoby i sami byli ślepi, aby nie zauważyć że dana osoba nie odwzajemnia twojego uczucia. Cóż, prawdopodobnie miłość oślepia, więc może i oślepiła i jego? Nie byłby sobą gdyby nie zapewnił swojej przyjaciółce rozrywki na balu, przecież zasługiwała na to. A że przez dłuższy czas stała sama i nikt do niej nie podszedł, to on postanowił zrobić ten pierwszy krok.
On radował się każdą chwilą w której był blisko niej, bo przecież powinien się cieszyć chwilami z przyjaciółką. I radowało go to że dziewczyna była szczęśliwa. Bo właśnie to w tej chwili było ważne, aby zapamiętała ten dzień i tę noc. Chciał po prostu aby był to wyjątkowy wieczór. - Nie ma za co. – Wzruszył delikatnie ramionami, jakby nie zrobił nic za co powinna mu dziękować. I jakby wcale nie zwracał uwagi na to jak dziewczyna położyła swoje dłonie na jego ramionach. WCALE GO TO NIE RUSZAŁO ! Mimo ze po jego twarzy nie było widać zarumienienia ani nic, w środku szalał jak dziki. A na zewnątrz tylko delikatnie się uśmiechał.
Przecież nie powinna mu się odwdzięczać, to tylko taniec. On sam nie wiedział ile piosenek przetańczyli, po prostu cieszył się chwilami, które według niego i tak kończyły się za szybko. Wszystko co dobre, szybko się kończy, prawda? Tylko dlaczego, wyjaśni mu to ktoś ?! Tsaa, pewnie nie. Sam spojrzał się w stronę ludzi którzy latali po Sali i zbierali piórka.. Widząc uśmiech na twarzy dziewczyny, sam uśmiechnął się nieco szerzej. – Jeśli tak bardzo chcesz. – Pokiwał głową i spojrzał się na jej oczy, dziewczyna najwyraźniej bardzo chciała je pozbierać, więc czemu miałby jej nie pomóc ?. Gdy pociągnęła go za rękaw, cóż, zaskoczyło go i to bardzo. Po zazwyczaj była szarą muszą, cóż, po prostu dał jej się poprowadzić. Ale dlaczego różowe ?! No cóż, czego nie robi się dla przyjaciół. – Jasne –. Przez chwile patrzał na dziewczynę a potem zaczął zbierać różowe piórka. Za dużo ich nie uzbierał, bo tylko pięć. Ale hej, to zawsze coś. Podszedł do dziewczyny i podał jej piórka. [i] – Niestety, więcej nie znalazłem. [/b]. Posłał jej uśmiech.

Kolor: Różówyy
Ilość znalezionych piór:2+3 = 5
Powrót do góry Go down
Leo Slughorn

avatar
Admin


Skąd : Cornwall
Liczba postów : 438
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   24.03.16 18:01

Wzdrygnął się lekko, gdy usłyszał tuż obok siebie czyjś głos. Odwrócił głowę w stronę osoby, która moment wcześniej się odezwała. Okazało się, że była to Liv, na co Leo westchnął głęboko, nawet tego nie kryjąc. Czyżby przyszła zepsuć mu bal?
- Co ty nie powiesz? – odparł sarkastycznie, na jej uwagę. Zmarszczył jednak brwi, gdy dziewczyna odebrała mu jego kubek i odstawiła na bok. Halo, przecież aby go zapełnić poświęcił tyle czasu, cierpliwości i ponczu! Co ona sobie w ogóle wyobrażała? - Oddaj... – zaczął zbulwersowany, ale po jej następnych słowa praktycznie zapomniał, co chciał powiedzieć. Spojrzał na przemyconą przez dziewczynę butelkę, unosząc lekko brew.
Nie powinienem... Nie, tak samo, jak nie powinien był pić tego wina z Gabrielem. Wiedział, że nie powinien, ale jakoś specjalnie nie zaprotestował. Podobnie było i tym razem, ale to już nie tak jak wtedy przez to, że osoba, z którą przebywał odbierała mu rozum, a raczej ze względu na to, że nie ważne, ile by już nie wypił, chciał pić jeszcze więcej. Bitwy z myślami nie pomagały mu w oparciu się tej pokusie, a jego instynkt samozachowawczy zapodział się gdzieś w tłumie wirujących na parkiecie par za nim. Przecież nie tylko on i Liv pili, prawda? Nikt nawet nie zauważy, że to akurat Slughorn jest odrobinę bardziej napity niż pozostali bawiący się uczniowie. Na takich imprezach raczej każdy pilnował własnego nosa. Poza tym Gryfon był prefektem. A prefekt zazwyczaj daje dobry przykład, prawda? Więc nikt nawet nie powinien wpaść na pomysł, aby oskarżać go o spożywanie alkoholu na balu, na którym miał pilnować porządku, no błagam. Niby są jeszcze nauczyciele, ale... oni też zdawali się być pochłonięci zabawą. A jeśli już skupiali na czymś swoją uwagę, to na tych dzieciakach chowających się z alkoholem po kątach albo parach na parkiecie. On i Liv? Wyglądali po prostu jak para przyjaciół, którym zaschło w gardłach i przyszli do stolika z napojami wypić po kubeczku ponczu.
- Ja nie podołam? – spojrzał na nią wyzywająco, odbierając od niej kubek z rozcieńczonym bimbrem. Niezbyt mądre, fakt, ale kogo to obchodzi? - Chyba śnisz, Reagan – rzucił jeszcze w jej stronę, po czym upił łyk napoju. A potem następny i następny, ignorując fakt, że ciecz niemiłosiernie zaczęła palić go w gardło. Nawet nie zauważył, kiedy trunek w jego kubku się skończył, a Liv dolała mu go po raz kolejny. Przestało go obchodzić nawet to, że właśnie pił ze swoim największym wrogiem, podczas gdy Gabe czekał na niego na drugim końcu sali.
Nawet nie zarejestrował momentu, kiedy coś huknęło i piórka rozsypały się po pomieszczeniu. Zawiesił się, po prostu, z krawędzią kubka przytkniętą do wargi. Obudziły go dopiero słowa Liv. Spojrzał na nią po jakimś czasie, nieprzytomnie.
- Ale...co? – wymamrotał, bo jego umysł potrzebował odrobinę więcej czasu, aby przeanalizować propozycję dziewczyny. - A! No... czemu nie? Przegrasz – stwierdził z uśmiechem i zaskakującą pewnością siebie w głosie. Co z tego, że nie do końca orientował się, co się dzieje. Po chwili zdał sobie sprawę z tego, że Reagan zniknęła mu z pola widzenia i to w dodatku już jakiś czas temu. - Ej! Nie wiedziałem, że już zaczynamy – fuknął. 
Spojrzał przed siebie na podłogę i zamlaskał. Odstawił opróżniony kubek na stolik i ruszył w kierunku błękitnego piórka, które wcześniej przykuło jego uwagę. Schylił się z trudem i podniósł swoją zdobycz, obracając ją w palcach i wpatrując się w nią, jakby to piórko było odpowiedzią na wszystkie zagadki ludzkości. Rozejrzał się ponownie i wyłapał wzrokiem kolejne kilka piór o tym samym kolorze, na co uśmiechnął się i niebezpiecznie kiwając się na boki ruszył, aby je pozbierać.
Gdy zebrał cały bukiecik spojrzał nań zadowolony. Tyle mu wystarczyło, zdecydowanie. Taki ładny kolorek! Wtem zaczęło się dziać z piórkami coś dziwnego. Po chwili nie trzymał już w dłoniach kilkunastu piór, a opakowania Czekoladowych Żab. Posmutniał automatycznie, bo pierwotna forma jego skarbów bardziej mu się podobała. Mógł związać je kokardką i postawić w wazonie! A nie, chwila, tak robi się z kwiatami...
Niepocieszony ruszył z powrotem w kierunku stolika z napojami, wpatrując się w swoje Żaby i zataczając się lekko w lewo. Zorientował się, że Liv zostawiła butelkę z alkoholem na stoliku. Co za kretynka! Jeszcze by ktoś zobaczył i sobie wziął! Przecież tyle bimbru nie może się zmarnować! Leo wypuścił nosem powietrze, wypatrując swojej rywalki i jednocześnie starając się policzyć swoje zdobycze. Jeden, dwa, trzy... nie, nie, jeszcze raz! Dwa... cholera, miało być od początku! Poczuł, że to chyba trochę zajmie.Gdy wreszcie Liv pojawiła się obok niego spojrzał na jej zdobycz w postaci Żab i zmarszczył brwi.
- Chyba wygrałem? – odezwał się, co zabrzmiało bardziej jak pytanie. Zaraz jednak uśmiechnął się wpół przytomnie, już bardziej pewny siebie. - Ha, wygrałem! Mówiłem, że przegrasz! Ja wygrałem, a ty nie – pokiwał głową pełen uznania dla własnych umiejętności.

Kolor: błękitny
Ilość znalezionych piór:10
Powrót do góry Go down
Maya Hamilton

avatar
Gracz


Skąd : Norwich, Anglia
Liczba postów : 219
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   24.03.16 22:42

To była wspaniała atrakcja. To całe bieganie i łapanie piór. Nie spodziewała się czegoś podobnego na balu, ale jej serce radowało się niczym serce dziecka, które widziało kilogramy kolorowych słodyczy. Wirowała po sali łapiąc różowe piórka, które nadal nielicznie unosiły się w powietrzu. Wspaniała chwila, którą miało ochotę uwiecznić się, by nigdy, ale to nigdy o niej nie zapomnieć. Posłała Myrninowi rozanielony uśmiech zachęcając go do wzięcia udziału w zabawie. Musiał to zrobić, po prostu musiał. Maya z jakiegoś powodu chciała ujrzeć na jego ustach wesoły uśmiech, a czy było coś szczęśliwszego niż wcielenie się choć na chwilę w dziecko? Wierzyła, że każdy człowiek na w sobie pozostałości z dziecięcych lat i potrzebował jedynie specjalnego bodźca, aby to w sobie obudzić. Tylko nieliczny, jak panna Hamilton, potrafili ot tak przywołać do siebie dziecięcą naturę i korzystać z niej w każdej chwili.
Na szczęście chłopak nie dał się długo namawiać i zaraz Maya mogła być świadkiem jak sam łapie pióra. Wybrał te co on. No tak, razem będą mieli ich więcej! Posłała mu kolejny uśmiech przebiegając koło niego by porwać piórko ze stolika. Serce biło jej jak oszalałe, policzki pokrywał zdrowy rumieniec, który tym razem niewiele miał wspólnego z zawstydzeniem. A kiedy wszystko się skończyło przystopowała oddychając głęboko – To było wspaniałe! – ucieszyła się, kiedy chłopak stanął przy niej. Utkwiła w nim błyszczące oczy świadczące o zadowoleniu. Nie przypuszczała, że będzie się bawiła tutaj tak dobrze. A to wszystko dzięki jej przyjacielowi – To nic! Razem i tak mamy ich dużo – powiedziała i odebrała piórka, aby je policzyć – Widzisz? Czternaście! To chyba dobry wynik, prawda? – jeszcze raz na niego spojrzała, a chwilę później uściskała go – Dziękuję Myrnin, to było super. Najwspanialszy wieczór w moim życiu – i w tym momencie, kiedy adrenalina trochę uleciała z jej organizmu, wróciła dawna Maya. Odsunęła się nieznacznie od chłopaka, zdając sobie sprawę, że nie powinna robić niespodziewanie takich rzeczy – W-wybacz… chyba za bardzo się wczułam – posłała mu trochę speszony uśmiech. Rozejrzała się po sali, by tylko utwierdzić się w przekonaniu, iż bal dobiegł końca – Idziemy? Zdaje mi się, że… że już nie mamy czego tutaj szukać – stwierdziła i pociągnęła go ponownie za rękaw, tym razem mniej pewniej niż poprzednio, ale nadal zaskakując samą siebie. Chwilę później opuścili salę, pozwalając by piórka, które zebrali zamieniły się w pudełka z czekoladowymi żabami.

z/t dla Mai i Myrnina
Powrót do góry Go down
Lycoris Reagan

avatar
Gracz


Skąd : Londyn
Liczba postów : 390
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   11.04.16 15:51

Jej relacje z chłopakiem były tak skomplikowane, jak bardzo skomplikowane mogło być coś pomiędzy dwójką ludzi. Zabawne, że Liv nigdy nie widziała w Slughornie niczego, co mogłaby wziąć za fajne i na tyle interesujące, aby mogła się z nim normalnie zadawać. A jednak z jakiegoś powodu ciągle oboje na siebie wpadali w przeróżnych sytuacjach, chociaż za każdym razem zarzekali się, że niczego nie robią specjalnie. Znaczy, Leo to sobie mógł, bo kto wie czy nie czuł do niej pociągu, ale ona nie miała zamiaru z własnej woli się do niego zbliżać. Chociaż… czy tego właśnie nie zrobiła teraz? Bo przecież to ona podeszła pierwsza, to ona zaczęła rozmowę z pijanym kolega. Może właśnie dlatego zachowała się nie tak a inaczej wiedząc, że nawalony Gryfon jutro może wielu rzeczy nie pamiętać. Dodatkowo i ona miała zamiar się odpowiedni doprawić, więc kto wie, czy sama jutro nie wyprze wszystkiego z pamięci, bo nie była przekonana, czy faktycznie chciałaby dnia następnego wiedzieć o wszystkim, co robiła na balu. Na razie jednak chciała się bawić, a to było zdecydowanie silniejsze niż jej uprzedzenia do tego chłopaka. Poza tym chyba napić mogła się z każdym, prawda? Nawet z wrogiem! Co też zresztą uczyniła, wlewając w sobie po chwili trochę więcej alkoholu, jakby chciała tym zamaskować pewne wyrzuty sumienia i poczucie desperacji, które ją ogarnęło. Cholera, gdyby Darren nie był Darrenem zapewne teraz nie musiałaby tkwić z Gryfonem.
Wiedziała, że go prowokuje takimi tanimi tekstami, ale na chwilę obecną czas miał znaczenie. Nie dość, że niespecjalnie chciała, aby ktoś ich na tym piciu przyłapał, to dodatkowo sama chciała już poczuć promile we krwi. Co zresztą stało się chwilę później, gdy sprowokowany Leo faktycznie wypił to co mu dała, a ona bez dalszej bitwy myśli wychyliła kolejną szklaneczkę niczym nałogowy alkoholik, od którego zawsze wyzywał ją pewien uciążliwy Krukon – No proszę Slughorn, nie spodziewałam się tego po tobie – rzuciła w jego stronę widząc, że usilnie starał się nie krzywić, kiedy bimber palił go w gardło. Bo palił na pewno, to nie ulegało wątpliwości! Dolała mu kolejną porcję, bo przecież pozostawienie kogoś, z kim właśnie piła, z pustym kubeczkiem było bardzo, ale to bardzo niegrzeczne.
Zanim jednak mogli oddać się całkowicie tak wspaniałej czynności jaką było spożywanie alkoholu zaczęła się zabawa z piórkami. Rzuciła mu wyzwanie, a co! I popędziła zbierać czarne pióra. Jedno tu, drugie tam, po chwili jeszcze kilka. Ale niestety, szybko jej się znudziła i miała nadzieję, że Leo z tym swoim chwiejnym, pijańskim krokiem nie będzie wstanie zebrać ich więcej. Niestety, zdobył, tym samym sprawiając, ze L. przegrała, co wcale jej nie pocieszało – Na to wygląda – przyznała niechętnie, ale jednak ostatecznie była osobą honorową – A jeśli zaraz nie przestaniesz się z tym tak obnosić dostaniesz butelkę mleka, a nie whisky – zmarszczyła brwi. No dobrze, nie umiała przegrywać i trochę ubodło jej dumę, że pijany ochlej morda był lepszy od niej. Żeby ukryć jawne niezadowolenie sięgnęła po alkohol, który zawsze był najlepszym lekarstwem. Upiła łyk walcząc sama ze sobą, żeby nie powiedzieć, że z tymi piórami to był żart i żadnej nagrody nie będzie. Nie chciała jednak wyjść na osobę niehonorową – Nagrodę dostaniesz po balu, bo taka butelka nie zmieściła mi się pod kiecką – rzuciła w stronę chłopaka, przyglądając się parom tańczącym na parkiecie.
Powrót do góry Go down
Leo Slughorn

avatar
Admin


Skąd : Cornwall
Liczba postów : 438
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   13.04.16 17:52

Leo nie był do końca świadomy tego, co robi i czemu to robi. Wiedział jednak, że to nie w porządku z jego strony, co mimo wszystko go nie powstrzymywało. Powinien zignorować Reagan, wziąć to, po co przyszedł, czyli dwa kubki jakiegoś badziewnego ponczu i wrócić do Gabe'a, który przecież czekał na niego tam gdzieś w tłumie... prawda? A może już nie czekał? Może wrócił do dormitorium albo, co gorsza, poszedł poszukać towarzystwa kogoś innego i właśni szaleje gdzieś na parkiecie z jakąś dziewczyną? Miał nadzieję, że nie. Naprawdę miał taką nadzieję... W końcu mu na nim zależało i żywił nadzieję, że Gabe czuje do niego to samo.A mimo to zamiast wrócić do niego, aby spędzić resztę wieczoru w miłym towarzystwie, z miłym uczuciem, jak wino nadal rozgrzewa mu ciało, odczuwalnie, aczkolwiek subtelnie, musiał zareagować na słowa Liv i jak gdyby nigdy nic zacząć z nią pić. Dziwne. Głupie. Ale nie myślał. 
Spojrzał na Reagan, unosząc brwi.
- Wielu rzeczy się po mnie jeszcze nie spodziewasz – stwierdził tajemniczo, choć sam nie do końca miał pojęcie, co ma na myśli. Kiedy dziewczyna dolała mu jeszcze, praktycznie nie zareagował. Ani nie odmówił, ani nie podziękował, choć nie wyobrażał sobie, czemu miałby dziękować komuś takiemu jak Gryfonka. Cały czas ignorował fakt, że alkohol mocno palił go w przełyku, bo kto by się tym przejmował, skoro w zamian jest to ciepło i uczucie błogości, otulające twoje ciało, niczym ramiona ukochanej osoby? Wiedział, że nie powinien pić więcej, bo zdawał sobie sprawę z tego, że ma słabą głową. Mimo to uwielbiał alkohol. Ale czy jest ktoś, kto go nie lubi? Czym innym jest jednak spożywanie go w jednym z nielicznych momentów, kiedy jest się samemu w dormitorium albo chowając się w łazience, a czym innym robienie tego na otwartej, szkolnej imprezie, gdzie cały czas ryzykujesz przyłapaniem przez jakiegoś nauczyciela, czy też prefekta, którym – pożal się boże! - on sam też przecież był. Dodajmy do tego, że towarzyszem tego pijaństwa nie był żaden dobry kumpel. Tylko Liv, której nienawidził całym sercem, tak bardzo, jak tylko można kogokolwiek nienawidzić. Byłby gotów autentycznie ją zabić, gdyby nie fakt, że cenił wartość ludzkiego życia. No i bał się śmierci. Tak, to ważny kontrargument. 
Potem były piórka, który nagle przestały być piórkami, rujnując mu humor do końca dnia. Postanowił, że kiedyś sprawi sobie takie piórka, choćby po to, aby leżały na dnie szuflady. Bardzo chciał mieć coś, co przypominałoby mu o pięknie świata, a takie śliczne, błękitne piórko zdawało się być idealnym kandydatem na wyżej wspomniane coś. Milutkie w dotyku i w dodatku ładny kolorek. Mógłby zasypiać z miłą myślą, że coś tak wspaniałego leży tuż obok niego, w jego szafce obok łóżka i że w każdej chwili może po to sięgnąć. O tak, stwierdził, że naprawdę lubi piórka. Ale jeszcze bardziej od piórek lubił zdecydowanie wygrywanie. Zwłaszcza, jeśli chodziło o wygrywanie z kimś niezbyt sympatycznym albo, tak jak to było w przypadku Liv, po prostu sukowatym. 
Spojrzał na nią z góry, kiedy przyznała mu rację, co do jego wygranej.
- Phi, obnosić – prychnął. - Też mi coś. Myślisz, że kogokolwiek tu obchodzimy? Ci ludzie myślą tylko o własnych, tłustych dupach – stwierdził, sięgając po butelkę niemal w tym samym momencie, co Liv. W końcu jednak stwierdził, że przydałoby się trochę kultury i wycofał rękę, tym samym ustępując jej przyjemności spożycia alkoholu jako pierwszej. No, ponownego spożycia. Jako pierwszej bardziej w teorii, ale co za różnica. - Mam nadzieję, że dostanę. Trzymam cię za słowo – stwierdził, z lekko przymulonym uśmiechem, delikatnie mówiąc. 
Zaczął uważnie przyglądać się Liv i podążył za jej tęsknym spojrzeniem, biegnącym w stronę wirujących na parkiecie osób. Nagle zrobiło się mu jej niesamowicie żal. W końcu ona też powinna być tam gdzieś na środku, kręcąc piruety z jakimś fagasem, a nie popijać sobie z nim brandy w kącie. Wydawało mu się to naturalne, że każda dziewczyna, nawet taka jak ona, chciała czasem poczuć się inaczej niż jakaś plugawa zdzira, którą była na co dzień i Leo w sumie to rozumiał. 
W przypływie nagłej, męskiej decyzji i trochę z powodu sporej ilości alkoholu we krwi, delikatnie, acz stanowczo odebrał od niej butelkę brandy i nie mogąc się powstrzymać pociągnął z niej jeszcze jeden, duży łyk. Następnie odstawił ją na miejsce, w którym stała przed chwilą i podszedł bliżej Liv, może nawet odrobinę za blisko, ale niezbyt go to interesowało. Teraz miał inny cel, który stał jednocześnie jego misją na kolejnych kilka minut.
- Chodź – rzucił wspaniałomyślnie, nie mogąc sklecić nic innego. Powinien rzucić jakąś propozycją w szarmanckim stylu, ale on przecież ledwo wiedział, co się dzieje, nie można od niego wymagać zbyt wiele. Bez dłuższego czekania chwycił ją za rękę i pociągnął w tłum. Przebijali się przez tłum tańczących osób, a on skupiał się tylko na tym, żeby nie puścić jej ręki i jej nie zgubić oraz na znalezieniu dla nich miejsca. Nawet udawało mu się iść nie aż tak bardzo chwiejnym krokiem. W końcu zatrzymał się i odwrócił w jej stronę z uśmiechem.
- Tu będzie dobrze, prawda? – spytał, ponownie bez pytania chwytając ją też za drugą rękę, kiedy nagle zorientował się, że tak tańczą chyba dzieci w przedszkolu. Zmarszczył brwi, po czym uniósł jej ręce i owinął wokół swojej szyi, następnie obejmując ją w pasie i czekając na jej reakcję, wpatrując się w dziewczynę z wyczekiwaniem.
Powrót do góry Go down
Lycoris Reagan

avatar
Gracz


Skąd : Londyn
Liczba postów : 390
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   14.04.16 11:54

To było chore, poważnie. Liv już dawno powinna dać sobie spokój i odejść zaraz po tym, jak napiła się z Gryfonem kilka łyków alkoholu. Ale nie, ona uznała, że może napić się jeszcze więcej, dodatkowo proponując mu całą tę zabawę z piórkami. Na Merlina, od kiedy ona bawiła się w coś podobnego? I wcale nie chodziło tylko o te wszystkie czekoladowe żaby! (no dobrze, chodziło głównie o nie, bo miała hopla na punkcie kart z nich). Po prostu… no zwyczajnie w świecie alkohol dał o sobie znać, a niestety panna Reagan po nim była o dziwi bardziej ludzka niż bez niego. Jakby w jakiś sposób odsłaniała samą siebie i uczucia, które nią targały. Przerażające! Dlatego właśnie nie powinna pić w towarzystwie osób niepowołanych, bo to mogło skończyć się tragedią, której pewnie i tak by nie pamiętała, bo wiadomo, że jak już zaczynała się bawić, to szła na całego! Teraz mógł się o tym przekonać Slughorn, chociaż w jego przypadku Gryfonka nie była nawaloną iście po królewsku. Miała po prostu ten swój fajny stan, w którym tak wiele rzeczy przestawało mieć znaczenie. Liczyła się zabawa, to wszystko! Po to były imprezy, aby się na nich wyluzować i właśnie to robiła. Niech szlag trafi chociaż teraz jakieś uprzedzenia (chociaż te nie zniknęły całkowicie). To jednak nie znaczyło, że od teraz zacznie się bratać z Leo. O nie ma mowy! Po prostu dzień dobroci, tak. To było bardzo dobre wytłumaczenie.
- I prawdę powiedziawszy nie chcę ich odkrywać – rzuciła, bo ostatnią rzeczą, jaka faktycznie była jej potrzebna to dowiadywanie się o Slughornie rzeczy. Jej wystarczyły informacje jakie miała i zdecydowanie nie chciała zgłębiać ich bardziej! Mieli napięte stosunki, chociaż teraz ktoś mógłby powiedzieć, że zachowywali się jak zwyczajni kumple, który po prostu bawią się spoko na balu. Oh, jak pozory potrafiły mylić wzrok naiwnych! – Kochany, nawet w normalnych okolicznościach nikogo nie obchodzisz, więc tutaj nic się nie zmienia – palnęła, bo przecież nie umiała się powstrzymać przed byciem po prostu sobą. Zabawne, że pomimo tekstów, które rzucali w swoim kierunku nadal stali przed sobą jak dwa zdesperowane osobniki i pyli, jak gdyby nigdy nic. Co sprawiało, że żadne z nich nie miało zamiaru w tym momencie odejść? Może uzależnili się od swojego towarzystwa tak bardzo, że nie chcieli tego kończyć? Może uzależniły ich wszelkie przekomarzanki i ta nienawiść? NA MERLINA! W życiu! Gdyby tak ktoś powiedział o tym przy Liv, zapewne zginąłby tragiczną śmiercią.
- Tego, czego nie można mi odmówić to honor – stwierdziła wzruszając ramionami i pociągając spory łyk. Musiała teraz wyglądać jak rasowy żul! Ale przynajmniej ktoś jej w tym towarzyszył.
Kiedy rzuciła spojrzenie na tańczące pary, westchnęła. Czemu nie mogła zatańczyć? Nie to, aby faktycznie aż tak smutno jej było z tego powodu, bo smutek był ostatnią emocją, którą można było u niej dostrzec, ale jednak no cholera, od tego był bal? Każda dziewczyna (a ona o dziwo nią była) lubiła od czasu do czasu powirować na parkiecie z jakimś kolesiem. „A chrzanić to” stwierdziła w myślach i w tym momencie Slughorn zrobił coś, co ją zaskoczyło. Poważnie. Po raz pierwszy w jego obecności nie wiedziała, co tak naprawdę ma powiedzieć. Zamurowało ją na tyle, że dała się jak głupia zaprowadzić na ten parkiet, gdzie tańczyło tak wiele osób. Gdyby wcześniej ktoś jej powiedział, że skończy tańcząc z Leo, wyśmiałaby go. A teraz? Teraz faktycznie stała na parkiecie z jego dłońmi na swojej talii (zaraz, czy on nie pozwalał sobie na zbyt wiele?!) i tańczyła. Poważnie. Liv Reagan, wróg publiczny numer jedne Leona Slughorna, tańczyła z Gryfonem jak gdyby nigdy nic!
- Tylko nie wyobrażaj sobie zbyt wiele! – uprzedziła, chociaż w jej głosie dało się słyszeć nutkę niepewności, jakby… speszenia? O Merlinie, miej w opiece chłopaka jutrzejszego dnia!
Powrót do góry Go down
Leo Slughorn

avatar
Admin


Skąd : Cornwall
Liczba postów : 438
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   14.04.16 18:25

Pewnie nie tylko Liv zdołała nagiąć szkolne przepisy i przemycić na imprezę alkohol. W sumie to Leo dość śmiało mógł stwierdzić, że dobre dwie trzecie zebranych na Sali miało jakieś promile we krwi. Może nie tyle, ile Slughorn, czy Reagan, ale jakieś na pewno. Może dlatego, że niektórzy znali umiar? Tak czy siak, Gryfon w sumie nie mógł zwalić swojego przebywania z Liv na to, że po prostu miała przy sobie napój z procentami, bo wystarczyłoby przejść się i znalazłoby się sporo osób, które także takowy posiadały. Będąc prefektem automatycznie ma się łatwiej, bo co to takiego zagrozić jakimś dzieciakom, że odejmie im się punkty i skonfiskować napitek tak, jak wcześniej zrobił to Nikolai? A mimo to dobrowolnie stał teraz, tutaj z Reagan – ostatnią osobą, o której pomyślałby, że może z nią popijać po kumpelsku brandy.
- To i lepiej. Bo ja nie mam zamiaru ich ujawniać – teraz już kompletnie nie miał pojęcia, o czym gada, ale nie mógł ot tak porzucić tego wątku. Co z tego, że nawet nie pamiętał od czego się zaczął, ani czego pierwotnie dotyczył. Liczy się, że coś odpowiedział, co nie? Lepsze to niż kiwanie głową z głupim uśmiechem przyklejonym do ust, kiedy czegoś nie usłyszałeś i tylko modlisz się, żeby nie okazało się to pytaniem, ani czymś smutnym, bo wtopa.
- Wiem – wzruszył ramionami na słowa Liv, zanim zorientował się, że to słowo nie powinno paść z jego ust. - Znaczy... nie. Spierdalaj – burknął w jej stronę. Coraz ciężej przychodziło mu trzeźwe myślenie (no nie wiem, może dlatego, że co jak co, ale słowo „trzeźwy” na pewno nie było takim, którym można by było go w tamtej chwili określić), zlepianie zdań i segregowanie myśli. A kiedy coś przychodzi ciężko, to albo walczy się o to mimo wszystko, albo się poddaje. No cóż, Leo miał średni zapłon i ochotę do walki z własnym organizmem, więc w tym wypadu wybrał łatwiejszą drogę i postanowił po prostu nie myśleć w ogóle, no chyba, że w ważnych i niewątpliwie tej czynności wymagających sytuacjach.
- Tak uważasz? – przechylił głowę, przyglądając się jej przez chwilę. - Może. Co nie zmienia faktu, że i tak suka z ciebie – stwierdził spokojnie. Nie miał zamiaru zaczynać się z nią kłócić, ani wyzywać. Nawet w tamtej chwili nie traktował tego, ja wyzwisko. To było po prostu jego spostrzeżenie, wynikające z obserwacji i doświadczenia życiowego. I miał nadzieję, że Reagan potratuje to tak samo. Chociaż nie, w sumie to nie miał takiej nadziei. Wtedy przecież o niczym nie myślał, nieważne było to, co się dzieje. Kogo to obchodzi? Liczył się tylko on sam. Czy to właśnie tak nie powinno być przez cały czas? W końcu to jego życie, jego decyzje, jego słowa i myśli. Żyje w wolnym kraju, więc dlaczego musi wszystko dwa razy przemyśliwać i wahać się przed każdym ruchem? W tamtej chwili niespodziewanie to wszystko wydało mu się niesamowicie bezsensowne.
To, że kiedykolwiek znajdzie się z Liv na parkiecie było dla niego wyobrażeniem kompletnie abstrakcyjnym, może nawet odrobinę zabawnym. A jeśli już coś takiego miałoby się zdarzyć, to na pewno nie za jego zgodą, a już zupełnie na sto procent nie z jego inicjatywy. Takie myśli gościły w jego głowie praktycznie do teraz, bo oto – niespodzianka! Właśnie kołysał się z nią na parkiecie, kompletnie nie w rytm muzyki, którą ledwo co słyszał, bo wszystkie dźwięki przyćmiewał mu nieustający, głośny szum w głowie.
- Wiele? Chcę tylko z tobą potańczyć – odparł na jej słowa, uśmiechając się pod nosem. Lubił tańczyć i na trzeźwo szło mu to naprawdę dobrze. Po pijaku... odrobinę gorzej z racji tego, że utrzymywanie równowagi niespodziewanie stało się niesamowicie trudnym zadaniem. Co z tego, że nie wiedział do jakiej piosenki tańczy i chyba też jego umysł nie do końca przetworzył informację z kim tańczy. I tak szło mu dobrze. A przynajmniej tak mu się wydawało. 
Musieli wyglądać naprawdę uroczo dla przeciętnej osoby przyglądającej się z boku. Tak, na pewno wyglądali, do czasu, kiedy Leo poczuł, że coś jest nie w porządku. Bardzo nie w porządku. Bardzo bardzo nie w porządku. Niestety, zorientował się, co konkretnie było nie w porządku z chwilą, kiedy wszystko już było przesądzone. Wszystko, czyli w dużej mierze losy sukienki Liv, na którą już w następnej chwili poleciał strumień czegoś... no, czegoś, czym na pewno nikt nie chciał nigdy mieć upapranej sukienki. Tak, po prostu perfidnie puścił pawia i to nawet nie gdzieś na bok, nawet nie próbując dobiec do kibla, czy gdziekolwiek. Zdołał tylko odsunąć się na kilka kroków, co i tak nie uchroniło Reagan przed skąpaniem się chwilę później w rozkosznych, ciepłych wymiocinach. 
Ups. To tyle, jeśli chodzi o mile spędzony wieczór



He used to call me poison
Like I was poison ivy




I could have died right there
‘Cause he was right beside me
Powrót do góry Go down
Myrnin Lewis

avatar
Gracz


Skąd : Royal Tunbridge Wells
Liczba postów : 374
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   23.04.16 23:04

W sumie, takie bieganie po Sali i łapanie piórek nie robiło na nim aż tak wielkiego wrażenia jak na Mai. Ale gdy widział jak dziewczyna się uśmiechała i ganiała za piórkami, cóż, wtedy i jego serce się radowało. Więc sam uśmiechał się jak małe dziecko i zaczął łapać piórka. Może dziwnie to wyglądało, że taki chłopak jak on, bawi się w takie coś. Ale czego się nie robi dla przyjaciółki ? Dla takiej osoby jak Maya, zrobiłby wiele, jak nie wszystko. Co mogło być nawet dziwne, bo jak wiadomo. Myrnin był dość cichy i skryty. A jednak, Maya coś w nim odblokowała.
– Cieszę się, że Ci się podobało. – uśmiechnął się do niej. Jak miało to w swoim zwyczaju. I przejechał ręką po swoich włosach, które były już za długie. Według niego, oczywiście. Cieszył się jej szczęściem, w oczach dziewczyny nie zawsze było widać taki blask. Blask radości. Podobało mu się to. - Tak, czternaście to nawet dobry wynik. Cieszę się, że Ci się podobało. – Uśmiechnął się do niej. Gdy się do niego przytuliła, był w delikatnym szoku. Ale nie pozostał w nim zbyt długo, oddał uścisk. I cieszył się tą chwilą, która i tak trwała za krótko. Mógłby stać tak z nią przez wieczność. Albo i jeszcze dłużej. – Nic nie szkodzi. – Uśmiechnął się do niej z rumieńcami na twarzy, których dostał od nagłego uścisku. – Tak, impreza najprawdopodobnie i tak już się skończyła. Pewnie zaraz wszyscy się będą zbierać. – Uśmiechnął się do siebie, gdy dziewczyna zaczęła go ciągnąc za rękaw. Gdy wyszli już z Sali. Myrnin, złapał ją delikatnie za ręką i zaczął prowadzić do pokoju wspólnego. Miał nadzieje że Maya nie obrazi się na niego za to ze złapał ją za dłoń, dla niego był to nawet przyjacielski chwyt. Choć wywoływał miłe uczucie w brzuchu. Po chwili, byli już w pokoju wspólnym. Na pożegnanie, Myrnin przytulił się do swojej przyjaciółki i życzył jej dobrej nocy. Bo przecież nic innego, nie mógł zrobić. A chciał bardzo wiele, tak wiele że nawet sam się tego bał. Bał się stracić ją i bał się jej nie mieć na własności.
Z/T
Powrót do góry Go down
Sponsored content



PisanieTemat: Re: Wielka Sala   

Powrót do góry Go down
 Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 3 z 5Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5  Next

Erised :: Fabuła :: Hogwart :: Parter-
Skocz do: