Share | 
 
Wielka Sala
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5  Next
AutorWiadomość
Mistrz Gry

avatar
Specjalne

Liczba postów : 1032
PisanieTemat: Wielka Sala   28.09.15 3:20

First topic message reminder :

Wielka Sala
Największa sala w całym zamku zazwyczaj spełnia rolę jadalni. Idealnie sprawdza się jednak też jako sala balowa czy na dowolne, duże wydarzenie, z egzaminami włącznie. Magiczny sufit odzwierciedla aurę z zewnątrz, a tysiące wiszących świec zapewnia przyjemne oświetlenie. Pracownicy Hogwartu starają się, by zawsze była pięknie przystrojona, stosownie do okazji. A kiedy na koniec roku kolorystyka zmienia się tak, by przedstawić barwy domu, który wygrał Puchar Domów, zwycięzcy czują jeszcze większą dumę.
Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Lycoris Reagan

avatar
Gracz


Skąd : Londyn
Liczba postów : 390
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   01.05.16 21:12

Zabawne, że wszystko co dobre szybko się kończyło. O ile oczywiście w tym przypadku można było mówić o dobrych rzeczach, bo Liv zdecydowanie nie traktowała tak spotkania z Leo. Raczej działało to na zasadzie wybrania mniejszego zła, bo nie potrafiłaby przeboleć potańcówki bez tańczenia. Z kimkolwiek. W takich chwilach jak ta, czyli na poziomie największej desperacji, była wstanie posunąć się do rzeczy, które na co dzień wyśmiałaby szyderczo, gdyby tylko ktoś śmiał o nich wspomnieć. Bale i imprezy zawsze rządziły się własnymi prawami, których nawet ona nie łamała. Poza tym mimo wszystko musiała przyznać, że przebywanie ze Slughornem pod wpływem alkoholu, kiedy człowiek ma zupełnie inne spojrzenie na świat, było całkiem znośne. Miłym nazwać nie mogła, ale już sam fakt względnej tolerancji był prawdziwym osiągnięciem z jej strony. Chłopak zdecydowanie powinien to docenić, tym bardziej biorąc pod uwagę uczucie jakim ją darzył. I jak się później miało okazać, faktycznie docenił. Nawet bardziej niż sama Reagan by tego chciała, czym wprawił ją w pewne zakłopotanie! Zanim jednak do tego doszło zdążyli powymieniać się twórczymi jak zawsze uwagami, które zmienione przez procenty brzmiały bardziej jak bezsensowny bełkot. Żadnemu z nich jednak niespecjalnie przeszkadzało uparte dzielenie się własną mądrością, nawet jeśli faktycznie nie kodowali już o czym dokładnie mówią. W tym miejscu oczywiście należy nadmienić, że Liv była trzeźwiejsza od Slughorna, ale w końcu ona była weteranką spożywania alkoholu, a Leo prawdopodobnie niekoniecznie, sądząc po tym, że zataczał się jak, paradoksalnie, pijany. Dosłownie.
- Ha, znowu mówisz później myślisz. Powinieneś popracować nad swoim mózgiem, bo zaczyna ci coraz bardziej szwankować – rzuciła z satysfakcją, którą obwieściła światu za pomocą mało przyjaznego uśmieszku. Kolejny łyk i nowa fala alkoholu znalazła się w jej przełyku miło rozgrzewając ją od środka. Ponownie pojawiła się słaba myśl, iż powinna przestać, ale ostatecznie zbyła to następnym łykiem – I nigdy nie powinieneś ignorować faktu, że właśnie taka jestem, Slughorn. Bo to się nie zmieni, a ignorancja może cię wiele kosztować – nie, wcale nie zabrzmiało to jak groźba. Bo oczywiście dziś wyjątkowo takową nie było, co stanowiło miłą odmianę dla świata.
I tutaj właśnie zaczęła się ta cała akcja z tańczeniem, trzymaniem łap na jej ciele w taki sposób, który dziwnie kojarzył jej się zawsze z zakochanymi parami (bo przecież ona mimo wszystko tańczyła zupełnie w inny sposób, ceniąc sobie własną przestrzeń i intymność) i dawanie się prowadzić chłopakowi po parkiecie niczym jakaś lalka. Którą na chwilę się stała, bo faktycznie była zszokowana i lekko zakłopotana (ale o tym nigdy głośno nie powie), kiedy bujali się w rytm muzyki robiąc przy tym jakieś dziwne piruety.
Mogłaby nawet ostatecznie przyznać, że bawi się całkiem dobrze. Że Leo umie tańczyć i o dziwo nie był typowym sobą, kiedy… okazał się być sobą. W momencie, kiedy robili jeden z tych piruetów, kręcąc się przy tym powoli, żołądek Gryfona nie wytrzymał, a cała jego zawartość poleciała na nią, niczym fontanna tęczy z ryja nagrzanego różowego jednorożca z sierścią tak puchatą, że pozazdrościłby mu tego perski dywan. To otrzeźwiło dziewczynę na tyle, że w jednej chwili zakłopotanie i jakieś tam zadowolenie, zmieniły się w szczerą złość, jakiej doświadczało niewielu. Zniszczył jej sukienkę. Jej kurwa ulubioną sukienkę.
- Ty debilu! – krzyknęła, nie przejmując się innymi osobami na sali. Był to jedyny komentarz jakim go uraczyła i na który zapewne on nie mógł odpowiedzieć, ponieważ z całym impetem na jak było ją w tej chwili stać, wymierzyła mu kopniaka w sam środek krocza, czując przy tym opór jego… każdy wie czego. Mierzyła go jeszcze chwilę nienawistnie, by następnie odwrócić się na pięcie i wyjść z wysoko podniesioną głową z tej pierdolonej potańcówki. Musiała się umyć, koniecznie. I wyrzucić sukienkę, chociaż tą planowała zarzyganą umieścić głęboko w kufrze z rzeczami Slughorna, aby jej smród każdego dnia przypominał mu, że wojna między nimi stała się bardziej zagorzała z jego winy.

z/t
Powrót do góry Go down
Eileen Gray


Gracz


Skąd : Szkocja
Liczba postów : 189
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   21.06.16 12:12

Eileen miała w zwyczaju wstawać o nienormalnie wczesnej dla większości osób porze nawet w weekendy. Miała ku temu oczywiście swoje powody, poza tym tak jej to weszło w nawyk, że nie widziała w tym nic dziwnego. Tak czy inaczej około godziny piątej opuściła swoje dormitorium i niespiesznym krokiem ruszyła w stronę Wielkiej Sali.

Był przyjemny, sobotni poranek, a wysokie czerwcowe temperatury nie dawały sie o tej godzinie we znaki. Eileen bardzo to cieszyło, ponieważ zdecydowanie wolała, by było za chłodno niż za gorąco. Kiedy dotarła na śniadanie z zadowoleniem stwierdziła, że jest sama, a mimo tego jedzenie już podano. Usiadła więc przy środkowej części stołu Krukonów i zaczęła się rozkoszować nieograniczonym wyborem dań. Ci którzy pojawiali się później zastawali solidnie nadszarpnięto liczbą opcji śniadaniowych, dla Eileen jednak uczucie to było obce. Po chwili zastanowienia sięgnęła po jakąś ciekawszą kanapkę, owsiankę i odrobinę owocowej sałatki.

Dziewczyna nigdy nie było typem niejadka. Już dawno zauważyła, że z pełnym żołądkiem łatwiej zapanować nad napływem przykrych obrazów, co oczywiście leżało w jej interesie. Starała się zaczynać każdy dzień od porządnego śniadania, chociaż w przypadku mniej apetycznych nocnych przeżyć nie była w stanie się do tego zmusić. Na całe szczęście dziś wszystko było w porządku, humor jej dopisywał, a blask wschodzącego słońca dodatkowo zwiększał jej apetyt.

Napełniła puchar ciepłym kakao (zawsze bawiło ją zestawienie eleganckiego naczynia tak banalnym napojem), a później zabrała się za posiłek, obserwując pojawiające się w sali pojedyncze osoby i zachwycając się spokojem poranka, który miał zostać zakłócony dopiero za jakieś dwie godzinki, kiedy już dawno miała być w drodze do biblioteki lub inne ustronne miejsce.
Powrót do góry Go down
Mistrz Gry

avatar
Specjalne

Liczba postów : 1032
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   28.07.16 20:43

Zakończenie roku szkolnego
Zanim miała nadejść najcudowniejsza uczta tego roku - a wiadomo, że najcudowniejsza, bo ostatnia przed wakacjami - profesor McGonagall miała do powiedzenia kilka słów. Mając świadomość, że niewiele dotrze do jej uczniów, kiedy są głodni, więc ograniczając ilość informacji do niezbędnego minimum, rozpoczęła przemowę.
- Moi drodzy! Lekcje dobiegły końca, egzaminy za nami, już niedługo dowiecie się, jak wam poszło i czy w przyszłym roku zobaczymy się w takim samym składzie - uśmiechnęła się serdecznie, wiedząc, że się stresują, nawet jeśli historia znała niewiele przypadków, by ktoś nie przeszedł do następnej klasy. - Na razie jednak czas na nagrodzenie najlepszych uczniów. Co roku przyznawany był puchar Quidditcha, teraz jednak odstąpimy od tej tradycji i przydzielimy nagrody indywidualne.
Szybki ruch jej dłoni sprawił, że z podłużnego stolika zniknął przykrywający go materiał, odsłaniając rządek niewielkich pucharów.
- Nagrodę dla najskuteczniejszego ścigającego otrzymuje pan Darren Jules Cole. Puchar dla najbardziej zaangażowanego ścigającego wędruje z kolei do pana Myrnina Lewisa. Z kolei najskuteczniejszym obrońcą okazał się być pan Philemon Briggs, gratuluję! Najskuteczniejszym pałkarzem w tym sezonie był pan Nikolai Lazarov, zaś pałkarzem najbardziej zaangażowanym jedna z dwóch pań wśród naszych najlepszych graczy, czyli panna Reagan. I ostatnia nagrodzona, znajdująca znicz na każdym meczu, w jakim zagrała, najlepsza szukająca - panna Eileen Gray!
Wywołani, kiedy już wyszli na środek, odebrali swoje wyróżnienia. Profesor McGonagall mogła kontynuować.
- Szczegółowe statystyki możecie przejrzeć zaraz po wyjściu z wielkiej sali, bo zostały tam przed chwilą wywieszone. Kolejna nagroda, na którą wszyscy czekają, to Puchar Domów! W tym roku na czwartym miejscu uplasował się Slytherin, zdobywając 105 punktów. Trzecie miejsce zajmuje Hufflepuff, mając 185 punktów. O włos przegrał Gryffindor, prowadzący większą część roku - 268 punktów okazało się nie wystarczyć. To oznacza, że tegoroczny Puchar zdobywa Ravenclaw, mając na koncie 313 punktów! Gratulacje!
Dekoracje w sali zmieniły się na granatowe, a wizerunek dumnego, krukońskiego orła był dopełnieniem hałaśliwej, bezgranicznej radości Krukonów.
- Zanim zaczniemy jeść, przypomnę jeszcze, że jutro Hogwart Express jak co roku zabierze was do domów, a ze wszystkimi chętnymi spotkamy się z powrotem już w sierpniu, na organizowanych przez szkołę wakacjami. Obiecuję, że ci, którzy się na nie zdecydują, nie pożałują. A teraz dosyć tych ogłoszeń, smacznego!
Na stołach pojawiły się ilości jedzenia, których na pewno hogwarccy uczniowie nie przerobią. To jednak nie miało teraz znaczenia. To był ostatni wieczór w zamku. Niczego nie mogło zabraknąć.

Statystyki Quidditcha


Screw this!

I'm going to Hogwarts!


Powrót do góry Go down
Felix Lockwood

avatar
Mod


Skąd : Chelmsford
Liczba postów : 784
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   28.07.16 22:25

Nadszedł moment, na który tak bardzo czekał, tyle że... W tej chwili nie był w stanie się z tego cieszyć. Ostatnie, o czym marzył, to wyjście stąd i skonfrontowanie się ze światem, zamiast siedzenia pod kołdrą z nienawiścią do wszystkiego. Nie znał tego uczucia, tak prawdę mówiąc. Kochał. Przecież nie potrafił nienawidzić. Ale teraz... Był tak skrzywdzony, znowu!, tak wściekły, że było możliwe, że to właśnie była nienawiść. Bo kiedy już prawie, prawie udało mu się pozbierać i jakoś ułożyć wszystko dookoła (może gdyby miał świadomość, co próbował zrobić, to nie byłby taki pewny, że mu się udało, ale wciąż nie pamiętał), kolejny raz dostawał kopniaka o takiej mocy, która nie pozwalała złapać oddechu. Naprawdę zaczął się dusić po przeczytaniu tego listu. Ręce mu się trzęsły i kiedy Pomfrey znalazła go w takim stanie, była przekonana, że po prostu boi się wyjść do ludzi, bo boi się, że jego oprawca jeszcze nie skończył. Dała mu coś na uspokojenie i chociaż przyczyna leżała gdzie indziej, niż jej się wydawało, efekt był odpowiedni. Uspokoił się. Eliksir był silny i w pewnej chwili Felix odkrył, że nie czuje już właściwie nic.
Do czarnego garnituru znowu dołączyła czarna koszula. Krawat czarny nie był, ale ciemny odcień granatu był właściwie nie do rozróżnienia w półmroku. Sytuacja jednak wymagała szkolnego dress codu, więc wsunął ręce w obszerne rękawy szaty, chowając się w niej bezmyślnie. Nie miał ochoty iść na ucztę. Nie chciał jeść. Ani rozmawiać. Wolałby patrzeć w sufit, może nawet do września. Sufity były takie interesujące.
Było jednak zbyt wiele powodów, dla których nie mógł odpuścić, żeby choć wspomnieć o Pomfrey, która obiecała (zagroziła?), że będzie go wypatrywać przy stole czy kolegach z dormitorium, którzy, przekonani, że jego nastrój wynika z ostatnich wydarzeń, z troską pomogli mu dotrzeć do sali. I to właśnie dlatego był teraz tam, gdzie był.
Przemówienia McGonagall wysłuchał bez wzruszenia - na dumę z przyjaciół jeszcze przyjdzie czas. Zresztą niezbyt wiele do niego docierało. Otumaniony przez eliksir chciał po prostu zniknąć. Było jednak coś, co odrobinę zmieniło plany. Kiedy ogólna radość nieco przygasła, podchwycił spojrzenie pewnego Krukona. Nie zastanawiając się nad tym, co robi, wstał od stołu i poszedł w jego stronę. Nie sądził, że potrzebuje komuś powiedzieć o tym liście, ale teraz do niego dotarło, że może Abbey powinien wiedzieć. W jakimś sensie to dotyczyło też jego.
Wślizgnął się na ławkę koło chłopaka, nie myśląc o tym, że to miłe, że inni bez problemu zrobili mu miejsce. W końcu jaką różnicę robiła teraz czyjaś uprzejmość? Wbił spojrzenie w puchar z piciem Abbeya. Sok dyniowy, prawdopodobnie. Albo i nie. Sięgnął po niego i upił nieco. Potrzebował przepłukać gardło, żeby w ogóle móc coś powiedzieć.
- Serpens się odezwał - mruknął cicho, nie mając pewności, czy Abbey go usłyszał. Właściwie bardziej mówił do pucharu, niż do chłopaka. Puchar mógł zrozumieć. A właściwie mógłby, gdyby było w nim coś zgoła innego, niż sok dyniowy. Felix nie myślał o tym od odzyskania przytomności, ale teraz wyraźnie poczuł, że chyba potrzebuje się napić.


do i know what i'm doing?
Powrót do góry Go down
Abbey Campbell

avatar
Gracz


Skąd : Plymouth, Anglia
Liczba postów : 200
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   28.07.16 23:03

Abbey źle się czuł przez ostatnie dni; nie spał, właściwie nie jadł i tylko snuł się jak cień od jednej sali egzaminacyjnej do drugiej. Wziął na siebie za dużo. Egzaminy w nadprogramowej ilości, niepokojąca sytuacja zdrowotna ukochanej Dorothy i chora relacja, jaką na przestrzeni ostatnich sześciu miesięcy nawiązał z Felixem ostatecznie uczyniły go wrakiem człowieka. Pochudł jeszcze bardziej, oczy miał podkrążone, cerę szarawą, a kiedy siedział z reguły chował głowę w dłoniach, męcząc się z zawrotami głowy. Sam już nie był pewien ich przyczyny, możliwości było zbyt wiele. Nie ma się co więc dziwić, że mało co cieszyło go tak, jak to, że uczestnictwo w uczcie pożegnalnej było już jego ostatnim zobowiązaniem przed powrotem do domu. Potrzebował samotności w każdym możliwym tego słowa znaczeniu.
Na uczcie zjawił się o czasie, zajmując swoje standardowe miejsce przy stole, raczej z tyłu. Nie przygotował się, ubrał jedynie szarą, za dużą koszulkę i wąskie spodnie, a całość swych starań przykrył szatą, którą siedząc otulał się trochę jak kocem. Nie miał też makijażu, przez co wyglądał na bardziej chorego niż zwykle.
Nie wiwatował z resztą swojego domu, choć nie mógł ukryć uśmiechu spowodowanego sporą przewagą, jaka dzieliła ich od czwartych w rankingu Ślizgonów. Tu było mu szkoda tylko Wioletki, ale niejednokrotnie powtarzał dziewczynie, że powinna wnieść do dyrekcji jakieś pismo o przeniesienie do Ravenclawu, jakby naprawdę wierzył, że to ma jakikolwiek sens. Mimo wszystko lubił wygrywać, puchar domu dał więc mu jakąś satysfakcję.
Uczta się zaczęła i nikt nie zwracał na niego specjalnej uwagi. Nigdzie nie widział Gabriela, Rose zaś znajdowała się od niego na tyle daleko, że niespecjalnie go to niepokoiło. Westchnął męczeńsko, odsunął talerz, przekonany, że absolutnie niczego nie tknie, a potem nalał sobie dyniowego soku i zmoczył w nim usta.
Felix pojawił się, gdy odłożył pucharek na swoje miejsce. Abbey nie był pewien czy chce go widzieć. Nie spodobało mu się to, że Gryfon bez pytania dotknął czegoś należącego do niego, więc zaraz, nieco z obrażoną manierą, podsunął mu naczynie pod nos, tym samym sygnalizując, że może je sobie już wziąć. ...I tak zmuszał się do przyjmowania jakichkolwiek płynów.
- A Ty wciąż o nim... - Tu przewrócił oczami, wbijając wzrok w jakąś uczennicę z Hufflepuffu, która siedziała nieopodal. - Pisał do Ciebie, nie do mnie, więc to nie moja sprawa. - Przypomniał mu, raczej pół-szeptem, wciąż unikając spojrzenia. Był zawzięty. Pamiętał czego dotyczyła ich ostatnia rozmowa i zamierzał trzymać się swojego postanowienia. Nie potrzebował bardziej skomplikowanego życia i kolejnych wyniszczających go od środka emocji.
Powrót do góry Go down
Felix Lockwood

avatar
Mod


Skąd : Chelmsford
Liczba postów : 784
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   28.07.16 23:29

Nie zwracał uwagi na to, jak chłodno zachowuje się Abbey ani na to, że może rzeczywiście nie powinien był brać jego pucharu. Zwłaszcza bez pytania. Może gdyby był w stanie skoncentrować się jakoś mocniej na teraźniejszości, uznałby, że po zebraniu wszystkiego razem, to picie z jednego pucharu jest pewnie najbliższą pocałunkowi rzeczą, na jaką teraz mógł liczyć. Ale teraz żadne pocałunki nie miały znaczenia. Nie chodziło o dotyk, nie chodziło o żadną bliskość. O zrozumienie, już prędzej. Choć może nawet nie. Może o nic nie chodziło.
W jakimś sensie cudownie było nie myśleć. Albo myśleć, ale nie czuć. Bo w sumie kiedy już tak tu siedział, przypomniały mu się te ich ostatnie listy, zwłaszcza ten, w którym Abbey go zapewnia, że się w nim nie zakocha. To były tylko słowa, nie miały znaczenia - to nie było coś, co któryś z nich mógł kontrolować, a nawet jeśli, to nie zabraniało mu mieć w głowie własnego scenariusza. Tylko chyba jednak by wolał, żeby Abbey może bardziej entuzjastycznie zareagował na jego widok. W końcu nie widzieli się od randki, ale przede wszystkim to pierwszy raz od wypadku, kiedy Felix pojawił się legalnie poza szpitalem. To chyba było dobre. Nie było potrzeby traktowania go chłodno. Chyba że była. Też dobrze.
Spojrzał na niego uważnie. Od myśli o ich listach i randce dość płynnie przeszedł do wspomnień o Serpensie. Pierwszy raz nie miały w sobie żadnego ładunku emocjonalnego. Były ruchomymi obrazkami, ale poruszały go równie mocno, co program telewizyjny oglądany u ciotki, czyli raczej wcale. Jeśli to nie był dobry moment, żeby nabrać dystansu, to chyba nie było go wcale. Tylko dobrze, jakby ten dystans pozostał jeszcze nawet po ustaniu działania eliksiru.
- Obserwowałeś go. Bardzo dużo. Obserwowałeś go więcej niż mnie. Dlaczego mi do tej pory nie powiedziałeś, że mnie zdradzał? Albo z kim, choć nie mam pewności, czy chcę wiedzieć - rzucił tak swobodnie, jakby rozmawiał o egzaminach. Z tej paniki, w którą wpadł po przeczytaniu wiadomości, nie zostało już nic. Był pusty w środku i bardzo mu się to podobało. Może alkohol był bez sensu. Może trzeba było po prostu łykać regularnie odpowiednią dawkę szpitalnych eliksirów. Świat bez emocji wydawał się być lepszy. A już na pewno bardziej spokojny.


do i know what i'm doing?
Powrót do góry Go down
Abbey Campbell

avatar
Gracz


Skąd : Plymouth, Anglia
Liczba postów : 200
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   29.07.16 0:01

Nie miał ochoty na rozmowę, o czym zresztą mówiła jego niemrawa mina, zanim jeszcze schował twarz w dłoniach i westchnął. Nawet nie próbował udawać, że towarzystwo Felixa w dziwny sposób go męczy. Chciał się od tego uwolnić. MUSIAŁ o nim myśleć, kiedy ten kretyn siedział tak blisko; czuł wówczas jego zapach. Przez te kilka dni skutecznie nauczył się skupiać myśli na wszystkim, tylko nie na tym, co mogłoby odciągnąć go od egzaminów. Unikał wszystkich zbyt bardzo powiązanych z emocjami zakamarków swojej głowy, ale przy bezpośrednim kontakcie nawet wypracowane taktyki nie przynosiły oczekiwanego rezultatu.
Wyprostował się, łokcie oparł o stół i przeniósł ciemne, smutne oczy na Lockwooda. Był dziwnie nieugięty, jakby faktycznie mu zależało i to ostatecznie przekonało Krukona. Chciał rozmawiać? ...Świetnie. Więc będą rozmawiać. Roztarł swędzący policzek, nim podjął temat.
Słowo "obserwowałeś" trochę go rozśmieszyło, ale pokazały to zaledwie jego oczy. Tak, robił to. Z bliska i więcej niż raz.
- Nic mnie z Tobą nie łączyło. - Tu wzruszył ramionami, jak miał w zwyczaju. - Może i mógłbym, faktycznie, Ci powiedzieć, ale nie sądzę, bym to ja był do tego upoważniony. Nie byliśmy i nie jesteśmy przyjaciółmi, nigdy też zresztą nimi nie będziemy. Twoje cierpienie mnie nie obchodziło ani mi nie przeszkadzało, póki ja miałem swoją namiastkę szczęścia. - Tu umilkł na moment, uśmiechając się kącikiem wargi, bez przekonania, raczej ironicznie. Nie był pewien jak daleko chce się z tym wyznaniem posunąć, ale, po krótkiej chwili ciszy, egoizm jednak zwyciężył. Uznał, że jeśli w końcu powie Felixowi prawdę - ten zostawi go w spokoju i dzięki temu w końcu przestanie żyć w strachu przed tym, że za bardzo się do siebie zbliżą. A jego uczucia...? Cóż, poradzi sobie, przeżył nie jeden zawód. Abbey by sobie nie poradził, gdyby musiał kochać i musiał się bronić. Oblizał spierzchnięte wargi i ponownie podjął temat, już nawet nie zniżając głosu. Rozmowy dookoła nich i tak trwały w najlepsze, nikt nawet się im nie przyglądał. - Ja nie potrzebowałem wyłączności, nie przeszkadzał mi więc taki układ. Ja więc, Lockwood, mogłem wiedzieć o Tobie, ale bez wzajemności. Jeśli jeszcze nie rozumiesz; tak, kurwa, Serpens zdradzał Cię ze mną.
Powrót do góry Go down
Felix Lockwood

avatar
Mod


Skąd : Chelmsford
Liczba postów : 784
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   29.07.16 0:36

To nie była kwestia nieugiętości, raczej... Cóż, może i była. Może po prostu chciał wszystko uporządkować, zrozumieć i zamknąć. Szkoda, że nie miał pojęcia, że pytając o Serpensa, dopytując o szczegóły, nie tylko niczego nie rozwiąże, ale jeszcze bardziej wszystko poplącze. Czasem niewiedza była błogosławieństwem, choć on w sumie nigdy w to nie wierzył. Dla niego zawsze najwyższą wartością była prawda i może dlatego wszystko się zawsze musiało posypać. Bo prawda czasem jest zbyt trudna i poradzenie sobie z nią może wymagać zbyt wiele siły. Nie wszyscy ją mieli. I istniało ryzyko, że on w tej chwili nie. Choć jednocześnie może brak emocji mógł być tu naprawdę pomocny. Może mógł być tą siłą, jakiej teraz potrzebował.
- Teraz cię łączy, obiecałeś mi szczerość - odparł, jakby to była najbardziej oczywista rzecz pod słońcem. Nie obchodziły go te teksty o przyjaźni, bo i przecież nigdy mu o przyjaźń nie chodziło, więc co za różnica? Nie mieli się przyjaźnić. Ale obiecali sobie szczerość. Szczerość była ważna. Obietnice były ważne. Tylko tyle albo i aż tyle.
Dalsza część wyznania jakoś mu nie pasowała. Nie wierzył w to. To znaczy był w stanie uwierzyć, że Serpens go zdradzał, nawet że zdradzał go właśnie z Abbeyem, ale to jeszcze nie wystarczyło, żeby ta historia miała sens. Lekkie kłucie w klatce piersiowej przypomniało mu, że nawet jeśli jego mózg nie interpretował uczuć, to jego ciało wciąż produkowano substancje za nie odpowiedzialne. A to potrafiło fizycznie boleć. Zaczął pukać opuszkami palców o blat stołu, szukając koncentracji w miarowym stukaniu. Przygryzł wargę, błądząc wzrokiem. Wystarczyło jednak, że przypomniał sobie pierwsze listy, jakie dostał od Abbeya. Wbił w niego zdeterminowane spojrzenie.
- To nie tak - stwierdził, jakby tłumaczył mu jakiś drobny błąd w rozumowaniu. Zresztą chyba tak właśnie to odbierał. Abbey mówił o faktach i wtedy mówił dobrze, ale mówił też o swoich odczuciach, a wtedy Felix żywił przekonanie, że tym razem się myli. Jakby miał jakąkolwiek wiedzę na ten temat. Ale może teraz nie była mu potrzebna.
- Byłeś zazdrosny, oczywiście, że ci to przeszkadzało - zaczął niemal tryumfalnie, przypominając sobie dokładnie to, co chłopak pisał w początkowych listach. - A poza tym to trochę smutne, że najwyraźniej nie potrafiłeś go tak dotknąć, jak ja to robiłem, choć przecież to ja z nas dwóch nie mam doświadczenia - wzruszył ramionami. Wspomnienia trochę zaczynały się teraz zlewać. Spotkania z Serpensem, listy z Abbeyem... Trochę zaczęło kręcić mu się w głowie. - Więc odszedł przez ciebie. Gratuluję - pokiwał głową, chcąc się nawet uśmiechnąć, ale to było ponad jego siły. A potem sięgnął po dzbanek z wodą, nalał do pustego już pucharu, nawet dobrze się przyjrzał, czy nalał odpowiednią ilość wody. Wreszcie szybkim ruchem podniósł puchar i wylał zawartość na chłopaka. Nawet nie byłby w stanie teraz wyjaśnić, czemu to zrobił. I może powinien teraz wstać i stąd odejść, ale wcale nie zamierzał.


do i know what i'm doing?
Powrót do góry Go down
Abbey Campbell

avatar
Gracz


Skąd : Plymouth, Anglia
Liczba postów : 200
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   29.07.16 0:56

- Zazdrosny...? Nie wiem, może. Ale pisząc do Ciebie byłem... przede wszystkim zły bo, to jednak, z tym, że oszukiwał Ciebie czuł się na tyle źle, żeby się stąd wyrwać i nigdy nie wrócić. Poniekąd go rozumiem; masz serce ze szkła i nosisz je w rękach. Łatwo je strzaskać. - Uśmiechnął się znów, tak samo niemrawo i bez jakichkolwiek pozytywnych odczuć, nawet nie patrząc już w jego stronę. Zmuszał się do tej całej mimiki, w jakiś sposób pomagało mu to zostać spokojnym. Zdawał sobie sprawę, że ta sytuacja, nawet mimo silnych środków przeciwbólowych, którymi z pewnością nafaszerowała go Pani Pomfrey nim pozwoliła mu na udział w uczcie, na pewno dotknęła Felixa. Przypuszczenia Campbella zostały szybko potwiedzone. Słowa, które wypowiadał Gryfon szybko stały się czymś w rodzaju ataku, mającym na celu uderzyć w jego najczulsze punkty. Cóż, chyba poczuł smutek, ale nie zdążył się nad tym dobrze zastanowić (...Czy faktycznie nie wystarczałem Serpensowi?), a już został oblany zimną wodą. Nie wiedział nawet jak powinien się w tej sytuacji zachować. Normalnie prawdopodobnie po prostu by go uderzył czy oddałby tym samym, a potem odegrał się w jakiś kurewsko podły sposób w najbliższej przyszłości, tak, jak to zrobił z egzaminem Rose, ale teraz miał jakieś dziwne przeczucie, że mu się należało, więc nie zrobił z tym nic.
Nie, właściwie zrobił. Zrobił coś, czego sam się po sobie nie spodziewał. Dość pokornie starł z czoła wodę rękawem z szaty i unikając ciekawskich spojrzeń innych Krukonów zamknął oczy i oparł głowę na ramieniu Felixa. Trząsł się lekko, już wcześniej marzł, nawet mimo ognia rozpalonego w kominkach, a to, że miał mokre ciuchy tylko pogorszyło sprawę. ...Ale nie myślał teraz o tym. Nie myślał właściwie o niczym i chyba nic już nie chciał mówić. Miał wrażenie, że wszystko się skończyło, ale nie był pewien czy to dobra wiadomość, nawet, jeśli zwiastowała spokój, którego oboje teraz potrzebowali.
Powrót do góry Go down
Felix Lockwood

avatar
Mod


Skąd : Chelmsford
Liczba postów : 784
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   29.07.16 1:28

- Może to tylko przypomina szkło, ale jest twardsze, niż myślisz? - zapytał, ale niespecjalnie oczekiwał odpowiedzi. Wiele razy już słyszał, że jest ze szkła, tak też był traktowany, ale wydawało mu się, że gdyby to była prawda, to rzeczywiście dawno by się roztrzaskał. A przecież trzymał się naprawdę nieźle. Może lepiej, kiedy był czymś odurzony, ale wiadomo, że jakoś trzeba było sobie radzić, a na niego akurat działało to. A może zwyczajnie to szkło było w tej chwili bardzo mocno zahartowane.
Oczywiście, że to wszystko go dotknęło, choć pewnie odczuje to dopiero później. Po uczcie, może rano. Niewykluczone, że jutro w pociągu zamknie się w najciemniejszym miejscu samego siebie i będzie przeżywał to wszystko tak, jak powinno być przeżyte. Ale przecież niekoniecznie. Gdyby wystarczyło przejść nad tym porządku dziennego teraz, po eliksirach, żeby potem już tego nie było, to właśnie tak by zrobił. A spróbować nie zaszkodzi. Nikt od tego nie ucierpi. Chyba.
Nie spodziewał się, że Abbey do niego przylgnie, ale też to nie jest tak, że spodziewał się czegoś konkretnego. Prawdopodobnie dzięki temu też się nie dziwił, zakładając odgórnie, że każda reakcja będzie dobra. Naciągnął mankiet szaty na dłoń, żeby lekko, wręcz czule, zetrzeć z czoła Krukona pominięte przez niego samego krople. Wyciągnął w jego stronę otwartą dłoń. Nie nalegał, żeby Abbey ją złapał. Nie namawiał na splecenie ich palców. To był tylko jeden ze scenariuszy - i to, że właśnie siedział mu w głowie, nie miało znaczenia. Z taką wyciągniętą ręką można wiele zdziałać. Może Abbey znajdzie sposób, który uszczęśliwi go najbardziej. Najlepiej taki, który uwzględni potrzeby ich obu. Jakkolwiek spodziewanie się czegoś takiego po jednym geście związanym z ręką było niemądre - ale przecież Felix niczego się nie spodziewał. Chciał tylko go dotknąć, tak trochę.
- Chcesz stąd pójść? - spytał, mając świadomość, że tu i teraz trzęsącego się chłopaka nijak nie ogrzeje.


do i know what i'm doing?
Powrót do góry Go down
Abbey Campbell

avatar
Gracz


Skąd : Plymouth, Anglia
Liczba postów : 200
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   29.07.16 11:02

Abbey podniósł się po chwili, leniwie przeczesując chudymi palcami mokre włosy. Cóż, Gryfon miał szczęście, że postanowił wyglądać dziś beznadziejnie, w przeciwnym razie takie wybryki z pewnością nie uszłyby mu na sucho (dosłownie). Już nic nie wskazywało na to, że chwilę temu byli ze sobą bliżej niż zwykle. Zastanowił się chwilę, w milczeniu.
- Chcę. - Powiedział, nerwowo rozglądając się po sali. - ...Ale jeszcze nie teraz. - Dodał zaraz i podsunął Gryfonowi swój talerz, zupełnie zresztą czysty. - Najpierw coś zjedz. - Poprosił i uśmiechnął się w swój typowy sposób, ale bez przekonania. Mimo wszystko był jednak stanowczy. Całe to polecenie rokowało dość zabawnie w ustach kogoś takiego jak Abbey; przesadnie szczupłego i właściwie nigdy nie decydującego się na posiłki wtedy, kiedy ktoś go obserwował, ale dość często rzucał takie właśnie hasła ludziom na którym mu zależało. Potrafił zadbać w tej kwestii o wszystkich, tylko nie o siebie, mimo, że stół uginał się od różnorodnych potraw. Uczty końcowe i powitalne były pod tym względem naprawdę wyjątkowe. Jedzenie w Hogwarcie zawsze było znakomite, prawda, ale w odświętne dni skrzaty w kuchni pracowały prawdopodobnie o wiele intensywniej niż zwykle. Nie brakowało właściwie żadnej potrawy z której słynęła angielska kuchnia. Bez problemu można było doszukiwać się też dań typowo szkockich, walijskich czy francuskich. - Widziałem, że jeszcze nic sobie nie nałożyłeś.
Powrót do góry Go down
Felix Lockwood

avatar
Mod


Skąd : Chelmsford
Liczba postów : 784
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   29.07.16 13:46

Kiedy Abbey się odsunął, Felixowi zrobiło się nieprzyjemnie chłodno w miejscu, gdzie przez ostatnią chwilę opierała się jego głowa. Nie mógł mieć pretensji, nawet nie było mu specjalnie przykro - po prostu zrobiło się zimno. A to było nieprzyjemne. Łaskotanie blond włosów na szyi było o wiele przyjemniejsze.
Nie do końca czuł absurd sytuacji, w której to ten niemal wychudzony Krukon mówił mu, że ma jeść. Ogólnie rozumiał ideę jedzenia, zwykle nawet był jej całkiem przychylny, ale teraz jakoś nie odczuwał potrzeby. To oznaczało, że potrzebował kompromisu między poleceniem jedzenia a chęcią wyjścia. Bo skoro Abbey zgodził się wyjść, to obaj tego chcieli, to można było znaleźć złoty środek.
Przysunął sobie talerz i przyjrzał się uważnie wszystkiemu, co leżało na stole. Istotnie, było tego naprawdę dużo, aż ciężko było dokonać wyboru. Jemu tym trudniej, że wszystko zdawało się pachnieć tak samo, a jak pachnieć, to i smakować i w zestawieniu z kompletnym brakiem głodu nic nie wyglądało atrakcyjnie. Dlatego nałożył na talerz trochę najbliższej potrawy, jaka koło niego stała, nie zastanawiając się nawet nad jej nazwą, dorzucił dwa paszteciki dyniowe i spojrzał na swoje dzieło. Satysfakcjonujące. Kompromis.
Zbliżył się nieco do chłopaka, żeby móc wyszeptać mu prosto do ucha:
- No chodź. - Stanowczo, bo w tej chwili już nie przyjmował odmowy, ale z uśmiechem, bo bycie tak blisko było miłe.
Wstał i wziął talerz. Skoro jedzenie było ważne, to pójdzie z nimi. Nie patrzył, czy Abbey idzie za nim. Chciał, żeby poszedł, w końcu inaczej by o tym nie mówił, ale to była jego decyzja. Może wolał zostać. Może już nie chciał spędzać razem czasu. Może... W sumie opcji było dużo. Felix chciał z nim posiedzieć w spokoju. Gdzieś poza tłumem ludzi, z dala od spojrzenia Rosie, w ciszy. Może bliżej. A może wcale nie.
Początkowo chciał iść na błonia. Dotarł nawet do drzwi i już miał łapać za klamkę, kiedy stwierdził, że może to nie jest najlepszy pomysł. Abbey w końcu był przemoczony i zmarznięty. Powinni zostać w zamku, tak będzie rozsądnie. Dlatego ruszył w stronę schodów i zaczął się na nie wdrapywać. Na różnych piętrach były różne pokoje, ale jemu z jakiegoś powodu uwidziała się wieża. Południowa, bo dlaczego nie. Dawno go tam nie było. I nie da się ukryć, że znajdzie tam spokój i ciszę. Wystarczyło tam tylko dotrzeć. Miał nadzieję, że Abbey naprawdę idzie zaraz za nim. Trochę jednak bał się to sprawdzać.

zt x2


do i know what i'm doing?
Powrót do góry Go down
Philemon Briggs

avatar
Gracz


Skąd : Calgary, Kanada
Liczba postów : 236
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   29.07.16 14:15

W sumie to Philemon nie chciał się żegnać ze wszystkimi tymi bułami, które poznał i normalnymi parapetami, których jeszcze nie poznał, w końcu szkoła taka ogromna. Jednakże to był przykry dzień, bo Alexander Lloyd, jego wierny druh i najlepszy przyjaciel odchodził, znaczy nie odchodził, odchodził, a wychodził ze szkoły, to był jego ostatni rok i serce Philemona po prostu płakało. Z kim on teraz będzie grał w tą wspaniałą, wymyśloną przez nich grę? Nikt inny nie potrafił go łapać, jak książę z bajki, dobra to trochę przesada, bo Lloyd nigdy go nie łapał, jak ten zlatywał z drzewa, czy też miotły, ale liczą się chęci, a Briggs był przekonany, że jego przyjaciel je posiada. Przez chwilę nawet się zastanawiał, czy by nie pójść do dyrekcji i nie podrobić dokumentów chłopaka, bo w końcu on musi z nim zostać w szkole! Zasmucony, a za razem uszczęśliwiony towarzystwem przyjaciela, z którym wszedł do Wielkiej Sali, rzucił swój pomysł na głos - Alex? A gdyby tak podrobić Twoje dokumenty? Albo chociaż wyniki? - zaproponował, chociaż znając ambicje swojego przyjaciela, jedyne na co mógł liczyć to przyjazna pięść wycelowana w jego ramię, o ile Lloyd nie uzna tego za obrazę majestatu, ale przecież się przyjaźnili, więc jakiekolwiek obrazy nie wchodziły w grę!
Uspokajając się nieco na mowę dyrektorki Briggs nieco się zdziwił, bo przecież halo, halo, to będą jakieś nagrody? Będąc pierwszy raz na zakończeniu roku w Hogwad'cie, Philemon nie znał tradycji szkoły i patrzył się niemal z rozdziawioną buzią w stronę podium. Nagle profesor McGonagall zaczęła wyczytywać nagrody indywidualne i kiedy tylko doszło do najbardziej zaangażowanego ścigającego, Philemon spojrzał się w kierunku Myrnina, bo już skoro chłopaczyna nie zgarnął pucharu dla najlepszego ścigającego, to za zaangażowanie musiało polecieć coś dla niego! Jednakże największym szokiem był fakt, że on sam również został uhonorowany. Z oczami większymi niż dwa funty patrzył się w kierunku dyrektorki i dopiero Alex, który go mocno szturchnął i niemal wyrzucił z ławki w stronę nauczycieli, wybudził go z tego snu, bo to był sen, prawda? Odbierając nagrodę i stojąc obok Myrnina uśmiechnął się szeroko. - Patrz ile dziewczyn się na nas patrzy, stary jesteśmy najlepszymi samcami alfa! - mruknął do niego, choć ostatnie cztery słowa zostały wypowiedziane wręcz piskliwymi tonami, taki był zadowolony!
Wracając do miejsca przy Alexandrze puścił oczko kilu dziewczynom, które o dziwo teraz się na niego patrzyły z podziwem, a nie obrzydzeniem, jak zawsze kiedy był pobrudzony ziemią. Objął kumpla i postawił przed nimi swój puchar. - Stary... Teraz to ja mogę Cię uczyć wyrywać. - stwierdził śmiało i klepnął go w plecy, tak po męsko-kumpelsku, szczerze się przy tym śmiejąc. Naturalnie nie zapomniał pogratulować Eileen zwykłym zasalutowaniem i kolejnym puszczonym oczkiem, oj będzie co oblewać! Chyba pierwszy raz od niepamiętnych czasów Briggs myślał o czymś innym niż o swoich domowych grządkach. Po prostu cieszył się chwilą, którą mógł spędzić z najlepszymi przyjaciółmi, których poznał właśnie w tym roku! Na dopełnienie tego szampańskiego dnia było ogłoszenie, że ich dom wygrywa puchar. Lemon kompletnie nie miał pojęcia co to oznacza, ale, jak reszta Krukonów dołączył się do wspólnego wycia do księżyca i krzyków tryumfu. Przynajmniej Alexander będzie pamiętał, że w jego ostatnim roku wygrali życie i całą resztę.
- Wiesz co to znacz? CZY TY WIESZ CO TO ZNACZY? - powtórzył głośniej, chcąc, żeby przyjaciel go usłyszał, bo tak to mógł co najmniej odczytać jego pytanie z ruchu warg. - MUSIMY TO UCZCIĆ! - rozradował się jeszcze bardziej, kompletnie zapominając o pucharze i odstawiając go na bok, później będzie nim cieszył oczy, teraz musiał się skupić na spędzeniu czasu z przyjacielem, którego będzie musiał niedługo pożegnać. Jednakże przyjaciel, przyjacielem, a jedzenie, jedzeniem, trzeba było się przecież najeść, coby naprawdę uczcić te zwycięstwa! Nałożył sobie kurczaka i bez żadnych oporów zaczął go wcinać, nawet nie przejmując się zbytnio, że wsadził rękaw do talerza Alexandra, kiedy sięgał po coś dla siebie.
Powrót do góry Go down
Arthur Henry I Burke

avatar
Gracz


Skąd : Norfolk; Wielka Brytania
Liczba postów : 72
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   30.07.16 0:37

Nie miał ochoty po raz kolejny przechodzić przez to samo, choć już przez długi czas nie widział fanfarów, kiedy jakiś dom wygrał Puchar, w końcu to już trzy lata, jeśli nawet nie cztery! Przekonany, że jego dom wzniesie się na wyżyny przeszedł obok tablicy z aktualnymi wynikami i niemal zawrócił na miejscu. Byli ostatni. To źle brzmiało, a co dopiero wyglądało... Dodatkowo uczniowski szmatławiec z ploteczkami, który przeczytał kilka dni temu był wystarczającym ciosem w policzek. Chłopak nie miał zamiaru pozwalać się tak traktować przez jakiegoś cholernego szefa uczniowskiego szmatławca, dlatego postanowił się do niego dostać, choć czy nie będzie zbyt podejrzanym próba przekupstwa takiego osobnika? Burke przez ostatnie kilka dni gorączkowo myślał nad tym, jak ułagodzić te kilka zdań, w końcu jak wróci do posiadłości i dziadek wejdzie do jego głowy, nie będzie tak łatwo, jakby się mogło zdawać.
Dumnym krokiem wszedł do sali i zajął miejsce przy paru chłopakach z ostatniej klasy, których w miarę dobrze kojarzył i którzy naturalnie nie wierzyli plotkom. Jeszcze nie zauważył Nikolaia, dlatego w razie czego zostawił obok siebie trochę miejsca. Patrzył ze średnim zainteresowaniem na odbywające się widowisko, czyli tradycyjne powitanie i rozdanie nagród, choć kiedy jego znajomy wyszedł po nagrodę, Burke zaklaskał kilka razy, a potem nawet pogratulował mu lekkim skinieniem głowy i uśmiechem, który wymusił na kącikach ust.
Niestety następne informacje nie były tak pocieszające, dlatego kiedy tylko pojawiło się jedzenie i wrzawa jeszcze nie ucichła, zebrał się i kiwnął głową w stronę swoich jakże dobrze urodzonych kolegów, na pożegnanie. Poprawił szatę, żeby żaden kurz nie zasiadł na jego ramieniu i wstał, nawet nie rozglądając się dookoła, a tym bardziej nie na Gryffonów, którzy pewnie chełpili się ze swojej wygranej nad ich domem, chociaż dla Burke'ya wciąż byli kompletnymi zerami, jak średnia czystości krwi w ich domu. Z wysoko uniesioną głową, jak przystało na szlachcica wyszedł z Wielkiej Sali, kierując się w stronę Lochów. Nie miał nawet ochoty słuchać, jak wszyscy szepczą o tym, czy to ten Burke romansował z Reagan, dlatego zaszczycił swoim spojrzeniem dosłownie nikogo, do czasu, aż nie wyszedł. Słysząc gwar w Wielkiej Sali i nie widząc nikogo przed sobą, zgarbił się lekko i wypuścił powietrze, wściekły na siebie, bo przecież dziadek dowie się o wszystkim dosłownie o wszystkim! Ta głupia dziewucha, to wszystko było jej winą! Poszedł w stronę swojego pokoju w lochach.

//zt.
Powrót do góry Go down
Lycoris Reagan

avatar
Gracz


Skąd : Londyn
Liczba postów : 390
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   30.07.16 13:09

Zakończenie roku wiązało się z tak wieloma rzeczami, że ostatecznie Liv nie wiedziała, czy powinna się cieszyć, czy ostatecznie nie. Niby skończyły się egzaminy, niby nie będzie musiała przez niemal dwa miesiące chodzić na lekcje, wcześnie wstawać, uczyć się, użerać z typami, których nie lubiła. Jednak z drugiej koniec roku związany był z zaprzestaniem gry w Quidditcha, ze świadomością, że został jej tylko jeden rok w szkole, że się starzeje, że nie będzie mogła wychodzić z przyjaciółmi, z których większość wyjeżdżała. Mieszane uczucia potęgowały się w niej z każdym krokiem, który kierowała ku Wielkiej Sali, gdzie odbywała się cała uroczystość.
Rozglądała się na boki szukając kogoś znajomego, do kogo mogłaby dołączyć. Gdzie jest Elizabeth? Czyżby urządziła sobie schadzkę z tym Krukonem, za którym zdawała się uganiać? A gdzie był Upsilon, z którą ostatnimi czasy Livce tak dobrze się rozmawiało? No nic, wyszło ostatecznie na to, że każdy poszedł gdzieś w siną dal, więc Gryfonka usiadła przy stole Gryfonów, oczekując pasjonującego przemówienia, którym z pewnością uraczy ich dyrektorka. Liv nie nawykła słuchać wywodów, jednak tym razem uznała, że skupienie jest ważne, bo co, jeśli padnie kilka faktycznie ważnych informacji, jak na przykład kolejność w rankingu domów? Musiała wiedzieć, komu ostatecznie ma dopiec, bo pewność, że Gryfoni nie będą na ostatnim miejscu, była ogromna. Podparła głowę dłonią wpatrując się w stół nauczycielski. Chwilę później McGonagall zaczęła pokaźny monolog. Przez pierwszą część dziewczyna odpłynęła gdzieś myślami, a do rzeczywistości wróciła dopiero, kiedy przyszło do przyznawania indywidualnych nagród za Quidditcha. Zaraz co? Od kiedy coś takiego miało miejsce? Nie to, aby narzekała, bo inicjatywa całkiem spoko, ale no… nadal nie mogła się nadziwić. Jednak wszelkie wątpliwości odeszły, kiedy okazało się, że ona też dostała. Najbardziej zaangażowany gracz. Ha! Rzuciła Darrenowi dumne spojrzenie. Oczywiście, że się cieszyła. Cieszyła się bardzo, a jej ego na chwilę wzrosło. Bo czemu nie skoro udało jej się osiągnąć coś takiego? Plus na całe szczęście dyrektorka zwróciła się do niej jedynie po nazwisku, co cieszyło ją podwójnie. Kto wie, może uda jej się zachować tajemnicę do skończenia szkoły, a później już nie będzie musiała się obawiać, bo już zawsze będzie Liv?
Rozważania przerwała dalsza część wypowiedzi nauczycielki. Punktacja. Ślizgoni ostatni. Wygrali Krukoni. Oczywiście najważniejsza była pierwsza informacja i Liv rzuciła pełne tryumfu spojrzenie w stronę stołu Zielonych. Szukała tam tych kilku twarzy. Chciała widzieć ich niezadowolenie z powodu tak żałosnego wyniku! Ha, już ona dopiecze temu Burke! Dlatego nie czekała długo widząc jak chłopak wstaje. Mogła odpuścić sobie jedzenie na rzecz czegoś podobnego. Chwilę później już jej nie było, a sama dziewczyna skierowała się za Ślizgonem do lochów.

z/t
Powrót do góry Go down
Alexander Lloyd

avatar
Gracz


Liczba postów : 179
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   31.07.16 18:37

To nie był wesoły czas dla chłopaka. Zakończenie tego roku szkolnego wiązało się z opuszczeniem definitywnie zamku, ponieważ Alex zwyczajnie w świecie kończył właśnie szkołę. Koniec zajęć, koniec dziwnych akcji, koniec umawiania się z pięknymi koleżankami, koniec codziennych spotkań z przyjaciółmi. Przytłaczające, doprawdy. Aż mu się smutno na sercu robiło, że nigdy tu nie wróci. Bo nie planował zostawać nauczycielem, ani żadnym innym szkolnym pracownikiem. Był jedynie pewny, że szkoła na zawsze zostanie w jego serduszku, tak przepełnionym miłością do wielu kochanych dam.
I chociaż może czuł się trochę przytłoczony, tak nie miał najmniejszego zamiaru opuścić pożegnalnego, ostatniego posiłku, plus musiał wiedzieć, kto ostatecznie zdobył Puchar Domów. Dlatego udał się tam razem ze swoim najlepszym przyjacielem, który od rana biadolił na temat tego, że Lloyd zakończył edukację.
- Z wielką chęcią zostałbym w szkole, ale robienie ze mnie debila nie wchodzi w grę. Każdy dobrze wie, że egzaminy zdam. Chyba, że chcesz zmieniać moją datę urodzenia, ale to raczej też nie przejdzie – był wdzięczny przyjacielowi za taki pomysł, ale niestety, taka była kolej rzeczy. Kiedyś i Phil opuści szkolne mury. – Poza tym za rok do mnie dołączysz i znowu będziemy mogli robić te wszystkie chore rzeczy. Bo chyba nie myślisz, że na studiach spoważnieję! – Zaśmiał się. Nie wyobrażał sobie aż tak wielkiej zmiany. Chciał nawet powiedzieć coś jeszcze, ale dyrektorka zabrała głos, więc jako przykładny prawie absolwent postanowił jej wysłuchać. W tym celu obrócił głowę w jej stronę. Kiedy usłyszał o nagrodach za Quidditcha i o tym, że Philemon dostał jedną z nich, był zadowolony. Sam nie uzyskał żadnej, ale przecież nie maniaczył tak w tę grę, jak przyjaciel. Dlatego poklepał chłopaka po plecach. – Teraz to ja mam nadzieję, że wykorzystasz wszystko to, czego cię nauczyłem. Tym bardziej, że masz ku temu sposobność – wyszczerzył się patrząc na puchar. Tak. Będzie się dobrze prezentował w dormitorium, obok pustego łóżka Alexa. Zaraz jednak kolejne słowa nauczycielki sprawiły, że skupił się na wynikach. Tym razem Puchar Domów, który otrzymał JEGO dom! Na Merlina, doczekał się wreszcie tej chwili, czyż to nie wspaniałe uczucie?!
- Ha! Mówiłem, że jesteśmy najlepsi! – Krzyknął głośno mając gdzieś, że ktoś może mieć coś przeciwko. – Krukoni górą! – Wspaniałe dopełnienie przedostatniego dnia spędzonego w szkole. – Uczcimy to na pewno! Tym bardziej, że od jutra już nie trzeba będzie przejmować się nauczycielami! – Zaśmiał się na entuzjazm przyjaciela. – Teraz będziesz mógł śmiało mówić dziewczynom, że jesteś z tego domu, który wygrał – dorzucił.
- Te, ale twojego rękawa to ja jeść nie będę! – Pacnął chłopaka po łapie i wyczynił talerz, na którym zaraz znalazła się siekanka wołowa.
Powrót do góry Go down
Philemon Briggs

avatar
Gracz


Skąd : Calgary, Kanada
Liczba postów : 236
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   03.08.16 16:26

Starając się jakoś odciągnąć czarne myśli od Alexa, Briggs musiał mówić, nawet największe pierdoły! W końcu takim głupkiem nie był, żeby mieć świadomość, że bez odwracania uwagi od problemu, będzie się do niego wracało ze zdwojonym skupieniem.
- Dobrze, tak, masz rację. Poczekaj na mnie i podbijemy świat! To zdecydowanie najlepszy z pomysłów! - wykrzyknął rozradowany, choć chcąc, nie chcąc nie miał zamiaru urzędować w magicznym świecie w przyszłości. Naturalnie chęć wiedzy gdzieś tam tliła się w jakiejś części świadomości, jednak szczególnie chciał skupić się na ogrodnictwie i to tym mugolskim. Może gdyby przedstawił swoją propozycję Lloydowi ten by przystanął na jego warunki, choć kto wie? Przecież Alexander to ambitny i zdolny czarodziej, którego pozbawianie magicznego świata byłoby zwykłym okrucieństwem. Na szczęście obaj mieli rok, żeby zastanowić się co dalej.
Zabierając ręce i szaty z talerza przyjaciela, sam nałożył sobie kurczaka i zaczął ochoczo wcinać. Nie miał złych zamiarów, co do posiłku Alexa, w końcu nie będzie chłopakowi żałować. W sumie to z chęcią sam by mu nałożył jedzonko, żeby przypadkiem się nie pogubił z tymi smakołykami, bo przecież Briggs wie co najlepsze! Jedząc i rozmawiając przesiedzieli prawie do końca uczty. W głowie Philemona gościł piękny pomysł z bitwą na jedzenie, ale nie chcąc psuć Lloydowskiej uczty, było spokojnie. O ile spokojnym można nazwać monologi zwycięzców, które wygłaszał Briggs.

//zt. (x2)
Powrót do góry Go down
Minerva McGonagall

avatar
Specjalne

Liczba postów : 52
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   01.09.16 0:09

Rozpoczęcie roku szkolnego
Wakacje dobiegły końca, ostatni tydzień spędzony w domach pozwolił naładować baterie z dala od szkolnych kolegów i koleżanek, o nauczycielach nie wspominając. Ale już dosyć tego dobrego. Nadszedł pierwszy dzień września, po kilkugodzinnej jeździe pociągiem wszyscy zasiedli do stołów i czekali, aż Ceremonia Przydziału i tradycyjna przemowa dyrektor McGonagall dobiegnie końca, żeby móc wreszcie zabrać się za jedzenie. Na głodniaka czas płynął wolniej, więc wszystko, niestety, mocno się dłużyło.
- Moi mili! - zaczęła pani profesor. - Przed nami kolejny emocjonujący rok, podczas którego, z założenia, dowiecie się mnóstwa niesamowicie ciekawych rzeczy. Zdaję sobie sprawę, że jeszcze nie chcecie o tym myśleć, więc przypominam, że czekają nas też rozgrywki Quidditcha, swoją działalność kontynuować też będzie klub pojedynków - a to tylko część atrakcji! - Omiotła spojrzeniem całą salę i uśmiechnęła się, choć było w tym uśmiechu coś smutnego. - Chciałabym móc zapewnić was, że czeka nas kolejny szczęśliwy, bezpieczny rok. Nie możemy jednak mieć pewności, pozostaje nam mieć nadzieję. Tu jesteście bezpieczni, o tym mogę was zapewnić. Przede wszystkim jednak musimy trzymać się razem. Musimy zapomnieć o podziałach i nierównościach, bo tylko w ten sposób wszyscy wyjdziemy z tych niespokojnych czasów obronną ręką - westchnęła. Zależało jej na tych dzieciakach i zrobiłaby wszystko, żeby zapewnić im spokój, dlatego doprowadzała ją do szału świadomość, że to wcale nie będzie takie proste. - Nie martwcie się. Sprawcie, żeby ten rok był lepszy od każdego poprzedniego. A teraz smacznego!
Na stołach pojawiły się najwyśmienitsze potrawy i to był najlepszy znak tego, że nowy rok szkolny można było uznać za rozpoczęty.
Przywitaj się z przyjaciółmi, spędź ten wieczór jak najmilej. Od jutra wraca szara codzienność.
Powrót do góry Go down
Maya Hamilton

avatar
Gracz


Skąd : Norwich, Anglia
Liczba postów : 219
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   04.09.16 11:44

Maya nie mogła powiedzieć, by te wakacje nie były wspaniałe. Obóz, na którym pojawiła się dzięki Myrninowi był iście niesamowity w dużej mierze dzięki właśnie przyjacielowi. Chłopak starał się umilać jej każdą chwilę sprawiając, że się nie nudziła. Towarzyszył jej niemal zawsze, kiedy tylko miała ochotę na spacer lub odkrywanie nowego miejsca. Po raz kolejny udowodnił, że jest wspaniałym przyjacielem troszcząc się o nią, kiedy przeżywała szalejącą burzę. Jak mogła nie być mu za to wdzięczna?
I chociaż na wakacjach faktycznie cieszyła się z życia jeszcze bardziej, tak nie mogła doczekać się powrotu do szkoły, kiedy będzie mogła spotkać się z innymi znajomymi, jak również powrócić do nauki, którą przecież tak bardzo lubiła. Dodatkowo miała Myrnina na okrągło, co było również kuszącą opcją.
Podróż minęła jej dobrze, chociaż większość przespała zapewne z głową opartą o ramię Puchona. Kiedy wysiedli w Hogsmeade i udali się powozami ciągnącymi przez testrale do szkoły, nawet tam Maya trochę zasypiała. Była dziwnie zmęczona, jednak dała się Myrninowi zaciągnąć do Wielkiej Sali na ucztę. Nawet nie chciał słyszeć, że mogłaby nic nie zjeść, tym bardziej, że nie jadła nic praktycznie cały dzień. Usiadła obok niego na ławce i starała się skupić na przemowie dyrektorki. Kiedy skończyła mówić przeniosła wzrok na potrawy, które pojawiły się na stołach.
- Wiesz… nie mogę uwierzyć, że jestem już w szóstej klasie – powiedziała do Myrnina nakładając sobie trochę koślawo niewielką ilość jajecznicy na bekonie. Sama nie wiedziała, czy faktycznie ma na to ochotę, ale miska z nią była najbliżej. – Tak niewiele brakuje, żebym całkiem wyszła ze szkoły – westchnęła, bo ta myśl zwyczajnie jej się nie podobała.
Powrót do góry Go down
Leo Slughorn

avatar
Admin


Skąd : Cornwall
Liczba postów : 438
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   04.09.16 18:01

Ach, nowy rok szkolny! Długo wyczekiwany, przywitany optymizmem i radością! Nie, tak zupełnie na poważnie, to Leo prawdę mówiąc totalnie wisiało to, czy zaczynają się te lekcje, czy nie. To jego ostatni rok przeciez. To było wystarczające pocieszenie.
Długo zastanawiał się, czy wracać. Długo zastanawiał się, czy jest w tym sens. Po co miał wracać do szkoły, skoro zajęcia lekcyjne ani trochę go nie interesowały? Może więcej by się nauczył siedząc w domu i czytając? Bo przecież wcale nie chodziło o to, że na teren Hogwartu trudniej by było przemycić alkohol. Wrócił na ostatni rok głównie dlatego, ze wyraźnie tego oczekiwali rodzice. Nikt nie powiedział tego głośno, ale takie było założenie, wiedział o tym. Gdyby powiedział chociaż, że się waha, to by wystarczyło, aby rozpocząć burzliwą dyskusję i skierować na samego siebie ogień pytań. Dlaczego? Co chcesz przez to osiągnąć? Czy to objaw buntu? Czemu nie jesteś odpowiedzialny? Czemu jesteś leniwy i nie chcesz się uczyć? Co ty będziesz robił w życiu? Czy wiesz, że żadna kobieta nie będzie chciała nikogo niewykształconego? Matka pewnie by się popłakała i zaczęła mówić, że się o niego martwi i nie wie, co się z nim dzieje. Czy niekończenie szkoły naprawdę było warte tej całej afery...? Już wystarczająco dużo zamieszania pod rodzinnym dachem wprowadził ten cały zamach w Dolinie Godryka.
Tak więc, pierwszego września Leo wraz z Amelką wsiadł w Hogwarts Express, aby wrócić do szkoły na ostatni, na pewno spokojny i szczęśliwy rok nauki. Miał w kufrze z podwójnym dnem super ukryte trzy butelki whiskey i jedną bimbru, nie może być tak źle. Siedział w przedziale razem z Amelką i kilkoma pierwszorocznymi. Trafili tak tylko dlatego, ze Leo się uparł, aby nie siedzieć z nikim znajomym. Jeszcze zdąży mieć ich wszystkich dość, pogadają sobie na uczcie. To, że miał dosyć trajkotania podekscytowanej dzieciarni po pierwszym kwadransie drogi, to juz inna sprawa. Znowu nic tylko o tym zamachu. Nawet jedenastolatkowie gadali tylko o tym.
Z ulgą opuścił pociąg i udał się powozem do zamku, z siostrą u boku. Trochę pogadali o pierdołach i było prawie tak, jak kiedyś. Pasowało mu to. Rozdzielili się dopiero w wejściu do tak dawno niewidzianej Wielkiej Sali.
- Przyjdę potem - rzucił tylko w stronę siostry, nie precyzując, co oznacza 'potem' ani gdzie przyjdzie. Uczniowie zajmowali powoli miejsca, Leo ulokował się na swoim starym. Miejsce na przeciwko niego było puste. Miejsce Gabe'a. Przełknął cicho ślinę. Krzesło pozostało niezajęte aż do Ceremonii Przydziału, po której miejsce Bertranda zajął chłopiec, o imieniu Ben. Akurat tak wypadło, że Leo uścisnął mu rękę. Podczas uczty dzieciak był bardzo przyjazny, optymistyczny i szybko odnalazł się przy stole, mimo, że usiadł raczej przy starszych osobach. Miał w sobie coś takiego, że nie dało się go nie polubić. Trochę przypominał Slughornowi jego samego, kiedy po raz pierwszy odwiedził Hogwart. Jednak wiecznie żywe wspomnienie blondwłosego, starszego chłopaka, ściskającego jego dłoń powróciło do niego nieproszone, natychmiast sprawiając, że zrzedła mu mina. Pożegnał się z Benem i ubłagany przez niego (Ale porozmawiamy jeszcze, prawda? Opowiesz mi o szkole i w ogóle? Okej? Proooszę) obiecał, że jeszcze go gdzieś złapie, najlepiej tego samego dnia. Potem wstał od stołu i skierował się do drzwi wyjściowych. Czas rozgościć się w nowym dormitorium, prawda?
Zatrzymał się tuż przy progu, spoglądając w stronę stołu Ravenclawu. Może weźmie ze sobą od razu Amelkę? Miał jeszcze dzisiaj o nią zahaczyć przecież. Ruszył w jej kierunku.
- Idziesz? - spytał, gdy już podszedł do siostry. Po co tracić czas na witanie się z ludźmi, siedzącymi obok? - Czy jeszcze jesz? Mam poczekać? Jak trzeba, to poczekam - wzruszył ramionami, spoglądając na siostrę pytająco.



He used to call me poison
Like I was poison ivy




I could have died right there
‘Cause he was right beside me
Powrót do góry Go down
Charlie Howe

avatar
Gracz


Skąd : Newham, Londyn
Liczba postów : 35
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   05.09.16 22:37

To miał być pierwszy rok Charliego w Hogwarcie po pamiętnych wydarzeniach wojny. Dzień zaczął się tak samo jak każdy inny. Śniadanie, poranny prysznic, a potem tylko sprawdzenie czy wszystko spakował. Rodzice nie odprowadzali go na peron, nie tym razem. Na jego prośbę pozwolili mu pożegnać się z nimi wcześniej. Zrobił to, bo doskonale pamiętał jak bardzo przeżywali powrót chłopaka do szerokiego czarodziejkiego świata. Najbardziej przeżywał ojciec. Charlie do dzisiaj pamięta jak ciężko było go przekonać do prywatnych lekcji dwa lata temu i jak opornie wszystko mu wtedy szło. Depresja robiła krzywdę magii równie mocno co jemu.
W końcu ruszyła maszyna po torach, a chłopak po przywitaniu się z grupką starych znajomych, z którymi relacje prawie zupełnie już wygasły, zajął miejsce w przedziale wypełnionym drugoklasistami. Swoim zwyczajem usnął przykrywając twarz pożyczonym Prorokiem Codziennym. Nie obudziła go ani rozgadana chałastra, ani wózek ze słodyczami. I pewnie wróciłby z powrotem do Londynu, gdyby nie głośny gwizd parowozu. Umiejętność spania na zawołanie była równie zdradziecka, co użyteczna.
Kilka minut później siedział już w mundurku między innymi uczniami Gryffindoru. Wiele wspomnień, z którymi jak sądził już się pogodził, wróciło ze zdwojoną siłą. Twarze, głosy tych którzy już odeszli. Ale też echa reżimu Carrowów. Charlie był jednak przygotowany i nie obawiał się spotkania z przeszłością. Odetchnął tylko głęboko i z charakterystycznym dla nowego siebie spokojem nałożył sobie więcej ziemniaków. Nigdy za bardzo nie przejmował się przemówieniami i przydziałem. Olał to jak zwykle, bo pewne rzeczy się nie zmieniają. Miło było tutaj wrócić, ciekawe co przyniesie nowy rok.
Powrót do góry Go down
Myrnin Lewis

avatar
Gracz


Skąd : Royal Tunbridge Wells
Liczba postów : 374
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   07.09.16 0:10

Od tego są przyjaciele, racja? Od umilania sobie chwil, pomagania i być zawsze przy tobie. A Myrnin chciał być jak najlepszym przyjacielem dla Mai. Chociaż, oczywiście chciał czegoś więcej, ale nie miał zamiaru na nią naciskać. Chociaż, co to za żołnierz, który poddał się przed bitwą? Czasem tak się czuł, że już się poddał. Ale przecież nie powinien. Może Myrnin nie miał na tyle jaj, aby powiedzieć dziewczynie co czuje? Cóż, jeśli tak to prawdopodobnie nie był jej wart.
Lewis zawsze cieszył się na czas który może pospędzać z Mayą. Nawet jeśli miałby się z nią uczyć, nie ma problemu. Bo powiedzmy sobie szczerze, nawet jeśli jest od niej starszy, nie znaczy, że jest mądrzejszy. On wiedział, czuł to, że Maya była od niego mądrzejsza, jak pewnie od reszty uczniów. Czasem zastanawiał sie, czemu nie wylądowała u Krukonów. Najwyraźniej jest za to za miała i ma zbyt dobre serce. Bo jak wiadomo Krukoni lubią się obnosić ze swoją mądrością. Choć to pewnie tylko stereotypy.
Myrnin jakoś sam w sobie nie był zmęczony, a może był? Tylko nie chciał spać, wolał czuwać nad nią. Żeby jej się nic nie stało, chociaż co mogło jej się stać w pociągu lub w powozie? Pewnie nic wielkiego, ale przy niej zawsze włączał mu się tryb "starszy brat". Nie potrafił tego zatrzymać, ani zmienić. On już po prostu taki był i będzie, ale ten tryb jest zarezerwowany tylko dla niej. Dlatego zaciągnął do do Wielkiej Sali na ucztę. Te dziecko cały dzień nic nie jadło, nie mógł dać jej spać z pustym żołądkiem.
- No, ciężko w to uwierzyć. A ja już w siódmej, jeszcze rok i zacznę dorosłe życie.- dopiero teraz sobie uświadomił, że to jego ostatni rok. Ostatnia przygoda. O mój Merlinie! Czyli to oznacza, że ostatni rok gdy spędza tak dużo czasu z Mayą!! To jest straszne, bardzo straszne.- Ale wtedy będziesz robiła to co chcesz, powinnaś się cieszyć.- uśmiechnął się do niej i dołożył jej do jajecznicy parę kanapek. Sam wziął sobie tylko kanapki, ale miał ich dużo. A nie tak malutko jak dziewczyna, bo tą jej jajecznicą nawet ptak by się nie najadł.
Powrót do góry Go down
Georgie Walker

avatar
Gracz


Skąd : St Ives, Kornwalia
Liczba postów : 20
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   09.09.16 21:40

- No proszę proszę, kogo moje oczy widzą - powiedziała dosiadając się do Charliego bez słowa grzecznego zapytania. Czy mogę, przeszkadzam, masz coś przeciwko? Nie, nie ma nic przeciwko. Nie Howe.
Podróż do Hogwartu minęła spokojnie, bez większych rewelacji przeżyła ją w wagonie zapchanym rozchichotanymi Krukonkami i ich ploteczkami kto z kim i dlaczego w minione wakacje. Znudzona tą paplaniną, wpychała draże białej czekolady do ust przebiegając pobieżnie wzrokiem zakupionego na dworcu Times’a. Sącząc słodycze zżerała ją ciekawość kogo nowego spotka w dormitorium, na Wielkiej Sali, w cuchnącej stęchlizną klasie eliksirów. Bowiem rok w rok wracał ktoś nowy ze swojej osobistej, powojennej sziwy, którą Georgie przeżyła parę lat temu. Każdy przeżywał to co się stało inaczej, czasem dłużej czasem krócej - dlatego każdą twarz, którą napotykała po tej przerwie na szkolnych korytarzach starała się rozpromienić uśmiechem. Dzieląc swoją własną, upierdliwie pozytywną energię.
Ene, due, rabe na kogo wypadnie, ten Howe.
- Charlie słońce ty moje, gdzie byłeś i dlaczego nie napisałeś, że wracasz. Ten skromny podwieczorek jest niegodny naszego spotkania po latach, trzeba było uprzedzić a przywitałaby cie cieplutka szarlotka z St Ives - rzuciła szczerze i niewymuszenie, odrzucając do tyłu pasmo niesfornych włosów, dusząc w sobie chęć rzucenia się w jego ramiona w otoczeniu tych wszystkich ciekawskich krukoneczek. Szczęśliwa, że może tu przy nim być nałożyła na najbliższy talerzyk troszkę kurczaka i pochłaniając spokojnie (tak, jasne) pyszne jedzenie wierciła mu oczętami dziurę w sumieniu. Dziurę mówiącą stanowcze.
- No, opowiadaj! Jak Ci życie mija?
Powrót do góry Go down
Charlie Howe

avatar
Gracz


Skąd : Newham, Londyn
Liczba postów : 35
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   09.09.16 22:14

No tak, dzień w Hogwarcie bez Georgie Walker byłby dniem straconym. Jego najlepsza przyjaciółka, jedyna z którą wymieniał listy przez czas nieobecności jak zwykle pojawiała się jak grom z jasnego nieba, to jest szybko i z ogromnym hukiem. Obecność roześmianej blondynki z jej pozytywnym nastawieniem do wszystkiego co dobre zawsze poprawiała mu humor. Przeżuł pieczonego ziemniaka, czując jak wszędobylski tyłek panny Walker wpycha się w wąską przestrzeń między nim, a jakimś pierwszoroczniakiem.
- Dobwsze wiewsz, że nue lubwię... - przełknął w końcu w męczarniach gorącą pyrkę - ...hałasu. I dobrze wiesz, że jesteś mistrzynią w wywoływaniu go. Choć szarlotką bym nie pogardził, skrzaty jednak nie robią tak pysznej jak ta Twojej mamy. - Charlie uśmiechnął się serdecznie do dziewczyny i przytulił ją mocno do siebie jedną ręką. Na swój sposób tęsknił za dziewczyną, bez swojej najlepszej przyjaciółki nudził się strasznie i jeśli miałby wybrać jedną rzecz której żałował, to na pewno byłby to czas, który stracił a który mógłby spędzić z Georgie. Ale przynajmniej nie jest już wrakiem siebie. Dużo gorzej zniósł wojenną traumę od dziewczyny, zawsze była silniejsza od niego.
- Stęskniłem się za Tobą, naprawdę. - pomimo flegmatycznego tonu, w oczach Charliego lekko zalśniły łzy, ale zniknęły równie szybko jak się pojawiły. - U mnie wszystko w porządku, wracam do normalnego porządku. A wiesz, że oficjalnie kibluję jeden rok i że jesteśmy teraz w jednym roczniku? - dodał patrząc jak dziewczyna pałaszuje kurczaka i natychmiast zachichotał głupkowato. - Widzę, że z jedzenia jak prosiak się nie wyrasta.
Powrót do góry Go down
Georgie Walker

avatar
Gracz


Skąd : St Ives, Kornwalia
Liczba postów : 20
PisanieTemat: Re: Wielka Sala   09.09.16 22:18

Georgie słuchała tej ziemniaczanej deklaracji z uśmiechem na ustach. Stęskniła się za Howem jak cholera, czego nie ukrywała w ciepłym spojrzeniu, jakim go obdarzyła, w melodyjnym tonie głosu jakim ćwierkała. Niby miała wielu znajomych, przez jego nieobecność obdarzyła paru ludzi nawet zacnym mianem przyjaciela… Lecz to miało się nijak do pustki, jaką wypełniło teraz jego towarzystwo. Serduszko małej lwicy przepełnił miód, ulga i ufna błogość. Przeczucie, że Charlie już tak nie zniknie.
Przeżuwając kurczaka przybrała więc błogą minę.
- Nie lubisz hałasu a jednak lubisz mnie. Popatrz, co za okrutna ironia losu - rzuciła, odkładając ogryzione skrzydełko na talerzyk, po czym wytarła pyszczek serwetką - Ja za Tobą też się stęskniłam, strasznie się dłużył ten czas gdy Cię nie było. Więc dobrze Ci tak, dobrze kiblujesz bo za tę zwłokę sowicie sobie zasłużyłeś na kolejny rok znoszenia mojego towarzystwa - parsknęła, sprzedając chłopakowi lekkiego kuśkańca. To było takie jej, hmm, odwzajemnienie uścisku. Bądź co bądź ta tęsknota była jej słabością, a przecież nikt nie chce żeby ludzie postrzegali cię za słabeusza, co Georgie?
Dusząc w sobie tę myśl, nałożyła na talerzyk nieco duszonej potrawki.
- No wiesz jak to mówią, człowiek wyjdzie ze wsi ale wieś z człowieka nigdy - skwitowała z szerokim uśmiechem tę jakże bezczelną uwagę, po czym biorąc do ręki widelec zalazła Charliego falą, nie, tsunami pytań. - Jak ci się tu podoba, po tym czasie? Trochę się zmieniło i jest tyle nowych twarzy, że aż nawet ja tego nie ogarniam. Poza tym całkiem tu, hmm… - zatrzymała rękę w pół drogi aby ubrać w słowa to uczucie - obco. W takim dziwnym sensie. Niby to powinno być to samo, ale nie jest. Tak jakby wszystko co się tu działo było nierealne. Jakby było złym snem.
Rzuciła, dusząc w sobie dreszcz. Nie, to nie były przyjemne wspomnienia - ciche korytarze, przerażenie w oczach, strach w sercach. A jednak siedzą tu sobie wszyscy i wcinają ciepły pudding żyjąc dalej. To było dziwne ale konieczne.
Trzeba było ruszać dalej.
- Jak się z tego wszystkiego pozbierałeś co? Bo ja dużo grałam i komponowałam i ćwiczyłam, robiłam wszystko żeby o tym nie myśleć. Szkoda, że nie udało nam się spotkać wcześniej. Czuję się, jakbym… jakbym wiele straciła
Kończąc ten enigmatyczny, pozbawiony ładu i składu monolog, wpakowała sobie warzywa do ust. Smak goryczy pozostał. Czy to kiedyś minie?
Powrót do góry Go down
Sponsored content



PisanieTemat: Re: Wielka Sala   

Powrót do góry Go down
 Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 4 z 5Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5  Next

Erised :: Fabuła :: Hogwart :: Parter-
Skocz do: