Share | 
 
Sala kolorowych świateł
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Felix Lockwood

avatar
Mod


Skąd : Chelmsford
Liczba postów : 784
PisanieTemat: Sala kolorowych świateł   15.11.15 16:44

Sala kolorowych świateł
Tutaj panowanie przejęły światła. Nie jesteś w stanie zlokalizować źródła każdego z nich, ale możesz mieć pewność, że dopasują się do twoich potrzeb w każdej chwili. Jeśli chcesz przyprowadzić tu drugą połowę na romantyczną kolację, wystarczy, że ustawisz stolik i krzesła, a lampiony zapewnią romantyczny nastrój. Jeśli potrzebujesz uzupełnić zapasy witaminy D, otrzymasz światło słoneczne, które momentalnie poprawi twoje samopoczucie. Chwila dla ciebie na czytanie? Nie ma sprawy. Poza światłami, do twoich potrzeb dopasują się też kanapy, zmieniając swój rozmiar, kształt i miękkość.
Powrót do góry Go down
Felix Lockwood

avatar
Mod


Skąd : Chelmsford
Liczba postów : 784
PisanieTemat: Re: Sala kolorowych świateł   15.11.15 17:30

Rzeczywiście dziedziniec nie był dobry na ich spotkanie. Felix nie wiedział jednak, czego się spodziewać, więc po części może specjalnie wybrał miejsce dostępne dla wszystkich. Gdyby coś poszło nie tak, łatwiej byłoby uciec albo udawać, że nic nie zaszło... Gdyby. Ale to gdybanie nie miało teraz znaczenia, bo wszystko poszło tak, jak miało. I rzeczywiście czas zmienić miejsce na bardziej kameralne... Tylko nie wiedział jeszcze, jakie, choć pewien pomysł już mu świtał w głowie.
Idąc przez opustoszały zamek (co prawdopodobnie oznaczało, że właśnie opuszczali jakąś lekcję), miał ochotę złapać go za rękę, to było jednak zbyt ryzykowane. Ale pokonanie tych kilku pięter oznaczało trzymanie się zbyt daleko od jego zachłannego Krukona z paczką papierosów. Ciężko było to znieść. Przynajmniej miał świadomość, że każdy kolejny krok przybliżał ich do sali, w której będą mieli spokój i gdzie będzie mógł bez przeszkód narysować portret. Niezwykły portret. Co to miało znaczyć? Nie umiał jeszcze rysować ruchomych obrazów, jeśli o to chodziło. Miał się nauczyć w najbliższym czasie, ale jeszcze nie teraz. Co, jeśli Serpens tego właśnie oczekiwał? A on nie będzie mógł tym oczekiwaniom sprostać? Bał się tego, naprawdę. Chociaż czuł, że chodzi o coś jeszcze innego, że to wcale nie będzie żaden test.
W końcu dotarli na szóste piętro. Był tu tylko raz i nie był pewien, czy zna pełnię możliwości tego pomieszczenia, ale założył, że wystarczy na to, co planuje Serpens. Przed otwarciem drzwi spojrzał na niego niepewnie.
- Nie miałem lepszego pomysłu - przyznał speszony. Weszli do środka, a przyćmione światło świec umieszczonych w lampionach prowadziło ich na kanapę. Kawałek dalej stał dodatkowy fotel, na którym będzie mógł usiąść ze szkicownikiem. Najpierw jednak musiał się dowiedzieć, co takiego szczególnego miało być w tym portrecie. Ale jeszcze wcześniej... Nie mógł teraz odpuścić.
Pierwszy pocałunek złożył w kąciku jego ust. Kolejne dwa wzdłuż dolnej wargi. Ujął jego podbródek i lekko przekręcił głowę, dając sobie łatwiejszy dostęp do innych części jego twarzy. Następnym pocałunkiem oznaczył jego kość policzkową, potem miejsce zaraz przy uchu, żeby na końcu lekko possać sam płatek ucha. Nie wiedział, skąd znalazła się w nim śmiałość, by to robić, ale po prostu nie myślał - robił to, na co miał ochotę.
- Więc co z tym portretem? Jaki masz pomysł?


do i know what i'm doing?
Powrót do góry Go down
Serpens Lucifer Burke

avatar
Gracz


Skąd : Reykjavík, Islandia
Liczba postów : 142
PisanieTemat: Re: Sala kolorowych świateł   15.11.15 18:39

Szedł za nim, wolał nie znaleźć się obok niego, aby pod wpływem przypadkowego otarcia się dłoni nie zrobić czegoś co spowoduje, że wpadną na kogoś kto nie powinien ich widzieć w tej chwili na szkolnym korytarzu. Każde kolejne schody wydawały się mieć więcej stopni niż pozostałe i wcale nie chodziło o to, że męczyła go ta wędrówka. Po prostu chciał już być na miejscu. Gdziekolwiek by to nie było, nie widząc czego się dzisiaj spodziewać. Sądził, że będzie to coś gdzie Felix w spokoju będzie mógł oddać się pracy, ale nic więcej nie przychodziło mu do głowy.
- Kolejna opuszczona sala z nietoperzami, pająkami i szczurami? - jeżeli tak to wolał być uprzedzony, wpadnięcie twarzą w pajęczynę nie było tym o czym teraz marzył. Skoro byli już na miejscu jeszcze zanim przekroczyli próg złapał go za rękę i przyciągnął bliżej siebie. Nie spodziewał się, że znajdą się w miejscu w którym będzie tak… intymnie. Ale to właśnie było idealne, chciał mu o tym powiedzieć, ale nie zdążył. Przymknął oczy po kolejnym pocałunku i oddawał się jego pieszczotom. Odchylił głowę, aby dać mu lepszy dostęp do miejsc, które były bardzo wrażliwie. Nie musiał długo czekać na dreszcz przyjemności przebiegający po ciele, bo Gryfonowi udało się to wywołać niemal od razu. Mógł zatracić się w tych pocałunkach i zapomnieć po co tutaj przyszli. Usiąść z nim na kanapie i oddawać się coraz odważniejszym pieszczotom.
O ile wcześniej ten pomysł wydawał mu się idealny tak teraz zaczynał w niego wątpić. Nie zamierzał się teraz wycofywać i udawać, że nie wie o co chodzi. Podciągnął powoli rękawy bluzki, ale nie wyciągnął ich przed siebie, aby Felix mógł zobaczył blizny, które pokrywały jego ręce. Wziął jego dłoń i nakierował jego palce, aby przejechał nimi po liniach. Jedne były ledwo wyczuwalne, inne mocno odznaczały się na skórze plącząc się z kolejnymi.  
- To początek, mam ich więcej - po chwili stał już bez bluzki, która leżała pod ich nogami. Chciał powiedzieć, aby zamknął oczy, ale to nie było potrzebne. Nie robił nic z lampionami, a one jakby wyczuły to, że teraz chciał, aby wokół nich zapanował większy półmrok. Ponownie wziął jego dłoń i tym razem przyłożył do klatki piersiowej na której była jedna z większych i okropniejszych blizn. Dał mu chwilę, a później odwrócił się do niego tyłem, aby mógł poczuć co ma na plecach. Chciał, aby je poczuł zanim zabierze się do rysowania. Każda była inna, za każdą kryło coś innego - Chcę… One są częścią mnie, ja jestem częścią nich - nie zastanawiał się czy to co powiedział miało sens, złapał się na tym, że nie umiał ubrać w słowa tego co chciał. Ponownie odwrócił się do niego przodem, łapiąc się za guzik spodni, aby obnażyć się dalej. Bo to nadal nie był koniec.
- Nawet nie wiem czy to ma być portret. Czym jest w ogóle portret? To mam być ja. Cały ja. Zrób coś z nim, aby przestały być takie… Zrób z nich coś pięknego, chorego, fascynującego. One mają być na pierwszym planie, później ja. Za długo udawałem, że ich nie mam - przyznał dużo ciszej, nie odwracając od niego wzroku. Musiał zrozumieć o co mu chodziło. Rozpiął zamek spodni i pozwolił, aby opadły do kostek. Pozbył się ich całkiem. Na udach też miał wiele blizn, a niektóre niknęły pod bokserkami, te z pleców czy brzucha również. Więc to jeszcze nie koniec - Powiedz, że wiesz o co mi chodzi?
Powrót do góry Go down
Felix Lockwood

avatar
Mod


Skąd : Chelmsford
Liczba postów : 784
PisanieTemat: Re: Sala kolorowych świateł   15.11.15 19:31

Chciał tej intymności. W każdym sensie - i atmosfery, i gestów, słów, ukrytych znaczeń. Zapuszczona sala się do tego nie nadawała - pasowała do wczorajszego wieczoru, jasne, ale nie dzisiejszego poranka. Chyba że nieustannie podejmował złe decyzje, ale biorąc pod uwagę rozwój wypadków za każdym razem, chyba jednak nie. To była jakaś ulga.
Mógłby zapomnieć, po co tu przyszli. Właściwie nie uważał, że przyszli tu tylko po to, żeby narysować portret. To też, jasne, ale dopóki on nie wiedział, o co chodzi, nie zależało mu na tym aż tak bardzo. Na tych pieszczotach z kolei zależało mu niesamowicie. Na dotyku, pocałunkach, znalezieniu ujścia dla tego całego pożądania. Naprawdę musieli się od siebie odsuwać?
I wtedy Krukon odsłonił rękawy. Felix wstrzymał oddech, nie mając pojęcia, co powiedzieć. Pozwolił poprowadzić swoje palce po śladach, które świadczyły o cierpieniu, o jakim on, mały Gryfiak ze złamanym sercem, nie miał pojęcia. Każdy kolejny oglądany w ten sposób skrawek ciała przerażał go coraz bardziej. Wiedział, że to blizny, a nie otwarte rany, więc teoretycznie miał świadomość, że takim dotykiem nie może zadać bólu. Wodził jednak samymi opuszkami palców, tak lekko, jakby naprawdę bał się zrobić mu krzywdę.
A potem Serpens rozebrał się jeszcze bardziej, pokazując kolejne blizny. Felix naprawdę chciał coś powiedzieć, ale głos uwiązł mu w gardle. To było... Przerażające. Niewyobrażalne. I teraz w pełni rozumiał, na czym miała polegać wyjątkowość rysunku i dlaczego odpowiednie narysowanie go było takie istotne. Nie miał pojęcia, czy jest w stanie temu sprostać, ale wiedział, że zrobi wszystko, żeby mu się udało.
- Wiem. Spróbuję - odparł ledwo dosłyszalnie.
Zanim jednak wyjął szkicownik i zabrał się do pracy, chciał zrobić coś jeszcze. Nie przemyślał tego, po prostu czuł, że potrzebuje to zrobić. Lekko popchnął Luciusa na kanapę, a kiedy chłopak już leżał, zaczął delikatnie całować jedną bliznę za drugą, począwszy od szyi, w dół klatki piersiowej. To było dla niego jak połączenie pieszczot, których tak pragnął, ze zrozumieniem tego, co jeszcze przed chwilą nie istniało w jego świadomości, a teraz stało się tak ważne. Nie pytał skąd, nie pytał dlaczego. To nie był moment na takie opowieści - i w zasadzie żaden moment nie będzie tym, dopóki sam Serpens nie uzna, że jest na to gotowy. Każdym kolejnym pocałunkiem Felix chciał mu przekazać, że będzie blisko, żeby tego  wysłuchać.


do i know what i'm doing?
Powrót do góry Go down
Serpens Lucifer Burke

avatar
Gracz


Skąd : Reykjavík, Islandia
Liczba postów : 142
PisanieTemat: Re: Sala kolorowych świateł   15.11.15 20:22

Znał te blizny tak dobrze, że nie musiał patrzeć na swoje ciało, aby odpowiednio wodzić po ich labiryncie palcami. Dlatego dłoń Felixa prowadził na oślep, patrząc na jego twarz. Już się wystarczająco siebie naoglądał w lustrze, wiedział jak odpychająco i obrzydliwie to wszystko wyglądało. Szczególnie te blizny, których rany nie chciały się goić. Które nie chciały się zasklepić, bo były zbyt głębokie. Cieszył się, że Gryfon nie odwrócił ostentacyjnie wzroku, nie cofnął dłoni, ani nie skrzywił się, choć to byłoby naturalną reakcją. Sam taką miał kiedy czasem nawet tylko przelotnie spoglądał w lustro albo kiedy stał pod prysznicem zmywając z siebie pył dnia minionego.
Nie padło żadne pytanie, a obnażył się niemal cały. Czasem wystarczyło, że podwinął rękawy, a zalewała go lawina pytań. Podobała mu się ta powściągliwość. To, że Felix dał mu czas. Sam nigdy nie miał takiego wyczucia. Chciał to pytał i nie zastanawiał się nad tym czy to wypada, czy nie rani kogoś słowami albo nie wpycha w zakłopotanie tym co mówił. Mógł się od niego uczyć, może zapamięta to na przyszłość i choć raz przypomni sobie, że dając komuś czas jest lepiej. Był mu za to wdzięczny, że nie musi jednocześnie zmagać się z odpowiedziami i tym, że obnażył się obcej osobie. Z każdą chwilą poznawał go lepiej, jednak jeszcze wiele będą musieli się o sobie dowiedzieć, aby obcość zniknęła.
Z nagością nie miał problemów, przeszkodą były blizny. Czasem próbował je maskować zaklęciami, ale nie udawało mu się nigdy za długo utrzymać tego efektu. Zresztą nadal były wyczuwalne pod palcami. Nie znikały, zaklęcie je tylko maskowało. Nie chciał żeby tak było ciągle. Dlatego potrzebował kogoś kto to odmieni. Znalazł Felixa i w nim pokładał nadzieję.
- Spróbuj - odwrócił głowę, aby ukryć zakłopotanie związane z pozbyciem się bokserek, ale nie zdążył tego zrobić, bo Felix pchnął go na kanapę. Opadł na nią i przez chwilę leżał w bezruchu nie rozumiejąc tego co się dzieje. Jak to się stało, że Gryfona nie obrzydza jego ciało, a wręcz przeciwnie, że w każdy pocałunek wkładał tyle samo zaangażowania, tyle samo żaru. Było to intymne, takie tylko ich. Coś czego nikt już Serpensowi nie zabierze. Wplątał tylko dłoń w jego włosy, a drugą ręką pogładził po policzku.
- Nie musisz tego robić - przez chwilę przyszło mu do głowy, że chłopak czuje się w obowiązku do tego, aby zrobić coś, aby poczuł się lepiej. Że swoim zachowaniem wymógł na nim taką, a nie inną reakcję. Jednak nie mógł zmusić siebie do tego, aby mu przerwać. I nawet jeżeli tak było to… Trudno. Był w tym momencie złakniony dotyku drugiego człowieka. Położył rękę na plecach Felixa i w myślach przeklinał go za ten garnitur. Gdyby miał koszulkę łatwiej byłoby mu wsunąć rękę na plecy chłopaka i pogładzić ciepłe ciało, a tak musiał jakoś kombinować, a trudno mu się było skupić. Czując co chwilę nowe pocałunki było to prawie niemożliwe.

Powrót do góry Go down
Felix Lockwood

avatar
Mod


Skąd : Chelmsford
Liczba postów : 784
PisanieTemat: Re: Sala kolorowych świateł   15.11.15 21:33

Nie uważał, że te blizny były obrzydliwe czy odpychające. Ani trochę. Były integralną częścią Serpensa i jako takie nie miały w sobie nic złego. Nie miał powodu, by się ich wstydzić czy brzydzić. A Felixa naturalną reakcją wcale nie była ucieczka, tylko opieka nad tym, kto tego potrzebował. Przy niektórych ten instynkt działał słabiej, przy nim był nie do opanowania. I gdyby miał taką okazję, wszedłby z nim pod prysznic, żeby pomóc mu obmyć każdą ranę, każdą bliznę, bez nawet odrobiny odrazy.
Nie spodziewał się, że Lucifer zamierza rozebrać się tak całkiem. No nie teraz, nie tak od razu. Przecież... Znali się od kilkunastu godzin! Gdyby chodziło wyłącznie o akt, to w porządku, kwestia sztuki i tak dalej, ale w przypadku pokazywania własnego ciała tak po prostu... Nie przewidywał, że ich pieszczoty mogą zajść tak daleko, a tu nie było nawet tych pieszczot. Spłoszył się i byłoby dziwne, gdyby stało się inaczej. Jakie miał pojęcie o... czymkolwiek? Ale przecież nie mógł wyjść na pruderyjnego idiotę. Nie przy tym konkretnym Krukonie.
- Wiem, że nie muszę. Chcę - wyszeptał prosto w jego skórę, będąc gdzieś w okolicach jego pępka. Wciąż schodził coraz niżej, blizna po bliźnie, do bokserek, które sam zaczął zsuwać. Co prawda zanim zsunął je wystarczająco mocno, stchórzył. Nie dało się tego inaczej określić. Za dużo wszystkiego, po prostu. Za szybko. Z jakiegoś powodu chciał zaimponować chłopakowi czy coś w tym guście, oderwać jego myśli od blizn czy tego, co je spowodowało, ale przy okazji liczył na to, że zapomni o swojej historii. Tyle że to nie działało tak prosto.
Odsunął się od Serpensa, usiadł na podłodze i zamknął oczy.
- Nie mogę - mruknął, chcąc się jakoś wytłumaczyć, ale to nie było żadne wytłumaczenie, bo te słowa wcale nie sprawiały, że chłopak mógł więcej zrozumieć. Felix był wściekły na siebie, na to, co się stało - teraz i pół roku temu. Wstał i złapał jeden z lampionów, żeby zaraz z całej siły rzucić nim o ścianę. Szkło rozprysło się na wszystkie strony, a magiczny ogień, zanim zgasł, najpierw rozbłysł z mocą, której się po nim na pewno nie spodziewał. Gryfon podszedł do ściany najbliżej fotela, który jeszcze kilkanaście minut temu chciał zająć. Nie zdawał sobie nawet sprawy z tego, że odłamki rozbitego szkła wbijają mu się w stopy. Oparł czoło o chłodny mur, w który po chwili uderzył pięścią.


do i know what i'm doing?
Powrót do góry Go down
Serpens Lucifer Burke

avatar
Gracz


Skąd : Reykjavík, Islandia
Liczba postów : 142
PisanieTemat: Re: Sala kolorowych świateł   15.11.15 22:29

Skupił się na doznaniach, które serwował mu Felix. Było to dla niego coś nowego, nikt wcześniej z taką pieczołowitością nie pokazywał mu, że w pełni akceptuje jego ciało pokryte bliznami. Wiedział co ludzie szeptali za jego plecami, nie był głuchy. Niektórzy się z tym nie kryli i wprost mówili, że na pewno nie znajdzie sobie nikogo kto go zaakceptuje, nie mówiąc, o czymś więcej. Zawsze wtedy udawał obojętność, ale w środku krzyczał. Pragnął dotyku i ciepła. Wszystkiego co dobre, ale po takich słowach zaczynał wątpić czy na to zasłużył. Coś takiego raniło go mocniej niż przemoc fizyczna. Do tego był przyzwyczajony… Nie, do tego nie można było przywyknąć. Na to był przygotowany. Kiedy ktoś zaczynał wjeżdżać mu na psychikę rozpadał się kawałek po kawałku i z każdym kolejnym razem coraz trudniej mu się był pozbierać.
Oddech mu przyspieszył kiedy Felix schodził niżej. Samo patrzenie na to co się teraz działo, przyprawiało go o szybsze bicie serca. Nie wiedział czy był na to gotowy, czy to w ogóle mogło się stać. Nagle też to, że chciał się przed nim obnażyć do końca wydało się głupie i zanim zdążył go powstrzymać Felix przerwał. Nie miał mu tego za złe, dlatego usiadł i chciał złapać go za rękę, powiedzieć coś albo najlepiej nic nie mówić i pocałunkiem podziękować za to co dostał. Nie spodziewał się takiej reakcji. Patrzył na lecący lampion, nie próbując zrozumieć.
Przez chwilę obawiał się, że Gryfon zniknie za drzwiami pozostawiając po sobie ogromną pustkę i więcej nie będzie chciał go widzieć na oczy. Skulił się na kanapie nie chcąc na to patrzeć i czekał na trzaśnięcie drzwi, ale to nie nastąpiło. Niepewnie podniósł głowę w momencie kiedy ten wyżywał się na ścianie. Zabolał go to mocniej niż się spodziewał. Poczuł ukłucie w środku i nie chciał na to więcej patrzeć. Nie kiedy wszystko krzyczało w środku, że to przez niego.
Podszedł i objął go od tyłu, omiótł oddechem jego policzek. Nie chciał, aby przez niego Gryfon zrobił sobie krzywdę, a wyglądało na to, że może to się tak skończyć. Wsunął ręce pod jego ubranie i zaczął masować go po brzuchu i klatce piersiowej. Chciał go uspokoić i odgonić jego myśli od tego czym teraz się zajmował. Mocniej przyległ do jego ciała całując go w płatek ucha, a później przechodząc pocałunkami na kark. Nie zważał na to ile czasu tak stali, jak długo całował go po karku, szyi i gdzie tylko jeszcze mógł sięgnąć pocałunkami.
- Jak chcesz w coś uderzać to we mnie. Ściana ci nic nie zrobiła - powiedział cicho wsuwając się między niego na mur. Był zimny i kiedy gołymi plecami otarł się o niego przebiegł go po ciele nieprzyjemny dreszcz. Nie uciekł jednak stamtąd, bo to mógł znieść, ale nie to, że Gryfon przez niego walił w mur. Złapał go za rękę, którą przed chwilę uderzył i każdy knykieć pocałował. Uniósł jego brodę i zmusił do spojrzenia na siebie. Chciał mu pokazać, że nie jest zły, że dobrze się stało. Pocałował go, ale nie jak wtedy przy fontannie. Nie była to powolna tortura. Zachłannie wpił się w jego usta, jakby tęsknił za nimi miesiącami. Nie wierzył, że słowami mógłby przekazać mu cokolwiek więc zdał się na pocałunek. Żarliwy i brutalny. Było w nim coś zwierzęcego, ale nie mógł przestać. Przygryzł jego wargę i odciągnął w dół, a dłońmi nadal błądził po jego ciele. Oderwał się od niego dopiero w momencie w którym nie mógł złapać oddechu.
- Co ty ze mną robisz - powiedział w jego usta, zanim ponownie złączył je w pocałunku - Nie musimy tego robić dzisiaj - chodziło mu o portret, bo ten mógł zaczekać. Wszystko mogło. Pogładził go po policzku i pchnął na fotel, ale tylko po to aby klęknąć przed nim - Nie rób tak więcej, nie przeze mnie. Nie zasługuje na to - Na nic nie zasługujesz, dodał w myślach. Nie użalał się nad sobą, po prostu przypomniał sobie słowie, które nie raz i nie dwa mocno go zraniły. Ale to sprawiło, że chciał wiedzieć coś jeszcze.
- Wczoraj mówiłem poważnie, nie chcę być remedium - spojrzał mu w oczy. Mógł zostać źle odebrany, ale o tym nie pomyślał. Nie oczekiwał żadnych obietnic czy wielkich słów. Chciał tylko wiedzieć.
Powrót do góry Go down
Felix Lockwood

avatar
Mod


Skąd : Chelmsford
Liczba postów : 784
PisanieTemat: Re: Sala kolorowych świateł   15.11.15 23:22

Najwyraźniej znalezienie kogoś, kto był w stanie go zaakceptować takiego, jakim był, było prostsze, niż mógł się spodziewać. Wystarczyło przyjść do Hogwartu, plątać się bez celu przez dwa miesiące, a potem rzucić w eter pytanie, na które nie oczekiwał odpowiedzi. I co? I tyle wystarczyło, żeby zjawił się Gryfiak, z którym połączy go chemia tak silna, że wszystko inne przestało się liczyć. Blizny też powinny się do tego zaliczać. Bo zasługiwał na wszystko, co tylko mógł dać mu drugi człowiek. Zasługiwał na każdy pocałunek i każdy dotyk, jaki otrzymał teraz i jaki będzie miał szansę poczuć kiedykolwiek.
Nie zamierzał wychodzić. Nie czuł się dobrze, w jego głowie działo się coś totalnie złego, ale to i tak było najbezpieczniejsze miejsce, w jakim mógł się znaleźć. Paradoksalnie, skoro gdzieś za drzwiami miał znajomych, przyjaciół, ludzi, z którymi spędził ostatnie lata. Tu, wśród tych świateł i lampionów, był tylko obcy człowiek i mimo, że czuł, jakby znali się całe życie, pozostawało faktem, że jeszcze wczoraj nie miał pojęcia, jak ma na imię. I ten nieznajomy Krukon wciąż dawał mu więcej wewnętrznego spokoju, niż ktokolwiek inny. Jak...?
To objęcie, ciepły oddech na szyi, delikatna pieszczota... To więcej, niż się spodziewał. Więcej, niż mógł oczekiwać. I zdecydowanie wystarczająco dużo, żeby wypędzić tę złość, z którą inaczej nie mógł sobie poradzić. Ostatnie miesiące pił i palił, próbując zabić większość uczuć. Teraz okazało się, że bliskość drugiej osoby działała o wiele lepiej. I jednocześnie gorzej, w pewnym sensie.
- Też nic mi nie zrobiłeś - szepnął, zmęczony - nawet nie fizycznie, a psychicznie. Tak nieskończenie zmęczony. Pocałunek był zbawieniem, choć tym razem nie potrzebował zachłanności, a poczucia bezpieczeństwa, dlatego wycofał się lekko, łagodząc siłę tej pieszczoty. Serpensowi brakowało wyczucia tego, czego Felix akurat potrzebował, ale raz, że to były raczej szczegóły, a dwa, że byłoby dziwne, gdyby zgrał się z nim w tak krótkim czasie.
- Stawiam, że robię z tobą to samo, co ty ze mną - wyszeptał prosto w jego usta. Nie opierał się, kiedy został popchnięty na fotel. Pokiwał głową. - Nie róbmy tego dzisiaj - stwierdził niepewnie, po czym dodał: - Ale jeśli chcesz, wciąż mogę cię narysować. - Nie miał pojęcia, jak bardzo minęli się w założeniach; gdyby wiedział, albo uznałby to za zabawne, albo by się speszył. Pewnie to drugie.
Spojrzał na chłopaka zdziwiony.
- Przez ciebie? Co przez ciebie? - zapytał, nie mogąc zrozumieć. Elementy układanki jak na złość do siebie nie pasowały. - Nie jesteś żadnym remedium. Właśnie o to chodzi. Gdybyś był, wiele rzeczy nie miałoby znaczenia i byłoby łatwiej, a tak... Nie wiem, co robię. Nie wiem co dalej, rozumiesz? - spojrzał na niego ewidentnie zbyt błyszczącymi oczami. Nie chciał płakać. Nie mógł. I nie potrafił nad tym zapanować.


do i know what i'm doing?
Powrót do góry Go down
Serpens Lucifer Burke

avatar
Gracz


Skąd : Reykjavík, Islandia
Liczba postów : 142
PisanieTemat: Re: Sala kolorowych świateł   16.11.15 0:24

Będzie musiało upłynąć jeszcze wiele czasu zanim zrozumie i przyjmie to, że ktoś go w pełni zaakceptował. Przez pierwsze lata życia to ojciec niszczył go mówiąc wiele okropnych rzeczy. Większość po nim spływała, ale niektóre ciągnęły się za nim do dziś i nie ważne, że minęły ponad dwa lata odkąd go nie widział. To wszystko wracało w najmniej odpowiednim momencie. Demony przeszłości nigdy go nie opuszczały, siedziały tylko uciszone i gotowe w każdej chwili do ataku. Teraz odbierał mu wszystko dziadek. Nawet nie wiedział czy może tak myśleć o tym człowieku. Nie chciał jego pieniędzy, majątku, ani niczego materialnego. Pragnął tylko odrobiny uwagi, ale widać na nią też nie zasłużył. Więc skoro bliscy go tak traktowali, to nic dziwnego, że nie musiało upłynąć wiele czasu zanim przyjmie do wiadomości to, że ktoś go zaakceptował. Że chce go takiego, ze wszystkimi wadami i bliznami.
- To co to było? Kto? - ktoś coś zrobić musiał, nie widział tego inaczej. Ludzie od tak nie walili w ścianę pięścią, bo to oznaczało ból, a jego chcieli unikać. Robili wszystko, aby było go jak najmniej, więc nic dziwnego, że chciał zrozumieć. Spróbować zrozumieć. Lucyferowi brakowało często wyczucia, ale nie robił sobie z tego nigdy wyrzutów sumienia i rzadko kiedy starał się to zmienić. Inaczej było z pocałunkiem, chciał umieć wyczuwać to czego potrzebuje Felix i mu to dawać. Wydawało mu się to naturalne, ale też trudne.
Uśmiechnął się… U niego i tak nie było większego znaczenia czy próbował nadać swojej twarzy inny wyraz, bo niemal zawsze wyglądała tak samo. A zamiast uśmiechu pojawił się tylko grymas, który na pewno nie przestawiał tego co chciał. Chciał, aby to co powiedział Felix było prawdą, że działa na niego tak samo. Trochę się pogubił, bo chyba nie mówili o tym samym.
- Czego nie róbmy? Myślałem, że będziesz już chciał dzisiaj rysować - sięgnął po odłożony na bok szkicownik i choć był ciekawy co w nim się kryje nie zajrzał do środka. Bo znając życie są tam tylko puste kartki. Obracał go w rękach przez chwilę, aby ostatecznie podać Gryfonowi. Skoro nadal chciał robić to po co tutaj przyszli to bez niego będzie mu trudno.
- Co takiego nie miałoby znaczenia? Też nie wiem co będzie dalej. Chyba wiem czego chcę, ale się boję, że… - urwał nie mogąc znaleźć odpowiednich słów. I tak się poczuł nieswojo przyznając głośno do strachu. Nie określił czego dokładnie się bał, ale to wydawało mu się strasznie niedojrzałe, a nie chciał wyjść na takiego. Nie przed t y m Gryfonem. Kiedy spojrzał w jego błyszczące oczy poczuł się najgorzej. Nie chciał doprowadzać go swoimi słowami do łez, ale skoro już Felix był bliski tego bez zastanowienia przytulił się do niego. Nie wiedział czy to cokolwiek zmieni, ale nie wiedział co jeszcze mógłby zrobić, aby w tej chwili chłopak poczuł się lepiej. Nie znał się na łzach, na tym skąd się biorą i jak złagodzić ból po nich. Otarł pojedynczą łzę z jego ciepłego policzka, a później pocałował to miejsce, jakby po tej kropli wody miało zostać bolące miejsce - Dalej? Co powiesz na to, żeby mnie w końcu narysować. W między czasie zastanowimy się nad tym - zanim wstał z klęczek, odnalazł jego usta swoimi. Złączył je w dłuższym pocałunku, bo skoro miał pozować, nie było szans na to, aby Felix siedział w zasięgu jego ust. Przeniósł się na kanapę i skulił się na niej zupełnie jak wtedy kiedy przez chwilę myślał, że Gryfon zostawi go samego. Nogi podciągnął pod brodę i objął się rękami. Nie wpadł na to, że może lepiej będzie po prostu usiąść.
Powrót do góry Go down
Felix Lockwood

avatar
Mod


Skąd : Chelmsford
Liczba postów : 784
PisanieTemat: Re: Sala kolorowych świateł   16.11.15 1:21

Felix nie byłby w stanie zbyt szybko zrozumieć, jak to jest mieć rodziców, którzy niszczą, zamiast budować. Co prawda nie miał z ojcem zbyt ciepłych stosunków, ale to nie z powodu czyjejś złej woli, a po prostu przez sposób bycia Lewisa. Dlatego właściwie jedyny wzorzec, jaki wyniósł z domu, to bezgraniczna miłość, o różnych odsłonach, ale niekwestionowana. I jeśli miałby wyobrazić sobie przodków w ten czy inny sposób znęcających się nad dzieckiem, zajęłoby mu to sporo czasu.
Jasne, że o kogoś chodziło. Takie wybuchy emocji nie mogły brać się znikąd, ale tłumaczenie tego było trudne i bolesne. Musiał jednak jakoś ubrać to w słowa. Lucyferowi należało się wyjaśnienie, choćby po to, żeby nie mógł obwiniać samego siebie o to, co się stało.
- Poczułem się, jakbym go zdradzał. Co jest absurdalne, bo on... - to były słowa, które z ogromnym trudem przechodziły mu przez gardło. - Bo on nie żyje. Absurdem jest dochowywanie wierności komuś, kto odszedł, prawda? - Kiedy już zaczął, było nieco prościej. Nie na tyle, żeby powiedzieć dużo, ale wyjaśnić bieżące wątpliwości. - Dotykam cię, całuję, tak bardzo tego chcę i to jednocześnie jest takie niewłaściwe. - Gdyby nie to, że fotel był miękki, uderzenie głową o oparcie mogłoby zaboleć. Trochę żałował, że tak się nie stało. Jasne, ludzie zwykle unikali bólu, to było naturalne, instynktowne, ale sytuacja nieco się zmieniała, jeśli przestawałeś radzić sobie z bólem psychicznym. Wtedy prościej było przenieść go na fizyczność, nad którą o wiele prościej się panowało. Właśnie dlatego kolejny raz włączały mu się skłonności autodestrukcyjne, które tłumił dotyk Serpensa, a potem wracały razem z powiewem chłodnego powietrza. Karuzela nie do zatrzymania.
- No... Tak, chcę cię narysować. I to zróbmy. - Nie miał pojęcia, w którym miejscu ich tok myślenia się rozmijał i prawdopodobnie dopóki każdy z nich nie powie wprost, o czym myślał, to się wcale nie wyjaśni. Ale on nie chciał mówić o tym wprost. I tak za wiele powiedział. To byłoby zbyt krępujące, choć to przecież absurdalne.
W szkicowniku poza pustymi kartkami były też te zarysowane. W większości przypadków nic specjalnego, znajomi, nauczyciele, fragmenty zamku. Czasem oczy, usta, dłonie - zwłaszcza te, na które już więcej nie spojrzy. I to jedno zestawienie obu ust, o których myślał minionej nocy. Czyli wystarczająco intymne szkice, żeby nie chciał ich pokazywać byle komu - ale temu Krukonowi by mógł. Chyba.
- Byłoby prościej. Mógłbym cię przelecieć, żeby zapomnieć na chwilę o wszystkim, potem wyjść i nie nadawać temu znaczenia. Ale to tak nie działa. Dlatego nie jesteś i nie możesz być remedium - wzruszył ramionami, jakby to było coś normalnego, co robi co weekend, radząc sobie z własnymi demonami. Ale nie. - Czego się boisz? Powiedz mi, proszę - powiedział miękko, dotykając jego policzka. Czuł, że to ważne i bardzo chciał wiedzieć. Inaczej nie był w stanie ukoić tego bólu, a bardzo mu na tym zależało.
Kolejny pocałunek uspokoił go na następną chwilę. Nie na długo, nie wystarczająco, ale musiało mu wystarczyć. Otworzył szkicownik na pustej stronie, wziął ołówek i spojrzał na Serpensa. Musiał przestać patrzeć na kogoś, czyjej bliskości tak bardzo mu brakowało - teraz to jego model. Trzeba było podejść do tematu profesjonalnie, bez uczuć i słabości.
Nie przeszkadzało mu, że chłopak się zwinął. Tak czuł się dobrze, więc taka pozycja była właściwa. Felix postawił pierwsze kilka kresek. Miał już myśl, jak to powinno wyglądać, choć jego pomysł mimo wszystko wymagał zmiany ułożenia ciała, ale to dopiero później. Na razie szkicował tę małą, spłoszoną kulkę, pragnącą uwagi i ciepła, przytłoczoną ostrymi kreskami blizn. I im dłużej patrzył na te smutne oczy, wychodzące spod jego ołówka, tym mocniej chciał go po prostu przytulić.


do i know what i'm doing?
Powrót do góry Go down
Serpens Lucifer Burke

avatar
Gracz


Skąd : Reykjavík, Islandia
Liczba postów : 142
PisanieTemat: Re: Sala kolorowych świateł   16.11.15 17:58

Nadal pamiętał jak w izbie pamięci zadał mu pytanie o to czy stracił kogoś bliskiego. Wtedy odpowiedź była lakoniczna, a po niej znaleźli się w pustej klasie między kurzem i papierosowym dymem. Teraz dowiedział się więcej, ale równocześnie poczuł, że chyba wolałby nie wiedzieć. Nie umiał odpowiedzieć mu na pytanie, bo nigdy z nikim nie był w związku. Zawsze wszystko zaczynało się i kończyło na fizyczności, ale uczucia wtedy nie odgrywały żadnej roli. Przynajmniej dla tej drugiej strony. Zawsze traktowano go jako zabawkę z którą można było zrobić wszystko, a jak się znudzi wyrzucić. Pozwalał na to, bo to jedyne co dostawał i choć później bolało, to przez chwilę mógł udawać, że komuś na nim zależy, a to już coś.
Właśnie teraz zaczął się obwiniać jeszcze mocniej. Gdyby nie on Felix nie zacząłby czuć się niewłaściwie. Tak to sobie wytłumaczył, nie ważne czy miało to sens dla innych, dla niego miało ogromny. Wyjaśniało wiele rzeczy i nie ważne, że komplikowało kolejne. Te na razie sobie odpuszczał, odpychał, bo nie wpasowywały się jego tok myślenia to przeze mnie.
- Nadal będzie tutaj - położył dłoń w miejscu gdzie mniej więcej znajdowało się serce. Wyczuł jego bicie i przez dłuższą chwilę przytrzymał tak rękę bez większego powodu. Przyjął od razu, że chłopak o którym mówił Gryfon zginął podczas bitwy o Hogwart. O to nie chciał pytać, bo odpowiedź wydawała się oczywista, ale za to inne pytania rodziły mu się w głowie - Chcesz mnie? Czy pocałunków i dotyku? - prawda bywała brutalna, a on chciał wiedzieć czy znów nie ładuje się w coś tak dobrze sobie znanego. Nawet jeżeli… Nazwij go głupcem, ale zrobi to, bo nawet jeżeli Felix powie, że chce tylko dotyku i nie ważne od kogo on będzie to i tak go dostanie. Serpens przeleje w to swoje pragnienia i dopóki Gryfon będzie go potrzebował będzie przy nim.
Może kiedyś je zobaczy, a one wtedy wywołają lawinę pytań albo będzie się w nie wpatrywał próbując odgadnąć ich historię - Widziałem cię kiedy rysujesz, ale nie miałem okazji zobaczyć tego co wychodzi spod twojej ręki - mówiąc to pogładził po dłoni i to było na tyle jeżeli chodzi o bliskość. Później przeniósł się na kanapę, a na policzku wciąż czuł ciepło po jego placach. Dał sobie tym samym szansę na to, aby nie pokazać jak mocno go uderzyły te słowa. Bo było w nich coś czego zawsze doświadczał, ale czemu nie umiał się przeciwstawić. Nie próbował tego nawet zrobić. Obietnica bliskości, choć tylko fizycznej była mu dobrze znana. Ten czas kiedy mógł okłamywać siebie, że nie jest samotny, że ktoś go chce. Był dla niego czymś stale obecnym.
- Mógłbyś, a ja… bym ci na to pozwolił - tak bardzo nie wierzył w to, że może być inaczej. Że jest coś poza tym czego doświadczał do tej pory. Bo skąd mógł wiedzieć, skoro nigdy tego od nikogo nie dostał. Chodziło tylko o seks, o moment w którym można było zaspokoić rządze, a nie uczucia. Ale z jakiegoś powodu mu wierzył. Zaufał jego słowom. Nie wiedział czy to dlatego, że tak mocno tego pragnął czy chodziło o coś więcej, czego póki co nie rozumiał - Boję się, że to… że ty… że ja… Chciałbym to zamienić na my, ale do tego potrzeba czasu, prawda? Dwóch osób, które chcą tego tak samo mocno, ale zawsze jest tak, że ktoś chce mocniej i wtedy nie ma żadnego my - zaczął mówić. Chaotycznie, ale zaczął. To lepszy początek niż milczenie za którym zdarzało mu się chować - Gadam bez sensu. Nie słuchaj mnie lepiej.
Tak skulony na kanapie poczuł się nagle bardzo mały. Mógł mieć ponad dwa metry wzrostu, ale nie o to chodziło. W środku czuł się bardzo zagubiony i teraz poczuł to dotkliwiej niż kiedykolwiek. Do tej pory udawało mu się tego nie zauważać albo kierować swoje myśli na inne tory, ale teraz było inaczej. Przy Gryfonie poczuł, że do tej pory czegoś mu w życiu brakowało i choć nie umiał dokładnie tego nazwać, to czuł, że to bardzo ważne. Liczył na to, że może przy jego pomocy uda mu się odkryć.
- Czasem mam wrażenie, że nigdzie nie pasuję, że nie ma miejsca dla mnie - wiązało się to z wieloma rzeczami, a każda kolejna była bardziej bolesna od poprzedniej. Nie był rozrywkowym chłopakiem wokół którego zawsze się coś działo i z którym wszyscy chcieli się przyjaźnić. Zawsze stał z boku i mówił sobie, że było mu z tym dobrze. Nie było, ale to oznaczałoby, że musiałby się do tego przyznać, a takie wyznanie nawet przed samym sobą należało do trudnych. Położył głowę na kolanach i spojrzał na jeden z lampionów, skierował nad niego rękę, aby poczuć ciepło bijące od niego, a może po to, aby płomień sprawił mu ból - Trudno to wytłumaczyć - dodał, choć wcale nie próbował przecież tego zrobić. Przynajmniej nie na głos.
Powrót do góry Go down
Felix Lockwood

avatar
Mod


Skąd : Chelmsford
Liczba postów : 784
PisanieTemat: Re: Sala kolorowych świateł   16.11.15 22:10

To całkiem zabawne, jak bardzo się w tej kwestii od siebie różnili. Serpens dostawał fizyczność, a nie dostawał uczuć - Felix dostawał uczucia, a nie dostawał fizyczności. O ile to rzeczywiście były uczucia, dzielone między niego i tamtą dziewczynę. Czasem miewał chwile zwątpienia, podejrzewając, że coś w tamtym układzie było mocno nie w porządku, ale teraz to i tak wszystko jedno. Tak czy inaczej, może te ich różnice sprowadzały się do tego, że są w stanie sobie nawzajem dać to, czego do tej pory każdemu z nich brakowało - o ile to nie był zbyt śmiały wniosek na tym etapie.
Prychnął w odpowiedzi na to patetyczne stwierdzenie, że Ślizgon zawsze będzie w jego sercu. To było głupie, niczego nie wnosiło, niczego nie tłumaczyło, a już na pewno niczego nie ułatwiało. W tej chwili absolutnie nie chciał, żeby zmarły chłopak był gdziekolwiek w okolicy. Nie w sercu, nie w pamięci, nie nigdzie. W pewnym sensie zasłużył na to, żeby o nim zapomnieć albo przynajmniej przestać mieć wyrzuty sumienia z jego powodu. Tylko że Felix nie potrafił rozpatrywać tego w kategorii zasług, więc mógł być tylko zły i zdezorientowany.
Kolejne pytanie nie było proste. Musiał uważać, by odpowiedź została dobrze zrozumiana, bo nietrudno było o potknięcie i zaprzepaszczenie wszystkiego. A chciał być szczery, więc musiał ubrać myśli w odpowiednie słowa.
- Chcę twoich ust. Twojego dotyku. Chcę czuć pod palcami twoją skórę. Jeśli sądzisz, że chodzi mi o czyste pożądanie, to poniekąd masz rację. Nie znam cię, więc nie mogę powiedzieć, żeby w grę wchodziły głębsze uczucia. Ale... - czuł, że to ten moment, kiedy albo się potknie i wszystko zniszczy, albo nakreśli, jak chciałby widzieć najbliższy czas. - Ale w tej fizyczności chodzi wyłącznie o ciebie. I... Chciałbym więcej.
Nie miał pewności, czy to wyjaśni dostatecznie dużo. Czy nie zostanie źle odebrane, czy Serpens nie wyciągnie z tego wyłącznie tych fragmentów o fizyczności. Ale liczył, że to się prędzej czy później naprostuje, niezależnie od tego, czy w tej chwili użyte słowa były odpowiednie.
Zresztą kiedy chłopak przeniósł się na kanapę, zwerbalizował to, o czym myślał Gryfon. Mniej więcej, ale na tyle dokładnie, że mogli mieć pewność, że chodzi im o to samo. Jednocześnie Felix naprawdę miał wątpliwości, czy to wszystko ma rację bytu. Czy może się w ogóle wydarzyć i czy mogą na to pozwolić. Ale żeby to ustalić, potrzeba było czasu.
- Sądzisz, że chcę tego mniej od ciebie? - zapytał cicho, kreśląc kolejne linie. - Pozwól mi się poznać. I chciej poznać mnie. Może to ty uciekniesz, kiedy usłyszysz moją historię, co wtedy? - spytał całkiem poważnie.
Im dłużej rysował, tym lepiej widział, jak zagubiony i skrzywdzony był ten chłopak siedzący na kanapie. Na pierwszy rzut oka by tego nie stwierdził. Po wczorajszym wieczorze? Na pewno nie. A teraz... Teraz miał wszystko jak na dłoni. I odnosił wrażenie, że to rysowanie było bardziej intymne od dowolnej rozmowy. Co oczywiście nie znaczyło, że nie chciał rozmawiać, wręcz przeciwnie.
Skończył pierwszą część. Tak przynajmniej sądził. To było to wydanie Serpensa, które siedziało w środku samego zainteresowanego, przytłoczone przez krzywdy, jakich doznał, znaczony zbyt widocznymi bliznami, skulony w obronie przed całym światem. Ale Felix widział go inaczej i swój punkt widzenia też chciał narysować. Dlatego podszedł do chłopaka i wyciągnął do niego rękę, chcąc pomóc mu wstać. Kiedy ten się podniósł, stanął blisko niego i wtulił nos w jego obojczyk. Obejmował go, a kciukami gładził skórę, na której blizny nie miały żadnego znaczenia. Uniósł głowę, by na niego spojrzeć.
- Daj mi jeszcze chwilę. Tylko teraz stój i patrz na mnie, dobrze? - poprosił i znowu się odsunął. Wrócił na fotel i sięgnął po szkicownik. Teraz pójdzie szybko. Nie było mowy o delikatnych, niepewnych liniach - nie tym razem. W tym wydaniu chodziło o pewność siebie i pewność kreski, o pokazanie mocnego, wartościowego faceta, z absolutnie cudownym błyskiem w oku. I bez blizn. Blizny przeniósł na ledwo zaznaczony cień, kładący się na podłodze. Bo tylko tym dla niego były - cieniem dawnych historii, które powinny zostać daleko za nim. Liczyło się coś zupełnie innego i miał nadzieję, że udało mu się to przekazać.
Nie miał pewności, czy to wystarczająco dobry rysunek, żeby mógł go pokazać. Wiedział jednak, że teraz już nie było możliwości się wycofać. Zamknął szkicownik i wstał. Podał go chłopakowi, po czym znów go objął.
- Opowiesz mi kiedyś?


do i know what i'm doing?
Powrót do góry Go down
Serpens Lucifer Burke

avatar
Gracz


Skąd : Reykjavík, Islandia
Liczba postów : 142
PisanieTemat: Re: Sala kolorowych świateł   17.11.15 0:26

Jak drzwi sali się za nimi zatrzasnęły Serpens zdjął z siebie nie tylko ubranie. Zaczął obnażać się ze swoich myśli i pragnień. Pokazywał się w tej odsłonie, którą chował przed całym światem. Kruchą i delikatną, którą można było zgnieść w przeciągu ułamka sekundy, jeżeli tylko ktoś miał na to ochotę. Niektórzy odnajdowali satysfakcję w ranieniu drugiego człowieka, na ten temat Serpens wiedział aż nadto. W pewnym momencie zaczął myśleć, że  t o  zło wyczuje na odległość, więc w pewnym sensie przestał się bać, ale to irracjonalnie wzmagało inny strach. Co nie mogło się skończyć dobrze, bo w końcu trafi na kogoś kto zrani go w sposób najpodlejszy. A najlepsze będzie to, że sam powie jak. Obnaży się przed niewłaściwą osobą, będzie cierpiał, a później zamknie się szczelnie i nie dopuści do siebie nikogo. Albo… Możliwości było wiele, a czasem leżąc nocą w łóżku rozważał coś na zasadzie co by było gdyby… Zaspokajało to jego chorą fantazję, ale niczego więcej nie wnosiło.
A Felix nie mógł być  t y m  złem. Nie umiał odpowiedzieć na pytanie dlaczego, ale być może kolejnej nocy kiedy nie będzie mógł zmrużyć oka pomyśli o tym. Dlatego mu wierzył i nie wierzył jednocześnie. Rozumiał jego słowa, słyszał je i wierzył w ich szczerość, w to, że są kłamstwem, ale nie mógł pojąć tego, że łączą się one z jego imieniem.
- To… coś nowego dla mnie. Takie połączenie, że chcesz tego dotyku i fizyczności tylko ode mnie - powiedział cicho i przeniósł na chłopaka swoje spojrzenie, które błądziło wcześniej gdzieś po podłodze - Więcej? Co to znaczy i gdzie jest granica, której nie powinno się przekraczać? - zawsze jakieś były, ale najczęściej Serpens je przekraczał bez zatrzymania się przed nią, choćby na chwilę. Chciał wiedzieć w którym momencie ma zacząć się za nimi rozglądać. Przydałaby mu się jakaś wskazówka albo ze dwie. Nie pogardzi też całą ich garścią.
- Sądzę, że… to ze mną jest problem, bo ja zawsze chcę za mocno - chciał dodać coś jeszcze, ale zabrzmiałoby to jak użalanie się nad sobą, więc odpuścił. Nie lubił tego robić, choć czasem mu się zdarzało, na razie zamilkł w odpowiedniej chwili - Mam na razie mały pogląd na to czego nigdy nie robiłeś. Na inne rzeczy przyjdzie czas, prawda? Każdy ma jakiegoś trupa w szafie, ale czy poznanie go powód do uciekania, to tego nie wiem.
Był ciekaw jak idzie Felixowi, ale nie miał odwagi zapytać. Najchętniej zajrzałby mu teraz przez ramię, ale czuł, że jakby zobaczył rysunek teraz to coś by to zepsuło. Dlatego pozostawał na miejscu, a kiedy Gryfon pomógł mu wstać i powiedział, że to jeszcze nie koniec przytaknął tylko, choć najchętniej nie wypuściłby to objęć. Nie musiał długo czekać, aby w końcu dostać rysunek do ręki, jednak w pierwszej chwili nie miał odwagi na niego spojrzeć. Przylgnął do Felixa, odkładając jeszcze przez moment spojrzenie na to co chłopak narysował.
- Na pewno, jak znajdę słowa, bo czasem się gubią, a później trudno je znaleźć - chciał powiedzieć mu wszystko, nie krępować się i nie ważyć każdego z nich. A jednocześnie bał się, że jeżeli tego nie będzie robił, to powie za dużo czy źle ułoży zdanie i wszystko pryśnie. Felix zniknie i nadal będzie mógł jedynie obejmować własne kolana, kiedy samotnie będzie się kulić na łóżku.
Mogło to teraz wyglądać tak, jakby mu wcale nie zależało na tym rysunku, bo tak zwlekał z jego zobaczeniem. Jednak tak nie było. Najpierw musiał zaspokoić swoje ciało, spragnione dotyku. Wtulenie się w Felixa było pierwszą czynnością, którą chciał zrobić. Później przyszedł czas na resztę.
- To… - przejechał palcami po powierzchni gładkiej kartki. Tak właśnie widział siebie, przytłoczonego tym wszystkim. Było to prawdziwe, a Felix doskonale to oddał - Dokładnie ja. Mały, skulony i zaszczuty światem, przytłoczony bliznami.  Każdą z nich zrobił mi jeden człowiek - nagle poczuł się bardzo źle z tym wszystkim. Ze swoją nagością, jego dotykiem na który przecież nie zasługiwał. Wcisnął mocno szkicownik na powrót w jego dłonie, aby ubrać się najszybciej jak mógł. Założył na siebie jednak tylko spodnie, nerwowo podciągając je na tyłek. Później ponownie sięgnął po szkicownik. Chciał jeszcze raz zobaczyć to w jaki sposób ujął go Felix. Szybko odnalazł rysunek siebie, ale tym razem ten, który powstał jako drugi i pokręcił głową z niedowierzaniem. Nie sądził, że ktoś mógł go widzieć w taki właśnie sposób. Przysiadł na kanapę nie odrywając spojrzenia od rysunku. Była w nim moc, której nie widział w sobie - Chciałbym choć czasem być taki - spojrzał na Felixa i wyciągnął do niego dłoń, chciał aby dołączył do niego na kanapie.
Powrót do góry Go down
Felix Lockwood

avatar
Mod


Skąd : Chelmsford
Liczba postów : 784
PisanieTemat: Re: Sala kolorowych świateł   17.11.15 16:11

Felix był ostrożny. Przynajmniej starał się być. Z jednej strony chciał opowiedzieć o wszystkim, co mu siedziało w głowie, a z drugiej czuł, że to jeszcze nie jest odpowiedni moment, bo minęło zbyt mało czasu. Ale nie spodziewał się krzywdy, tak czy inaczej. Oczekiwał, że raczej sam siebie zniszczy nierozważnym rozdrapywaniem niezabliźnionych ran. Jednocześnie chciał dać od siebie tyle, ile Serpens - bo to rozebranie się i pokazanie poznaczonego bliznami ciała było dla niego dowodem zaufania, które nigdy nie mogło iść w dwie strony, bo jeśli szło, to wyrządzało krzywdę. A on instynktownie nie chciał pozwolić, żeby Lucyferowi stało się coś złego, już nigdy więcej. Tylko skąd ten instynkt i dlaczego tak silny...?
Nie miał pojęcia, gdzie była granica. Nie był pewien, czy w ogóle gdzieś leżała. Nieustające, rosnące od wczoraj pożądanie odmawiało stawiania granic dotyku, chciało wszystkiego, co tylko mogło dostać. Sam Felix chciał być już na tym etapie, kiedy zna historię chłopaka, zna jego charakter, rozumie i może go chronić. Nie istniała rzecz, której nie chciał wiedzieć, która miałaby ich w ten sposób dzielić, a to sprawiało, że tutaj też granicy jakby nie było. Tyle że przy stawianiu granic trzeba było spojrzeć też z drugiej strony. Jeśli miał dostać wszystko, musiał też wszystko z siebie dać. To nie będzie zbyt proste - ale układ od początku musiał być fair, w inny nie było sensu wchodzić.
Pokręcił głową.
- Nie wiem. Nie chcę żadnej, ale to będzie wymagało, żebyś pomógł mi krok po kroku usunąć te, które teraz leżą bardzo blisko mnie. A ja pomogę tobie. Jeśli oczywiście taki układ ci pasuje.
Ta sytuacja była dziwna, niespodziewana. W życiu by nie przypuszczał, że weźmie udział w zajęciach halloweenowych i skończy się to takim przyciąganiem do drugiej osoby, że wszystko inne przestanie się liczyć. Takie rzeczy się nie zdarzały. Nie było mowy. Ale teraz... W pewnym sensie jego wyobrażenie świata przewróciło się na drugą stronę i teraz musiał się w tym odnaleźć - zachowując ostrożność i samego siebie, żeby mieć pewność, że później niczego nie będzie żałował.
- Chciej mnie. Choćby za mocno.
Im dłużej siedzieli w tym pokoju, tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że nie ma złych słów. Dopóki intencje były dobre, nie było słów, które mogłyby zaprzepaścić to wszystko, co do tej pory zbudowali. Stąpali coraz pewniej nad przepaścią zbudowaną z ich własnych historii i lęków, a kolejne prośby i deklaracje wcale nie zaburzały równowagi.
Miał wątpliwości, czy ten rysunek mu wyszedł. Kiedy Serpens go wreszcie obejrzał, nieco się uspokoił, ale nie na długo. Szkic wzbudził emocje, intensywne i niekoniecznie pozytywne. Chociaż trudno, żeby ten konkretny rysunek wzbudzał coś pozytywnego, biorąc pod uwagę, co przedstawiał. Niemniej Felix ani trochę nie miał na celu sprawić, żeby Krukon poczuł się źle. Poczucie winy z kolejnego powodu, świetnie.
Nie wiedzieć czemu, dopiero kiedy Serpens z powrotem założył spodnie, Felix poczuł, że to, że on jest cały czas w pełni ubrany, a tamten nie, tworzy jakąś nierówność między nimi. Prawdopodobnie nie pomyślał o tym wcześniej, bo przecież rysunek, bo to miało ścisły cel, ale teraz, kiedy tego celu nie było, poczuł się niezręcznie. Zanim więc dołączył do chłopaka na kanapie, ściągnął marynarkę i odłożył ją z boku. To był jego pierwszy krok - i na tym pierwszym na razie poprzestał. Potem, uznając, że jeśli zajmie miejsce obok, będzie mimo wszystko za daleko, usiadł mu okrakiem na kolanach. Jego palce znów zaczęły błądzić po oznaczonej bliznami skórze.
- Myślę, że taki jesteś - stwierdził, uśmiechając się lekko.


do i know what i'm doing?
Powrót do góry Go down
Serpens Lucifer Burke

avatar
Gracz


Skąd : Reykjavík, Islandia
Liczba postów : 142
PisanieTemat: Re: Sala kolorowych świateł   17.11.15 20:07

To wszystko było dla niego nowe. Szczególnie rozmowa, która nie miała na celu pozbycia się go, a wręcz przeciwnie poznanie i zrozumienie. Felix miał rację, prościej było kogoś przelecieć i wyjść. To co robili teraz było trudniejsze, ale dawało mu nadzieję na to, że nie skończy po wszystkim jak zepsuta zabawka. Że kiedy zdecydują się na więcej to seks będzie dopełnieniem wszystkiego. Za daleko wybiegał myślami i zaraz się za to zganił. Znał go chwilę, ale… Chciał go poznać, usłyszeć historię, która nie była prosta, a naznaczona cierpieniem. Usłyszeć w jaki sposób sobie radził to stracie tamtego chłopaka i co go z nim łączyło. I wszystko inne. Wszystko. Nic mniej.
- Pomogę - powiedział z przekonaniem, którego sam się po sobie nie spodziewał. Jeżeli to tak działało zrobi wszystko, aby mu pomóc. Jednocześnie odkrywając przed nim swoje demony, które może przy nim okażą się mniej straszne? - Już chcę więcej i za mocno. Teraz przy fontannie bałem się, że ktoś mógłby nas zobaczyć, ale nie dlatego, że powinniśmy być na zajęciach. Ludzie nie rozumieją, a ja nie chcę, abyś przeze mnie cierpiał, dlatego szedłem później za tobą, bo nawet… Niewinne muśnięcie dłoni mogło spowodować, żebym na tym nie poprzestał - powiedział mając nadzieję, że Felix go zrozumie. Chciał nie myśleć o tym, że musi trzymać ręce przy sobie na szkolnym korytarzu, jednak wiedział, że inni bywają podli i gdyby w tym chodziło tylko o niego to poradziłby sobie, nie raz już to robił i mało co mogło go zranić. Nie chciał, aby Felix cierpiał przez niego. Przez to, że inni rzucać będą w niego podłymi spojrzeniami czy uwagami, które są bolesne i tak mocno niesprawiedliwe.
Nagle poczuł się źle, ale to szybko minęło. Nie chodziło tutaj o rysunek, ani o to w jaki sposób został na nim przedstawiony, bo wszystko było idealnie. Tylko doszło do niego, że ten labirynt blizn wyszedł spod ręki jednej osoby. Nie mógł się od tego uwolnić i choć minęło trochę czasu odkąd ostatni raz widział ojca ten i tak wzbudzał w nim skrajne emocje. Nie musiało paść jego imię, wystarczyło, że spojrzał na swoje ciało i to wracało.
Położył oba rysunki obok siebie, na każdym był on, ale zupełnie inny. Oderwał od nich spojrzenie i przeniósł na Gryfona, który zdążył się już pozbyć marynarki. Był mu wdzięczny za to, że poświęcił mu czas i go narysował.
- Dziękuję, nie mam nic co mógłbym ci dać w zamian - dodał cicho, bo czuł się z tym źle. Dostał coś wyjątkowego, ale sam nic takiego nie mógł dać. Szukał w myślach jakiegoś sposobu, aby się odwdzięczyć, jednak nic sensownego nie przychodziło mu do głowy. Dlatego jak ten znalazł się na jego kolanach to pocałował go w podzięce. Przejechał dłonią po jego policzku i podążył niżej. Rozpiął pierwsze guziki koszuli i opuszkami palców przejechał po obojczyku, a pocałunkami naznaczał szyję. Nie mógł zdecydować który kawałek ciała chce całować najpierw, więc robił to chaotycznie, ale nie brakowało w tym uczucia. Zatrzymał się przy płatku ucha, który przygryzł, aby na powrót wrócić do jego ust. Wtopił się w nie powoli, bez żadnego pośpiechu. Mało, wiedział, że to za mało, ale na chwilę obecną nie miał nic więcej.
- Nikt mnie takim nie widzi, więc dlaczego? - nie rozumiał dlaczego Felix właśnie tak go odbierał. Z jego rysunku biło coś czego nie umiał nigdy w sobie odnaleźć. Nie umiał połączyć tego ze swoją osobą, więc chciał wiedzieć. To chyba nic złego? Nawet nie wiedział, że był spięty dopóki nie rozluźnił się pod wpływem jego dotyku. Było to coś nowego, ale przyjemnego. Jego blizny budziły tylko odrazę, odwracanie wzroku, a nie to co dawał mu Gryfon. Przyjmował to, chciał więcej, ale trudno mu było zrozumieć dlaczego to dostawał - Dlaczego to cię nie brzydzi? - zapytał w końcu łapiąc go za ręce i przysuwając je do swoich ust, aby je pocałować. Prawą, a później lewą i jeszcze raz od nowa.
Powrót do góry Go down
Felix Lockwood

avatar
Mod


Skąd : Chelmsford
Liczba postów : 784
PisanieTemat: Re: Sala kolorowych świateł   17.11.15 23:17

Wybieganie w przyszłość nie było najgorsze. Czasem psuło, bo było jakimś zapeszaniem, mogło spłoszyć jedną czy drugą stronę, zniszczyć wszystko. Ale jeśli teraz obaj chcieli tego samego, to myślenie o jutrze czy przyszłym tygodniu w kontekście tego, że mogą je spędzić razem, nie było złe. Dawało pewność, że rzeczywiście patrzą w tę samą stronę, chcą tego samego. Przynajmniej w tej chwili. Mogli sobie nawzajem pomóc i nawet, jeśli coś między nimi z jakiegoś powodu by nie wyszło, to każdy poprawnie ułożony element układanki z ich historii taki już zostanie, a to niewątpliwie był plus.
- Większość chyba rozumie. Nie powinni robić problemów. I... O mnie się nie martw, dam sobie radę - uśmiechnął się słabo, pamiętając, co się działo, kiedy został nakryty z... Ale powtarzał sobie, że to tylko Ślizgoni, że nawet nie chodziło wtedy o to, że obaj byli facetami, tylko że on jest mugolakiem, a tamten miał dziewczynę... Tak wiele rzeczy poszło wtedy źle. Teraz tak przecież nie będzie.
- Nie musisz mi nic dawać w zamian. Cieszę się, że mogłem to zrobić, wiesz? - odparł, po czym już właściwie nie był w stanie powiedzieć nic więcej. Ten dotyk był tak kojący, tak cudowny, że automatycznie zabijał całe racjonalne myślenie i zdolność sensownego wypowiadania się. Nie mógł skupić się na niczym poza tym, co czuł i na co miał ochotę. Tylko to się liczyło. Delikatne, ale zachłanne pocałunki, ręce błądzące po nagim torsie Krukona i to kolejne rozpinane guziki koszuli... To była zapowiedź tego, czego za nic nie mógł się doczekać. Ale nie teraz. Nie dzisiaj. Dzisiaj tylko rosło pożądanie, które nie mogło jeszcze znaleźć ujścia.
- Ja cię takim widzę. I to część ciebie, więc nie może mnie brzydzić. To proste - wzruszył ramionami, jakby to była rzecz najbardziej oczywista ze wszystkich. Dla niego była. Nie zwracałby uwagi na blizny, gdyby nie łączyły się z historią, którą chciał poznać. Bo to historia zapowiadała się koszmarnie, ślady same w sobie były neutralne. A może to po prostu kwestia tego, że Felix akceptował Serpensa dokładnie takiego, jaki ten był, od pierwszej chwili, kiedy się spotkali?
Nie miał pojęcia, jak długo tak siedzieli bez słowa, oświetlani kilkoma latarenkami, całując się i dotykając, odkrywając w miarę możliwości swoje ciała, a przynajmniej ich fragmenty. To wciąż było za mało, ale wystarczająco dużo, żeby napięcie między nimi zaczęło robić się nie do zniesienia. Gryfon wiedział, mimo że bardzo tego nie chciał, że muszą stąd wyjść, teraz, zanim granica wyznaczona na dzisiaj nie zostanie przekroczona.
Byli głodni, obaj. To była dobra wymówka, chociaż dla obu było oczywiste, że wytrzymaliby bez jedzenia choćby do jutra, gdyby miało to oznaczać możliwość nasycenia się sobą nawzajem. Ale rozsądek musiał wziąć górę. Dlatego Felix pomógł Serpensowi założyć koszulę (nie odmawiając sobie, rzecz jasna, dodatkowego dotyku tu i ówdzie i lekkich pocałunków przy zapinaniu kolejnych guzików), a potem splótł jego palce ze swoimi i poprowadził do drzwi. Moment, w którym przekroczyli próg, był tym samym momentem, kiedy wszystkie świece jednocześnie zgasły.

zt x2


do i know what i'm doing?
Powrót do góry Go down
Miranda Carlsson

avatar
Gracz


Skąd : Halmstad, Szwecja
Liczba postów : 35
PisanieTemat: Re: Sala kolorowych świateł   09.03.16 21:28

Zbliżał się wieczór i dziewczyna po starciach z biblioteką już miała dość dzisiejszego dnia. Zatłoczenie jakie panowało w pomieszczeniu przyprawiało ją o mdłości. Jak miała nauczyć się na zielarstwo skoro był taki hałas. Może i momentami Carlsson była zbyt wymagająca, ale przecież jest tyle miejsc gdzie można umawiać się na randki bądź obserwować innych. Może korytarz, błonia, pokój wspólny... No cokolwiek byle nie biblioteka. Po tym wszystkim postanowiła zrobić sobie chwilę relaksu i spokojnie zabrać się za wpisy do swojego zeszytu. Dziennik Mirandy często był zabierany przez nią na zajęcia, po lekcjach... W sumie prawie zawsze. Miała tam zapisane swoje plany na kolejny dzień albo zaklęcia, których chciała się nauczyć. Był notatnikiem, pamiętnikiem i kalendarzem w jednym. Nie potrafiła się z nim rozstać, bo miała w nim wszystko co potrzebowała.
Ostatnio odkryła przedziwną, w jej mniemaniu, sale. Przy ścianach były ustawione lampiony, które zmieniały swoje kolory w zależności czego akurat potrzebowałeś. W tym momencie akurat Panna Carlsson pragnęła spokoju, ciszy i czasu dla siebie. Ogólnie to się za bardzo nie zmieniało, ale teraz dodane do tej puli zostało jeszcze - odpoczynek. Dawno tego nie doznała. Od dziecka już była "szkolona", że nie powinno się marnować czasu. Każda chwila w końcu jest tak cenna i powinno się robić coś produktywnego. Przez to całe jej życie stanęło do góry nogami. Z małej, zabawnej i uroczej dziewczynki, zmieniła się w odpowiedzialną, bezwzględną, młodą dorosłą. Wyszło jej z tego tylko to, że przestała ufać ludziom i trzymała ich od siebie jak najdalej mogła. Uważała, że jest samowystarczalna i nie potrzebuje nikogo do pomocy. W końcu tyle osiągnęła samodzielne.
Zmierzając przez schody i korytarze, dotarła na miejsce. Otworzyła jednym ruchem ręki drzwi do sali i dostrzegła jak na jej życzenie, które kołatało się w myślach, zmienia się pomieszczenie. Na środku stała wygodna sofa, na której były ułożone trzy puchate poduszki. Dokoła lampiony były przygaszone i tylko przy kanapie zostały dwa, które paliły się białym światłem, odpowiednim do czytania. Miejsce nie było wielkich rozmiarów, ale wystarczających jak na pobyt jednej osoby. Mała, wredna Miranda gdzieś uciekła i została ta spokojna. Bez zawahania rozsiadła się wygodnie i otworzyła swój zeszyt. Zaczęła przeglądać ostatnie strony jakie zapisała i chwilami sięgała po mugolski długopis, którym nanosiła poprawki.
Powrót do góry Go down
Lycoris Reagan

avatar
Gracz


Skąd : Londyn
Liczba postów : 390
PisanieTemat: Re: Sala kolorowych świateł   18.03.16 23:35

Wieczory w tygodniu należały do nudnawych. Człowiek nie mógł dać ponieść się całkiem swoim zachciankom, bo jednak następnego dnia trzeba było iść na lekcje. A nawet ktoś tak zbuntowany jak Liv fatygował się na nie. Może nie zawsze dowiadywała się na nich czegoś pożytecznego, ale jednak chciała ukończyć szkołę z dobrym wynikiem, a aby to osiągnąć musiała niestety poświęcać chociaż znikome ilości czasu na studiowanie książek. Jednak w tym momencie nie miała zamiary brać przykładu z kolegów i koleżanek, którzy uznali, że super będzie się pouczyć. Frajerzy, zupełnie nie umieli korzystać z życia. Przecież nie można było marnować czasu przed godziną policyjną na naukę, skoro można się było za nią zabrać po przymusowym siedzeniu w pokoju wspólnym lub dormitorium. Na szczęście Gryfonka nie była tak ograniczona i znała inne sposoby na zapchanie sobie czasu. Odkrywanie tajemnic szkoły było czymś fantastycznym i polecała to każdemu, kto choć trochę znał się na przygodach. Właśnie przez takie chore postanowienie dziewczyna zaczęła szwendać się po szkole, otwierając najróżniejsze drzwi. Niektóre pomieszczenia były jej znane, inne niekoniecznie. Wiele z wejść kryło za sobą zwykłe sale lekcyjne, a te nie interesowały narwanej Gryfonki. Ją coś musiało urzec, przykuć jej uwagę. Zachwycić i stworzyć możliwość. Jeśli każdy warunek był spełniony śmiało można było założyć, że Liv z pewnością do takowego pomieszczenia wróci nie jeden raz! Może nawet określi je mianem swojego, a to było wyróżnienie najwyższego stopnia!
Czas mijał, a ona poznawała tajemnice kolejnych drzwi. I wszystko szło wspaniale, do momentu, aż nie otworzyła tych, które skrywały za sobą jedną z piękniejszych pomieszczeń. Weszła do środka, a zawiasy nawet nie skrzypnęły, jakby dostosowując się do panującej atmosfery, której nie powinno zakłócać się nieprzyjemnym dźwiękiem. Zamknęła delikatnie drzwi i rozejrzała się po sali pełniej światła. Ale nie takiego zwykłego i monotonnego. To było takie przyjemne światełko, lekko przygaszone, stwarzające relaksującą atmosferę. Kto wie, być może L. dałaby się opanować tejże atmosferze, gdyby nie jeden mały szczegół w postaci osóbki siedzącej na kapanie ustawionej centralnie na środku pomieszczenia. Oczywiście, że od razu ją poznała. Jej nie dało się pomylić z nikim innym.
- Wspaniale. Ze wszystkich pomieszczeń, które chciałam dokładniej zbadać, to musi być akurat zajęte. I ze wszystkich ludzi panoszących się w szkole, to musiałaś być akurat ty – nie mogła się powstrzymać przed jakimkolwiek komentarzem. Patrzyła na dziewczynę chłodno, chociaż kto wie czy z tej odległości, jaka je dzieliła Ślizgonka mogła to dostrzec – Mam super plan. Może stąd pójdziesz, czy coś? Już dość się nasiedziałaś, inni też chcą skorzystać – zaproponowała tak swobodnie, jakby to był najlepszy plan świata. Bo na dobrą sprawę był. Dla niej. Bo Miranda się nie liczyła.
Powrót do góry Go down
Miranda Carlsson

avatar
Gracz


Skąd : Halmstad, Szwecja
Liczba postów : 35
PisanieTemat: Re: Sala kolorowych świateł   21.03.16 1:51

Zagłębiła się w rozmyślenia o dniu, który właśnie się kończył. Spokojna czytała jakie zaklęcia miała jeszcze do nauczenia się. Oczywiście biorąc pod uwagę to, że niestety nie wszystkich uczyli się na lekcji, Miranda starała się rozwijać także na własną rękę. Ćwiczyła czasem w pustych salach albo w swoim dormitorium. No raczej szanse na samotność były dość spore, jednak nie zawsze to wychodziło.
Kolejną sprawą były zanotowane zadania na kolejne dni. Panna Carlsson jako pilna uczennica, bez zawahania przekręciła stronę na swój grafik i zapisała puste miejsca. Trzeba jej przyznać, że była bardzo zorganizowana. Od tylu lat prowadzić ścisłą rozpiskę swoich codziennych czynności. No może nie przesadzajmy, że umieszczała tam obiad czy kąpiel, ale eseje do napisania, informacje, które miała sprawdzić. To aż cud, ze w tym momencie znalazła czas by sobie tutaj odpocząć. Czasem jednak Ślizgonka zdawała sobie sprawę, że taki miły relaks, jaki odczuwała w tym miejscu, zdecydowanie jej się przydaje. Może odetchnąć, wyciszyć się i bez problemu skoncentrować na planach.
Już zaczynała analizować notatkę z Eliksirów, która dotyczyła wywaru żywej śmierci... Niestety nie dane było jej dokończyć swojej lektury, gdyż w pomieszczeniu pojawiła się nowa osoba. Drzwi nie dały o sobie znać, ale bezgłośnie to nikt się nie porusza. Przez pierwszą chwilę nie mogła dostrzec kto tam stoi. Światła były tak ustawione, że drzwi były mało widocznym obiektem dla ciemnowłosej. Zmrużyła oczy, lecz nie było jej to potrzebne. Po głosie domyśliła się kto jest jej towarzyszem.
Zmarszczyła brwi nasłuchując słów wypowiedzianych przez Gryfonkę. Przewróciła teatralnie oczami i zaznaczyła palcem na kartce gdzie skończyła. Poprawiła się delikatnie i spojrzała w stronę dziewczyny.
- Jak mi przykro, że to akurat JA tutaj jestem - skomentowała przesadnie udając smutek. Za chwilę jednak na usta Mirandy, wrócił sarkastyczny uśmieszek, który zazwyczaj jej towarzyszył. - Wiesz, mam lepszy. - odparła odkładając zeszyt na bok - A może ty pójdziesz szukać sobie innego miejsca, bo niestety, ale TU jest zajęte. - zaproponowała spokojnie i po chwili ponownie wzięła do rąk swój dziennik.
Nie miała zamiaru zwracać uwagi na Reagan. Miała mieć spokojny wieczór, a nie trajkoczącą żmiję nad głową. Nie chciało jej się nawet kłócić. Najlepiej jakby po prostu wyszła i zajęła się swoimi sprawami. Mało jest pomieszczeń w Hogwarcie, które są przyjemne i fajne. Akurat dzisiaj Carlsson wybrała tą salę i jak na złość nie mogła odpocząć. Musiała się napatoczyć panna Bo-Jak-Ja-Chce-To-Tak-Ma-Być i rządzi się jak swoim. Oh Ślizgonka nie miała zamiaru dać tak łatwo za wygraną. Jeszcze by tego brakowało.
Spojrzała ponownie w górę i znów przed jej oczami ukazała się sylwetka Gryfonki.
- Jeszcze tu jesteś? - powiedziała od niechcenia, czekając aż jej nieproszona towarzyszka w końcu opuści salę.
Powrót do góry Go down
Lycoris Reagan

avatar
Gracz


Skąd : Londyn
Liczba postów : 390
PisanieTemat: Re: Sala kolorowych świateł   11.04.16 18:14

Nikt nie lubił, kiedy coś szło nie po jego myśli, a już na pewno nie Reagan, która przywykła, że jej zamierzenie okazało się trafne i niemal idealne. Niestety, tym razem musiała spotkać się z rozczarowaniem, które kłębiło się w jej ciele razem z mieszaniną innych emocji, w tym nieskrywanego niezadowolenia, którego nie miała nawet zamiaru ukrywać. Dodatkowo złość, że to właśnie Miranda musiała przebywać w tym pomieszczeniu, które z jakiegoś powodu przyciągnęło do siebie Liv. Serio, to mógł być każdy, mogłaby zdzierżyć towarzystwo każdego i nawet może podzieliłaby się tym pomieszczeniem, ale na miłość Godryka, nie Miranda, na której widok człowieka ogarniała cholera. Reagan od początku ich znajomości nie zapałała miłością do nadętej panienki, która zachowywała się tak, jakby połknęła kij od miotły. I ten jej pedantyzm, idealne planowanie każdego dnia. Jak można było nie mieć w sobie ni krzty spontaniczności? Czy to według niej było czerpaniem z życia? Uzależnienie od karteczek, na których zapisywało się godziny poszczególnych czynności? Ciekawe czy panna wyznaczała sobie również godzinę wydalania i sikania. Prawdopodobnie również ten perfekcjonizm denerwował narwaną Gryfonkę. Nie zazdrościła koleżance, bo osobiście nie miała czego, ale zwyczajnie w świecie szlag ją ogarniał, kiedy widziała ją z tymi wszystkimi notatkami i innymi kartkami. Czasem po prostu już tak było, że człowiek z jakiegoś powodu nie cierpiał innej osoby. To już nawet nie było takie nielubienie jak w przypadku Slughorna.
- Powinno być ci przykro. Ba, ty nawet powinnaś mnie za to przeprosić – rzuciła do dziewczyny. Bo jeśli ta faktycznie myślała, że Liv zaraz pójdzie, to była w błędzie. Głupia siksa z głupimi zapiskami. Ale przynajmniej mogła dostarczyć Gryfonce pewnej rozrywki, z której oczywiście ta miała okazję skorzystać – Chyba sobie kpisz. Nasiedziałaś się tutaj wystarczająco długo, inni ludzie też chcą skorzystać z tego pomieszczenia. Poza tym nie jest ono zbyt chaotyczne jak na twój uporządkowany do przesady świat? – zakpiła, dając tym samym dziewczynie do zrozumienia co uważa o niej i tym całym niepotrzebnym zorganizowaniu, które jej zdaniem jedynie utrudniało i zniewalało człowieka nie pozwalając mu całkowicie korzystać z życia.
- Wiesz, pasowałabyś bardziej do Hufflepuffu. Jesteś strasznie naiwna – rzuciła w jej stronę, wzruszając ramionami. Zaczęła chodzić po sali zupełnie nie przejmując się, że mogłaby narobić hałas, który utrudniłby skupienie Ślizgonce.
Powrót do góry Go down
Miranda Carlsson

avatar
Gracz


Skąd : Halmstad, Szwecja
Liczba postów : 35
PisanieTemat: Re: Sala kolorowych świateł   21.04.16 18:50

Spokój jaki panował w pomieszczeniu zanim wparowała wyszczekana Livica, był bardzo potrzebny Mirandzie. Ostatnio miała wiele do zrobienia i chciała chwilę odpocząć, bo zostało jej niewiele czasu by wrócić do dormitorium, a jak zwykle ktoś musi zakłócić to wszystko, bo tak. Najgorszym jednak wyborem był ta o to persona, do której ciemnowłosa żywiła bardzo negatywne uczucia. No, ale co poradzić, można to przełożyć jako rozrywkę. W końcu dobrą zabawą będzie drażnienie jej i pokazanie, że nie zawsze wygra. Jej psychiki nie złamie, a wręcz odwrotnie, jeszcze bardziej podbuduje i nakarmi swoją złością. Co poradzić, że Ślizgonka czerpała z takich rzeczy czystą przyjemność. Nie miała zamiaru przyjaźnić się z kimś takim, więc jej nerwy są dla niej wyjątkowym szczęściem. Trawiła na zły dzień, dzień w którym miała wiele do zrobienia i chciała się zrelaksować, dlatego takie są skutki.
Dziewczyna parsknęła teatralnie śmiechem na słowa Reagan. Wyobrażenia o tym jaka była hmm... władcza i taka pewna siebie. Jak można być tak pustym człowiekiem, by myśleć, że jak wielce się "obrazi" kogoś, to on od razu zrobi miejsce Jaśnie-Pani-L.
Żałosne...
Skwitowała to Miranda.
- Oh jakie to straszne, że biedna Gryfoneczka nie zastała swojego ulubionego miejsca pustego. - skomentowała jej monolog ironicznie. Uniosła beznamiętnie jedną brew, a na jej twarzy pojawił się wredny uśmieszek. Jeszcze by tego brakowało by Carlsson oddawała miłą kanapę komuś takiemu. Już wolałaby zaprosić do towarzystwa cały dom lwa niż wpuścić kogoś tak rozpuszczonego jak ta siksa. - Szukasz wymówki Reagon... Niestety, ale twój niski iloraz inteligencji nie pozwala by wymyślić lepszy powód czy ripost. Jak zastanowisz się co powiedzieć to wróć, nie chce mi się prowadzić rozmowy z kimś... takim - dodała ostatnie słowo z widocznym obrzydzeniem.
Machnęła ręką i wróciła do swojej lektury. Bez zawahania zaczęła przekręcać kartki, czytać i analizować. Nie miała zamiaru odpuszczać czy też ulotnić się z tego miejsca. Pewne zasady powinny panować, ona dopiero co tu przyszła i się rozgościła. Miejsce zmieniło się na jej życzenie, a nie tej nędznej dziewczyny. Albo poczeka na swoją kolej albo będzie sobie tak stała... czy chodziła i szukała jakiegoś ciekawego rozwiązania pt. "jak tu wypłoszyć Ślizgonkę". Chyba nie doczeka się szczęśliwego zakończenia.
Powrót do góry Go down
Lycoris Reagan

avatar
Gracz


Skąd : Londyn
Liczba postów : 390
PisanieTemat: Re: Sala kolorowych świateł   05.07.16 17:26

Pojawienie się Liv w jakimkolwiek miejscu wiązało się z nastaniem chaosu. Właśnie tym była. Burzą, która potrafiła rozpętać piekło w najmniej oczekiwanym momencie, niszcząc wszystko na swojej drodze. Wiedział o tym Slughorn, wiedział o tym Darren, wiedzieli o tym niemal wszyscy. Przynajmniej ci bardziej kumaci i inteligentni, bo po kimś pokroju Ślizgonki naprzeciwko człowiek nie mógł oczekiwać zbyt wiele. Jak zresztą po większości przedstawicieli tego domu, którzy dziwnym trafem zawsze myśleli, że byli najlepsi. Przypadek? Liv w takowe nie wierzyła, ale przecież głupcy zawsze najbardziej są przekonani o swojej wspaniałości, chcąc usilnie zademonstrować ją wszystkim na około. Czyli ostatecznie Miranda wylądowała w domu, w którym siedziała. Chociaż zielony zupełnie nie był jej kolorem, ale sądząc po jej sposobie ubierania się, niekocenie posiadała coś takiego jak wyczucie smaku.
Zapewne gdyby Liv poświęciła chwilę na poważne rozważania, zaczęłaby się zastanawiać, czemu właściwie nie lubi się z tą pannicą. Już nie chodziło o to, że należały do dwóch nielubiących się domów. Pewnie chodziło o charaktery, ale serio, Reagan miała lepsze rzeczy do roboty niż roztrząsanie powodów swojej nienawiści do danej persony. Teraz na przykład chciało jej się śmiać słysząc słowa koleżanki od siedmiu boleści.
- Straszna w tym momencie to jest twoja fryzura. To smutne, że tam u siebie w podziemiach nie macie luster. Ale może to i lepiej – rzuciła chodząc po klasie. Wędrowała na około Ślizgonki, niczym drapieżnik zbliżający się do ofiary małymi kroczkami. Podobno nic na siłę, chociaż sama obecność cizi była wkurwiająca. – Zabawne, że starasz się pozować na kogoś znacznie inteligentniejszego od innych, a wychodzi ci to jeszcze gorzej niż Slughornowi podchody miłosne. Nie pomyślałaś, że poziom riposty zależy od poziomu osoby, do której jest kierowana? – Spojrzała na nią chłodno. Jak fajnie byłoby podejść i wyrwać jej kłaki. Albo rzucić czar, dzięki któremu z jej głowy wyłaziłyby obleśne macki. Liv się nudziła. Miranda była nudna. Nudniejsza niż zapiekanka z siekanej wątróbki, chociaż równie obrzydliwa. Wyciągnęła różdżkę, nie przestając krążyć. Czar. Jaki czar.
- Wiesz… czasem mam wrażenie, że przydałoby się ochłodzić twój nie dość dobry temperament. Aquamenti – wcale nie przejmowała się faktem, że i książki mogły ulec zniszczeniu. Notatki? Też miała je gdzieś. Zadowolona z siebie odwróciła się i skierowała ku drzwiom. – Śmierdzisz mokrym psem – rzuciła jeszcze i wyszła. Może i oddała to miejsce, ale miała z tego satysfakcję.

z/t
Powrót do góry Go down
Sponsored content



PisanieTemat: Re: Sala kolorowych świateł   

Powrót do góry Go down
 Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Erised :: Fabuła :: Hogwart :: Szóste piętro-
Skocz do: