Share | 
 
Główna ulica
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość
Felix Lockwood

avatar
Mod


Skąd : Chelmsford
Liczba postów : 784
PisanieTemat: Główna ulica   20.11.15 23:36

Główna ulica
Główna ulica najpopularniejszego magicznego miasteczka w Wielkiej Brytanii. Stąd dotrzesz do większości najpopularniejszych sklepów i knajp. W dniach wycieczek z Hogwartu potrafi być tu naprawdę tłoczno. W okresie jesienno-zimowym, kiedy na dworze szybko robi się ciemno, latarnie i światełka porozwieszane na budynkach tworzą niepowtarzalny klimat, nomen omen, magiczny.
Powrót do góry Go down
Felix Lockwood

avatar
Mod


Skąd : Chelmsford
Liczba postów : 784
PisanieTemat: Re: Główna ulica   21.11.15 1:37

Kiedy wyszli z Miodowego Królestwa, chłodne, listopadowe powietrze omiotło ich rozgrzane ciała. To było ważne, biorąc pod uwagę to, jak wysoka temperatura była między nimi. Co prawda Felixowi to nie przeszkadzało - ba, nie odmówiłby dodatkowego podwyższenia tej temperatury, rozpalenia samego Serpensa do granic możliwości, ale teraz chodziło przecież o coś innego. I skupienie wcale nie byłoby złe.
Tu nie było nauczycieli, na każdym kroku dopatrujących się łamania regulaminu, nie było uczniów, którzy kochali plotki... Byli anonimowi na tej stosunkowo pustej ulicy. Gryfon nie sądził, żeby kogoś obchodziło, co robili, nie miał też pojęcia, jak się na tę sytuację zapatrywał Serpens, ale potrzebował się przytulić. Tak po prostu, tu, teraz, wtulić nos w obojczyk chłopaka, którego zapach przyprawiał go o zawrót głowy i nie martwić się konsekwencjami. Nie mieli zobowiązań, nie mieli czego się bać, nie mieli powodu, by się ukrywać. Chciał z tego korzystać, najlepiej od zaraz.
Odnalazł wzrokiem miejsce będące celem całej ich wyprawy, ale nie chciał jeszcze tam iść. Potrzebował nacieszyć się tą wolnością, jaką dawała świadomość, że przez tę chwilę nie wiążą ich żadne zasady, żadne obawy o cudze opinie, nic. Powiew świeżego powietrza był kojący i nie miał zamiaru pozbywać się go tak szybko.
Ruszyli w dół ulicy, najpierw zwyczajnie idąc obok siebie, a potem Felix zaczął szukać dłoni Krukona, by móc ją złapać i najlepiej już nie puszczać. Uwielbiał jej ciepło i dotyk, jaki oferowała, i to, czego zapowiedź mogło nieść jej uchwycenie. Była symbolem, jakiego teraz potrzebował.
Pod płotem stało kilka pieńków, które miały tę przewagę nad ławką, że mogli siedzieć nie obok, a naprzeciwko siebie. Zaproponował zajęcie ich i dopiero po chwili zauważył, że kiedy tam siedzieli, mieli idealny widok na Hogwart. Wydało mu się to zabawne, choć niezbyt przyciągające uwagę, mimo wszystko. W konkursie na najlepszy widok, Serpens bił w tej chwili na głowę wszystko i wszystkich. Cóż poradzić.
- Masz ochotę sprawdzić teraz te papierosy? - zaproponował, analizując jednocześnie kolor jego oczu. Chciał zapamiętać każdy element jego twarzy, całego jego ciała, żeby potem móc wrócić do dormitorium i przelać wszystko na papier. To miało dać namiastkę jego obecności wtedy, kiedy nie będą mogli być razem. I niewątpliwie zapewni całkiem ciekawe sny. Na razie jednak lepiej było zająć się kreowaniem rzeczywistości.


do i know what i'm doing?
Powrót do góry Go down
Serpens Lucifer Burke

avatar
Gracz


Skąd : Reykjavík, Islandia
Liczba postów : 142
PisanieTemat: Re: Główna ulica   21.11.15 11:58

Nigdy nie doświadczył tylu uczuć i pożądania, więc nie umiał się po tym poruszać. Obawiał się za każdym razem, że to nie jest odpowiedni moment na kolejne słowa, gesty i wyznawanie pragnień. Nie wiedział jak to działa, więc się tego obawiał. Tym bardziej, że Felixowi wszystko przychodziło naturalnie i niewymuszenie, tak przynajmniej wydawało się Serpensowi. Niby nie było granicy, ale jeszcze prócz niej było wiele innych rzeczy. Lęki z przeszłości, które paraliżowały i nie pozwalały na więcej, ale nie tylko.
Po matce miał uśmiech. Zawsze ojciec mu o tym przypominał ganiając go z żyletką, a pierwsze słowa jakie usłyszał od ciotki również o tym traktowały. Nienawidził go, a jednocześnie był jedynym co miał po niej.
- Tak - powiedział pewnie i ostatnie o czym by pomyślał, że przez snucie takich planów można wyjść na mięczaka. Dla niego wymagało to czegoś zupełnie innego - Chciałbym bardzo - dodał już łagodniej, zastanawiając się kiedy on przestanie bać się zadawania takich pytań po których można zostać łatwo odepchniętym albo przyciągniętym jeszcze bliżej.
Skoro zabraniał to nie mówił już nic głośno, jednak z myślami było już gorzej. Ich nie dało się kontrolować w tak prosty sposób jak słowa. Zastanawiał się skąd w Gryfonie takie przekonanie o tym, że jest z tych dobrych ludzi, ale na dowiedzenie się tego przyjdzie czas. Jeżeli nie dziś to później. Bo choć może to było niewłaściwie, bo żadne deklaracje nie padły, to jak zaczynał myśleć na przód to zawsze pojawiał się tam Felix. Nie wiedział czy to jest potrzebne w ogóle, te deklaracje i zapewnienia, bo choć przyjemnie było to usłyszeć to ważniejszym i tak było to co się działo między nimi w jakim kierunku podążało. Chyba. Tak myślał. To wszystko było nowe, więc nie wiedział jak być powinno. Jednak chciał się przekonać i w tym odnaleźć…
Nie chciał iść po prostu obok niego, chciał złapać go za rękę, przytulić, musnąć w przelocie jego wagi czy pogładzić po dłoni. Miał w głowie jednak mocno nakreślone, że tak nie można. Ojciec wtłoczył to w niego i choć czasem nie mógł się powstrzymać tak teraz będąc na głównej ulicy, gdzie wszyscy mogli ich zobaczyć poddawał się temu. Trzymał niewielki dystans w obawie, że jak będą za blisko to spotka ich z tego powodu coś złego. Sobą się nie przejmował, chodziło mu tylko o Felixa. Nie chciał, aby to coś złego dosięgnęło Gryfona. Bał się nawet złapać go za rękę, ale kiedy poczuł ciepło jego palców na swojej dłoni wszystkie obawy uleciały. To nie mogło być złe, po prostu nie mogło.
- A jak ktoś nas zobaczy? - nie chciał puszczać jego dłoni, ale chciał wiedzieć co myśli o tym Felix. Jeszcze mocniej ścisnął swoją, ciasno oplatając jego palce - Ktoś, kiedyś zrobił mi krzywdę za to, że trzymałem przyjaciela za rękę. I jemu też. Nie chcę, abyś musiał przeze mnie znosić coś podobnego - jego wyobrażenie świata było skrzywione przez ojca i w takich chwilach było to doskonale widać. Walczył ze sobą nie wiedząc czy dobrze robi trzymając go za rękę w miejscu gdzie inni mogą to zobaczyć, ale jednocześnie czuł, że to nie może być złe. Pogładził go kciukiem po wierzchu dłoni nie chcąc jej ani na chwilę puścić. Chciałby, aby tak było zawsze.
Dał się prowadzić, naprawdę nie było ważne dokąd zmierzają. To nie był jego pierwszy raz w Hogsmeade. Wcześniej jednak niekoniecznie mu się spodobało. Tłum uczniów i hałas. Tyle zapamiętał, ale teraz było inaczej. Miał przy sobie Felixa, nikt nigdzie się nie śpieszył i mógł spokojnie poznać lepiej wioskę. Nie oddawał się jednak tej możliwości całą swoją uwagę skupiając na Gryfonie. Usiadł na pieńsku naprzeciwko niego, stały one blisko, więc siłą rzeczy stykali się kolanami. Nie było to złe, niemniej poczuł, że robi mu się cieplej niż wcześniej. Starał się tego nie pokazywać, ale z drugiej strony nie widział powodu dlaczego miałby ukrywać to jak on działał na niego.
- Co powiesz na jednego? - w żadnym wypadku nie chodziło o to, że żałował mu papierosa, chciał nie tylko pamięcią wrócić do ich pierwszego pocałunku. Później zawsze mogą sięgnąć po kolejnego. Wsunął papierosa między wargi Felixa i odpalił mu go różdżką. Gdyby choć chwilę poświecił widokowi na pewno uznałby, że Hogwart to naprawdę ogromny zamek. I nawet z takiej odległości wyglądał na potężny i nadal robił ogromne wrażenie. Nie patrzył w tamtym kierunku skupiając spojrzenie tylko i wyłącznie na Felixie - Jesteś jak marzenie senne i boję się, że jak kolejny raz otworzę oczy to znikniesz.
Powrót do góry Go down
Felix Lockwood

avatar
Mod


Skąd : Chelmsford
Liczba postów : 784
PisanieTemat: Re: Główna ulica   21.11.15 13:55

Najwyraźniej żaden z nich nie wiedział, co robi. Nic dziwnego, skoro Felix do tej pory nauczył się jedynie tego, jak się ukrywać i jak nie mówić za dużo. Wtedy mu to nie przeszkadzało, teraz nawet bardzo, więc nie mając pojęcia, jak to zmienić, po prostu robił wszystko to, czego wcześniej nie mógł. To był prosty system i dopiero miało się okazać, czy skuteczny, na razie jednak wychodziło całkiem nieźle. Lista zakazów, które chciał łamać, a które były takie ważne kilka miesięcy temu, była długa. To dawało pole do popisu.
Bał się myśleć o przyszłości. Nie jakoś bardzo, tak trochę. W przyszłości mogło zdarzyć się wszystko i to wcale nie musiało oznaczać czegoś dobrego. Chociaż jeśli już pozwalał sobie wybiegać myślami o kilka dni lub tygodni naprzód, to tylko po to, żeby wymyślać, co mogliby razem zrobić. Może to było ryzykowne i dawało jakąś nadzieję, która może nie miała podstaw, ale... Było przyjemne. Bardzo.
- Nic się nie stanie - stwierdził stanowczo. Co prawda nie mógł wiedzieć, czy ma rację, ale mocno chciał w to wierzyć. Z tego, co zdążył zauważyć do tej pory, problemem zwykle wcale nie była płeć osób będących zbyt blisko. Status społeczny, czystość krwi - owszem. Ale tu, w Hogsmeade, nikt ich nie znał, nikt nie wiedział, jak to wygląda w ich przypadku, więc było bezpiecznie. Zresztą sam Felix nie miał pojęcia, jaki stosunek do tych kwestii ma Serpens. Co, jeśli jest dobrze urodzony i kiedy się dowie, że Gryfon ma całkowicie mugolskie korzenie, uzna to za ważniejsze od tego, co ich łączy...? Nie. Nie mógł tego brać pod uwagę, nie teraz.
Chciał wiedzieć, jak działa na Serpensa. To było ciekawe, odnajdowanie podobieństw i różnic w odczuciach, które i tak prowadziły mniej więcej w tę samą stronę. Teraz jednak dostawał stosunkowo mało informacji, zwłaszcza że niewiele było okazji do rzeczywistego, fizycznego działania na chłopaka. Ale koniecznie chciał sprawdzić, jak bardzo dwa ciała mogą na siebie oddziaływać. I sprawdzi. Tylko nie teraz.
- Czytasz mi w myślach - zaśmiał się, myśląc o tej palecie uczuć, jakie pojawiły się wtedy, za pierwszym razem, kiedy zwykłe palenie zapoczątkowało coś tak intensywnego. Najpierw bezmyślne poddanie się, potem szok, poczucie winy, a na końcu trwające najdłużej pragnienie, niezaspokojone do teraz. Teraz wejdzie w to świadomie, bez zastanawiania się, czy działa właściwie - coś, co było tak cudowne, nie mogło być niewłaściwe, po prostu.
Zaciągnął się, ale to jeszcze nie miało prowadzić do pocałunku. Najpierw chciał sprawdzić, czym były te magiczne właściwości, które mu obiecano. Kiedy dym opuścił jego płuca, a ich dłonie znów się zetknęły, chyba się dowiedział.
Za każdym razem dotyk Krukona niósł ze sobą przyjemne dreszcze. Teraz było w pewnym sensie inaczej. Ten dotyk był delikatny, absolutnie niewinny, a jednocześnie odczuwalny o wiele mocniej, niż jeszcze przed chwilą. Jakby jedno zaciągnięcie się wystarczyło, żeby wyostrzyć zmysły, zintensyfikować nawet najłagodniejsze doznania, zwiększyć świadomość własnego ciała. Jeśli to rzeczywiście tak działało... Opłacało się je zdobyć, zdecydowanie.
- Spodoba ci się - uznał ze śmiechem. Zbliżył się nieco, żeby szepnąć mu do ucha: - W takim razie zamknij oczy i sprawdź.
Zaciągnął się raz jeszcze, tym razem mocniej. Kilka sekund później wdmuchiwał dym do płuc Serpensa, utwierdzając się jednocześnie w przekonaniu, że miał rację co do właściwości ziół, jakie wpakowano do papierosa. Był ciekawy, jak chłopak zareaguje, kiedy sam poczuje to, co on. A musiał przyznać, że był to najlepszy, najbardziej intensywny pocałunek, jaki kiedykolwiek się zdarzył. Bez dwóch zdań.


do i know what i'm doing?
Powrót do góry Go down
Serpens Lucifer Burke

avatar
Gracz


Skąd : Reykjavík, Islandia
Liczba postów : 142
PisanieTemat: Re: Główna ulica   21.11.15 20:26

Serpens nigdy nie miał z kim się ukrywać, zawsze chodziło o seks i układ był prosty. Ten sam schemat, któremu się nie sprzeciwiał, bo jeżeli miał do wyboru go albo nic… Tak rozpaczliwie pragnął drugiego człowieka, że zgadzał się na wszystko licząc na to, że tym razem będzie inaczej. Jednak Felix nie chciał tego od niego. Chociaż może i chciał, ale to nie było najważniejsze. To już czyniło go kimś wyjątkowym, ale to oczywiście nie wszystko. Było tego więcej i było coś jeszcze co obaj musieli poczuć w noc Halloween, bo wtedy wszystko się zaczęło.
Na usta cisnęło się pytanie skąd możesz wiedzieć? Ale ta pewność w głosie Gryfona była tak mocna, że potrzeba zadania go uleciała bardzo szybko.
- Chciałbym móc przejść tak szkolnym korytarzem bez pogardliwych spojrzeń i oglądania się za nami. Dziewczyna z chłopakiem nie wzbudzają odrazy, nawet dziewczyna z dziewczyną, ale chłopak z chłopakiem… Nie boisz się tego? - miał w głowie słowa ojca, który po tym jak go zranił wygłosił swoje zdanie na temat par jednopłciowych. Jak wciskał w jego umysł, że to najobrzydliwsza rzecz pod słońcem. Jego obawy były zupełnie różne od tych Felixa, nie chodziło w nich o status społeczny, ani czystość krwi. Nawet przez myśl mu nie przeszło, że to może mieć jakieś znaczenie. Przyjął nazwisko rodzinne, ale nie ich poglądy. Chciał w ten sposób zakończyć rozdział swojego życia, gdzie najważniejszą osobą był zawsze i niezmiennie ojciec. Ten który go krzywdził, szydził z niego i na każdym kroku pokazywał, że jest nic nieznaczącym robalem. Na początku ucieszył się kiedy znalazł się w Wielkiej Brytanii, ale z czasem okazało się, że to wszystko nie jest takie piękne i kolorowe. Dziadek go odepchnął, a jedyną przychylną osobą z rodziny była ciotka. Niektóre dzieciaki z rodów rady dwunastu patrzyły na niego mało przychylnie. W końcu był półkrwi. Miał ojca mugola, a jego matka została wydziedziczona, po tym jak z nim uciekła i wzięła ślub wbrew woli seniora rodu. Swojej złości, rozczarowania i gniewu wyniesionego z rodzinnego domu nie przenosił na innych. Kumulował ją i pielęgnował, najgorzej będzie kiedy w końcu coś w nim pęknie. Było jej wiele, ale ciągle za mało, aby tak się stało teraz. Rolę ojca przejął dziadek, który wypowiadając trzy słowa potrafił wgnieść go w podłogę. Był jeszcze podlejszy niż Malte - Nie może być w tym nic złego? Nic innego poza tym, żebyśmy nie mogli tak przejść się po szkole czy błoniach. To przyjemne nie musieć się hamować przed tym na przykład - przyciągnął jego dłoń do swoich ust i delikatnie pocałował. Odmawianie sobie takich drobnych gestów wśród ludzi było trudne, ale wiedział, że będzie musiał sobie jakoś z tym poradzić.
Samo patrzenie jak Gryfon się zaciągał było przyjemne. Skupił się na jego ustach o których marzył przez te kilka dni. Lekko rozchylone pobudzały dodatkowo wyobraźnię, mimowolnie przygryzł wargę nie mogąc oderwać od tego widoku wzroku. Jednak na jego słowa przymknął niepewnie oczy, bojąc się tego, że jak je otworzy za chwilę to zostanie sam. Nie czekał długo jak poczuł usta Gryfona. Rozchylił lekko wargi i poddał się temu. Początkowo nie widział o czym mówił Felix, ale nie musiał długo czekać. Nie sądził, że może poczuć Felixa jeszcze bardziej intensywnie niż do tej pory i każdy dotyk może jeszcze mocniej palić skórę. Prawą dłoń wplątał w jego włosy, a drugą gładził szyi i karku.
- Nie wiem co jest w tych papierosach, ale powinno być zabronione - powiedział między pocałunkami, które wyznaczały drogę po szyi Gryfona, zatrzymał się przy uchu i drażnił oddechem jego płatek. Przysuwał się z każdą chwilą, ale coś nie do końca mu poszło, bo zamiast cieszyć się z ciepła jego ciała odepchnął Felixa i zanim zdążył zareagować poleciał za nim. Koniec końców byli teraz blisko, ale nie chodziło mu o to, żeby zrzucić go z pieńka na plecy i samemu na niego upaść - Wybacz, to… Nie chciałem, naprawdę - miał ochotę zapaść się pod ziemię zamiast się tłumaczyć z tego co się zadziało. Sam nie do końca wiedział jak to się stało, że Felix leżał plecami na ziemi, a on na nim. Wstał niemal od razu i wyciągnął do niego rękę, aby mu pomóc się podnieść, było tak miło, ale z jego powodu skończyło się jak zawsze.
Powrót do góry Go down
Felix Lockwood

avatar
Mod


Skąd : Chelmsford
Liczba postów : 784
PisanieTemat: Re: Główna ulica   21.11.15 21:34

Dobrze, że nie zapytał, skąd Felix wie. Bo przecież nie wiedział, nie miał pewności, nie mógł wiedzieć, ale miał bardzo silną potrzebę utrzymania Serpensa w kokonie bezpieczeństwa, gdzie nie działo się absolutnie nic złego, nigdy. I gdyby coś miało się stać, to on go obroni, tak po prostu. Będzie jego tarczą przed całym złym światem.
- Nie, nie boję się - odparł z całym przekonaniem, na jakie było go stać. - Będę z tobą, to wystarczy - dodał, jakby to wyjaśniało wszystko. A może rzeczywiście wyjaśniało? Może było odpowiedzią na wszelkie wątpliwości, lęki i głupie spojrzenia. Jasne, teraz mogli sobie teoretyzować, a kiedy wrócą do zamku, pogląd na całą sytuację może się zmienić, ale... Ale teraz ta teoria brzmiała przekonująco i tak bardzo oczywiście.
Żałował, że wszyscy nie mogli mieć takiego nastawienia, jak jego matka. Uwielbiała opowiadać przy świątecznym stole, jak przedszkolanka z oburzeniem skarżyła się, że mały Felix całuje w łazience koleżanki i kolegów. To była rodzinna anegdota, z którą nikt nie miał problemu, ba, którą wszyscy uważali za uroczą, również wtedy, gdy się okazało, że kilkanaście lat później chłopaka wciąż ciągnęło do kolegów, zresztą o wiele bardziej, niż do koleżanek. I to było w porządku, od początku do końca. Skąd więc u niektórych przekonanie, że jest wprost przeciwnie?
Uwielbiał te cudne małe gesty, które sprawiały, że czuł się ważny i potrzebny. Nie miał pojęcia, dlatego takie działanie ma tak kojący wydźwięk, w końcu to tylko dotyk ust na skórze dłoni, ale jednak miało. I nie przyjmował do wiadomości, że musiałby z tego zrezygnować. Nie było mowy.
- Więc się nie hamuj. I mówię poważnie.
To brzmiało tak banalnie i bezproblemowo. Ale, mimo że nie uznawał żadnej agresji, naprawdę byłby w stanie bić się z kimś, komu nie pasowałoby to, co robi Serpens. Uznawał to za ich święte prawo i już.
Czuł na sobie wzrok Krukona i bardzo chciał, żeby ten błądzący po jego ciele wzrok został zamieniony na dotyk dłoni. Nic nie mógł poradzić na to, że nie był w stanie myśleć o czymkolwiek innym, zresztą drażniło go, że na tych myślach się kończyło. Wiele by oddał za chwilę prywatności i możliwość dostania wszystkiego, na co ma ochotę. Włączał mu się podobny instynkt jak wtedy, kiedy potrzebował alkoholu. Przestawało mieć znaczenie, co wypada, a na pierwszy plan wysuwało się pragnienie, tylko i wyłącznie.
Intensywne odczucia związane z pocałunkiem i jego dłońmi we włosach i na szyi nieco złagodziły ten niepohamowany głód. Nie na długo, ale przynajmniej trochę.
- To chyba jest zabronione - zaśmiał się bezgłośnie, nie będąc w stanie wydobyć głosu z zaciśniętego pożądaniem gardła. Jeśli tak było czuć sam oddech i to tylko na uchu, to jak będzie czuć...?
Tak. I wtedy właśnie poleciał na trawę. Zabolało, bo substancje w papierosie nie wzmacniały przecież tylko tych przyjemnych odczuć. Bardziej jednak od uderzenia i mokrej trawy czuł na sobie przyjemny ciężar leżącego na nim chłopaka. Ciężar, który zniknął niemal równie szybko, co się pojawił - a szkoda.
Podniósł się do pozycji siedzącej i, patrząc na zmieszanego Serpensa, zaczął się śmiać. Nie było jednak w tym śmiechu nic z drwiny, ironii czy czegokolwiek innego, co można by odebrać źle. Nie. To był szczery, lekki śmiech, bo to, co się stało, wydawało mu się niesamowicie zabawne. Złapał wyciągniętą rękę, ale nie po to, żeby wstać, wręcz przeciwnie.
- Zamknij się i chodź tu - rzucił z uśmiechem, żeby po chwili znów czuć na sobie Krukona i móc wrócić do całowania tych cudnie miękkich ust, tym razem jednocześnie błądząc dłońmi wsuniętymi pod koszulkę, po jego plecach. Ciekawe, jak długo efekt papierosa będzie się utrzymywał.


do i know what i'm doing?
Powrót do góry Go down
Serpens Lucifer Burke

avatar
Gracz


Skąd : Reykjavík, Islandia
Liczba postów : 142
PisanieTemat: Re: Główna ulica   22.11.15 0:02

Nie ważne, że nie wiedział. Pewność w jego głosie wystarczyła i nie potrzebował dodatkowych zapewnień. Wierzył mu i nie miał żadnych podstaw do tego, żeby tego nie robić. Nie sądził, aby Gryfon coś mówił dlatego, żeby było mu lepiej. Albo, że okłamałby go specjalnie. Chciał, aby tak pozostało jak najdłużej, żeby samymi słowami też potrafił go wprawić w lepszy nastrój. Bo pocałunki i dotyk to sprawiały, co do tego nie było żadnych wątpliwości. Chciał też mocno żeby kolejne słowa były najprawdziwsze. Żeby nie musiał doświadczać wszystkich upodleń raz jeszcze, mimo że nie było to dobre doświadczenie był na nie przygotowany, a przynajmniej starał się. Zawsze to lepsze niż upadek z bardzo wysoka. Ludzie, nawet ci najlepsi zawodzili. To oznaczało, że nigdy nie mógł się cieszyć w pełni z niektórych rzeczy, ale taka była cena tego jakich ludzi poznał w przeszłości. Malte nie był jedynym, który wyrządził mu krzywdę psychiczną. Z fizyczną nauczył sobie radzić, a i jej doświadczał tylko od niego.
- Może przy tobie też przestanę - bardzo tego chciał, ale nie wiedział czy strach nie będzie paraliżujący. Oczywiście chęć złapania go za rękę czy delikatnego muśnięcia policzka będzie silna, ale bał się i nie wiedział czy będzie umiał to przezwyciężyć. Co innego było kiedy następnego dnia po Halloween spotkali się przy fontannie. Wtedy nikogo przy nich nie było, więc pozwolił sobie na pocałowanie go w rękę. Inaczej było przejść się korytarzem pełnym uczniów. Chciał tego, ale nie rozumiał dlaczego tylko on się boi. Pewnie gdyby usłyszał anegdotę z dzieciństwa Felixa byłoby prościej. W jego historyjkach nie było niczego zabawnego, żadnego zrozumienia ze strony ojca nie dostawał. A nikogo więcej nie miał i kładło się to cieniem na teraźniejsze relacje. Dlatego tak się obawiał wyjścia z przejścia łączącego szkołę z Hogsmeade. Znalezienie się wśród ludzi oznaczało automatycznie, że będzie musiał się pilnować i hamować. Dobrze, że Felix pokazał, że tak nie trzeba. Co prawda teraz odwagi dodawał mu fakt, że nikt ich nie znał i istnieje nikła szansa, że wpadnie na kogokolwiek z tych ludzi raz jeszcze. Przed kilkoma minutami myślał, że nie będzie mógł iść z Gryfonem za rękę, a teraz cieszył się każdą kolejną chwilą - Chciałbym.
To był tak mocno przyjemne i za nic nie chciał przerywać, aby wrócić do rzeczywistości. Najchętniej pokazałby Gryfonowi jak teraz usta drażniłyby każdy kawałek jego ciała. Nie tylko te odsłonięte w tej chwili, najchętniej pozbył się jego koszuli, na początek… Byli jednak na zewnątrz, a nie w przyjemnym miejscu gdzie Serpnes mógłby spokojnie znaleźć te najwrażliwsze punkty na jego ciele. Już nie raz to robił we śnie, ale wtedy to było tylko wyobrażenie, rzeczywistość była o niebo lepsza. Musiała być.
Mógł być wysoki, ale pomimo tego zrobił się teraz bardzo mały. Było mu tak przyjemnie, a przyspieszony oddech Gryfona wskazywał na to, że jemu również, ale musiał to popsuć. Jeszcze w tak mało spektakularny sposób. Nie spodziewał się zupełnie, że Felix może zacząć się zacząć z tego wszystkiego śmiać. Dla niego było to istne pogrążanie się w jego oczach, ale widać znów za mocno coś wziął do siebie. Musi wyluzować. Bo jeszcze zanim opuści szkołę pierwsze siwe włosy pojawią się na jego głowie. Merlinie… był jeszcze na to za młody. Absurd tego, że tak się przejmował zaczął do niego dochodzić i dopiero po kilku chwilach przyłączył do śmiechu Felixa.
Chętnie przystał na jego propozycję i zamknął się, aby przestać pogrążać się w słowach. Oddawał się jego pieszczotom i za nic nie chciał, aby przerywał. Wyrwał mu się z gardła pomruk zadowolenia, kiedy dłonie wsunął pod koszulkę. Nie umiał się więcej powstrzymywać i tych pomruków było więcej. Gdyby ktoś teraz kazał mu powiedzieć sensowe zdanie wyśmiałby go z miejsca. Samo przedstawienie się w tym momencie nie było proste. Na szczęście nie musiał tego robić i mógł całą swoją uwagę skupić na Felixie - Chciałbym ci dać tego jak najwięcej - on również sunął dłońmi po jego nagim ciele, ale to nie było to co w pełni chciał mu dać. Było to takie irytujące.
Powrót do góry Go down
Felix Lockwood

avatar
Mod


Skąd : Chelmsford
Liczba postów : 784
PisanieTemat: Re: Główna ulica   22.11.15 0:46

Nie było co gdybać. Miał ochotę wrócić teraz do szkoły, stanąć na środku Wielkiej Sali i trzymać Serpensa za rękę, całować go, wtulać twarz w to milutkie miejsce na jego szyi. Nie żeby pokazać wszystkim innym, że nic sobie nie robi z ich zdania na ten temat, ale by udowodnić Krukonowi, że nie ma się czego bać. Przebywali w szkole z całym tłumem nauczycieli, pod właściwie ciągłym nadzorem, co mogło się stać? Jasne, pół roku temu się stało, a wcześniej działo się sporo rzeczy, które doprowadziły do tragedii, ale to była inna sytuacja. W zaadaptowanym budynku kontrolowali ich jakby mniej, nauczycieli było raptem kilku, wszyscy mieli problem z przywyknięciem do nowej sytuacji i wiele zachowań, które nie powinny mieć miejsca, przechodziły bez echa. Ale to było coś innego. Teraz było bezpiecznie. I obaj musieli się tego nauczyć.
Właściwie przebywanie tu było torturą dla nich obu. Że też zachciało mu się wymyślać jakieś wyjścia... Trzeba było znowu zaciągnąć go do jakiegoś miłego pokoju, w którym byliby sami i mogliby tak po prostu się sobą nasycić. Ale nie, wymyślił sobie wycieczki, jakieś cuda-wianki, zamiast zwyczajnie pamiętać o tym, że najprostsze rozwiązania są najlepsze. I teraz musiał cierpieć tak, jak na to zasługiwał - całe jego ciało było rozpalone, ale nie mógł znaleźć ukojenia. Nie to nie. Felix, idioto. Tak bardzo wydawało mu się, że to będzie fajne! To wszystko, co wymyślił, że sobie porozmawiają, że coś tam. I w normalnej sytuacji jasne, to miałoby sens, tyle że to nie była normalna sytuacja, a moment, w którym pożądanie pożerało rozum.
Zrzucił go z siebie, żeby móc usiąść mu na biodrach i patrzeć na niego, podczas gdy jego dłonie znów wsunęły się pod koszulkę Serpensa, dotykając naznaczoną bliznami skórę brzucha. Kilka centymetrów w górę i lekki nacisk na żebra, a potem kilka centymetrów w dół, do granicy spodni. Materiał i okoliczności mocno krępowały jego ruchy, co niemożliwie go irytowało. A to było ciekawe zjawisko, bo on jednak zwykle poirytowany przecież nie bywał.
Niebo zdążyło przybrać barwę granatu, gdzieś tylko daleko na horyzoncie odcienie różu i fioletu przypominały o słońcu. Chłodny wiatr wdzierał się pod niezapięte szaty, przypominając, że są na dworze w listopadowy wieczór. Gdzieś w oddali ktoś zawołał "weźcie sobie pokój!" - i chyba to najbardziej go otrzeźwiło. Nie mógł pozwolić sobie na zbyt wiele tu, na trawie, publicznie w Hogsmeade. Zdecydowanie nie. Niechętnie, ale wstał i pomógł podnieść się Serpensowi.
- Cierpliwości - powiedział mocno zachrypniętym głosem. Odchrząknął, ale niewiele to pomogło. - Pomyślałem, że możemy coś zjeść i, no wiesz, pogadać, poznać się trochę, a potem wrócić do zamku i... - zaciął się, nie do końca umiejąc ubrać myśli w przyzwoite słowa. - Kontynuować poznawanie się? - dokończył ze śmiechem, mając świadomość, jak głupio to brzmiało. Nie potrafił jednak powiedzieć tego, co naprawdę myślał. Jeszcze nie.


do i know what i'm doing?
Powrót do góry Go down
Serpens Lucifer Burke

avatar
Gracz


Skąd : Reykjavík, Islandia
Liczba postów : 142
PisanieTemat: Re: Główna ulica   22.11.15 23:43

Niektóre rzeczy były dla niego oczywiste, inne mniej, a resztę poznawał i tłumaczył sobie tak jak było mu wygodnie. W tej kwestii miał jedynie niemiłe doświadczenie, którego za nic nie chciał powtórzyć. Nie ważne, że ojciec był daleko, to nadal w nim było. A kiedy Felix zapewniał go w tym wszystkim nie mógł mu nie uwierzyć. Mógł to dodać do swojej listy nigdy. Nie chodził o to, że nigdy nie trzymał nikogo za rękę w miejscu publicznym, a o to, że nie robił tego z osobą na której mu zależało. Innym zawsze tego zazdrościł, ale przełykał tylko gulę rosnącą w gardle i nic z tym nie robił. Tak się działo, a on po pewnym czasie się z tym pogodził, a przynajmniej myślał, że tak jest do czasu dopóki nie poznał tego konkretnego Gryfona.
Wszystkie swoje pragnienia przelewał w pocałunkach i dotyku, którego wciąż było za mało. Miejsce może i nie było odpowiednie na to wszystko, ale nie mógł się powtrzymać, a chłodne listopadowe powietrze nie robiło na nim większego wrażenia. Było mu gorąco, a Felix każdym dotykiem dbał o to, żeby jak najdłużej tak pozostało. Było to coś dobrego, nieprzesyconego niecnymi pobudkami, gdzie bycie nad kimś stanowiło podstawę relacji. Chciał poznać lepiej Gryfona, jego historię, dowiedzieć się za kim tęskni, czego pragnie i czy jest dla niego miejsce przy jego boku na dłużej. To ostatnie było śmiałe, więc minie długi czas zanim o to zapyta. Miał nadzieję, że będzie mieć okazję zanim coś między nimi się popsuje, będzie robił wszystko, aby tak się nie stało, ale czasem to i tak za mało. Do tego przede wszystkim było potrzeba dwóch osób, a Serpens ze swoim nikłym poczuciem jakiejkolwiek wartości nie sądził, aby ktoś taki jak Felix został przy nim na dłużej. Jedynie mógł o tym pomyśleć, a nie liczyć na to, że tak się stanie.
Kiedy Felix usiadł mu na biodrach i poczuł przyjemny dotyk na brzuchu zapomniał o tym gdzie się znajdują i, że jest to miejsce dalece odpowiednie na takie zabawy. Przyciągnął go tylko mocniej do siebie, aby na powrót zacząć go całować. Cała ta sytuacja stawała się coraz mniej niewinna, ale jemu to zupełnie nie przeszkadzało. Instynktownie wypchnął biodra w górę czując gdzie zatrzymały się ręce Gryfona. Nic dziwnego skoro chciał więcej, a odmawianie sobie tego kiedy ma go na wyciagnięcie ręki było tak mocno niewykonalne, niezależnie od tego gdzie się aktualnie znajdowali. Nie liczył czasu, a kolor nieba był jakąś abstrakcją dla niego w tej chwili. Dlaczego miał na nie patrzeć skoro Gryfon dawał o wiele lepsze rzeczy. Czyjś krzyk z oddali przywołał brutalnie rzeczywistość i to było na tyle. Przypomniał sobie, że gdzie się znajdują. Żadnych czterech ścian, które chroniłby ich prywatność.
- Może trzeba go posłuchać - zaśmiał się wstając razem z Felixem. Nie przejmował się za bardzo tym, że pobrudził szatę i teraz ma na niej kilka kolorowych jesiennych liści. Przez chwilę naprawdę pomyślał o tym, że to będzie najlepsze rozwiązanie. Na pewno w Hogsmeade można wynająć jakiś pokój, a wtedy… Nie myślał o tym, że w ten sposób straci coś ważnego. Dopiero Gryfon sprowadził go na ziemię - Nie jestem najlepszy w rozmawianiu - przyznał spuszczając wzrok, było to naprawdę denerwujące, że nie mógł mu dać czegoś tak prostego. Szczególnie trudne to było kiedy pomyślał ile od niego dostał - To jeszcze nie wszystko? Jeszcze coś dla nas zaplanowałeś? - dopiero po chwili dotarło do niego, że nie przyszli tutaj na spacer, bez konkretnego celu tylko, że Felix zaplanował sobie wszystko. To było tak miłe, że nawet nie wiedział jak to ubrać w słowa.

zt x2
Powrót do góry Go down
Mistrz Gry

avatar
Specjalne

Liczba postów : 1032
PisanieTemat: Re: Główna ulica   29.11.15 0:02

Magia koloru
Specjalnie z okazji dzisiejszego święta do Hogsmeade przyjechał wielki jasnowidzący, Inigo Imago. Ten wiekowy czarodziej mógł być kojarzony przez uczniów i absolwentów Hogwartu ze swojego autorstwa Sennika, używanego na lekcjach wróżbiarstwa. Poza wsławieniem się jako autor, uznawany jest za jednego z najwybitniejszych magów przepowiadających przyszłość ostatnich kilkuset lat, stawiany na równi z Cassandrą Vablatsky, zmarłą cztery lata temu zgodnie z jej własną przepowiednią. Obchody Dnia Wróżbiarstwa postanowił uatrakcyjnić swoją obecnością, obiecując przepowiedzenie przyszłości każdemu, kto się do niego zgłosi. Jako jeden z niewielu specjalizował się w magii koloru i to właśnie tę formę wróżenia wybrał na dzisiejszy wieczór.
Z tego też powodu na głównej ulicy Hogsmeade rozstawiony został namiot, przyozdobiony zdecydowanie zbyt dużą ilością brokatowych gwiazdek (Inigo miał wstydliwą skłonność do kiczu, ale jako że dobijał dwusetnych urodzin, nikt nie śmiał mu tego wytknąć). W środku znaleźć można było samego jasnowidza, siedzącego na potężnym fotelu, przy niewielkim stoliku. Na tymże stoliku ustawiona została magiczna kula, nie mająca jednak nic wspólnego z kulami, z jakich korzystano w Hogwarcie.
Jeśli masz chęć sprawdzić, co takiego ma do powiedzenia wielki Inigo Imago, podejdź do kuli i połóż na niej ręce. Dym w środku kuli zabarwi się na kolor, z którego jasnowidz będzie w stanie odczytać twoją przyszłość.

Rzuć dwiema kośćmi i ich sumę umieść w poście. Wynik przepowiedni otrzymasz w poście Mistrza Gry.




Screw this!

I'm going to Hogwarts!


Powrót do góry Go down
Exodus Malclès

avatar
Admin


Skąd : Z Francji, z USA, ze Szkocji...
Liczba postów : 226
PisanieTemat: Re: Główna ulica   29.11.15 14:46

Nie mogła się doczekać wyjścia do Hogsmeade! W zeszłym tygodniu miała się wymknąć potajemnie, ryzykując szlaban i diabli wiedzą, co jeszcze, ale niestety nie miała jak. Denerwowało ją to niesamowicie, bo tęskniła za siostrami i miała dość tej rozłąki, a nie miała możliwości, by ją skrócić. Więc kiedy ogłoszono wyjście do miasteczka, legalne wyjście, nie mogła się skupić na niczym innym. Była jeszcze bardziej upierdliwa, niż zwykle, kiedy tak roznosiło ją z nadmiaru energii, a paszcza nie zamykała jej się jeszcze bardziej, o ile to w ogóle mogło być możliwe. Tak czy inaczej, większość jej znajomych zaczynała mieć jej dosyć, a to nie świadczyło zbyt dobrze, skoro znali się raptem trzy miesiące, prawda?
W Hogsmeade chciała być absolutnie pierwsza, więc biegła, ile sił w nogach, co skończyło się tym, że w połowie drogi już nie miała siły i i tak ją wszyscy wyprzedzili. Kiedy wreszcie znalazła się na głównej ulicy, na chwilę w ogóle zapomniała o siostrach. Ilość świec i ozdób, jakie dało się wszędzie zauważyć, absolutnie odebrało jej mowę. Lubiła przesadę i nigdy się z tym nie kryła, więc to idealnie wstrzeliło się w jej poczucie estetyki. Jak zahipnotyzowana ruszyła do wielkiego, błyszczącego namiotu, nawet nie mając pojęcia, co znajdzie w środku. Nadęty jasnowidz nie był tym, kogo się spodziewała, ale to bez znaczenia.
- Dzień dobry! Przyszłam tu, bo tu takie fajne, ładne, wie pan, się świeci, a ja lubię, jak się świeci i jak jest tego tak dużo, i pomyślałam, no wie pan, że zobaczę, o co chodzi, bo może będzie coś fajnego, i... - paplała bez opamiętania. Urwała, słysząc z usta jasnowidza krótkie "zamilcz". Spłoszona przestała mówić, ale szybko wrócił jej rezon. Zmrużyła oczy.
- Jest pan niemiły, nie ma pan powodu, żeby być niemiły - rzuciła, zezłoszczona. Wtedy kazał jej położyć ręce na kuli, a kiedy to zrobiła i zobaczyła tworzący się w środku kolorowy dym, zupełnie zapomniała, o co się wściekała jeszcze trzy sekundy temu. Wróżba!

Kostki: 4+6= 10
Powrót do góry Go down
Mistrz Gry

avatar
Specjalne

Liczba postów : 1032
PisanieTemat: Re: Główna ulica   01.12.15 9:53

Inigo Imago nie lubił dzieci. Po prawdzie przyjechał tu, żeby porozmawiać z nauczycielkami wróżbiarstwa ze szkół w okolicy, zwłaszcza, że jedna też miała dar. Nie sądził, żeby była równie dobra, jak on sam, ale trzeba było to sprawdzić. No i obiecano mu dużo ciastek, o nowych, brokatowych szatach nie wspominając... Warto było. Nawet jeśli trzeba było się użerać z gówniarzami.
- Zamilcz! - przerwał jej, bo paplała bez opamiętania, generując hałas, który naprawdę był tu zbędny. I jeszcze pyskowała! - Połóż ręce na kuli i się przestań odzywać!
Kiedy dym w kuli zmienił się na pomarańczowo, już przestał myśleć o tym, jaka dziewczynka jest irytująca (ile ona w ogóle mogła mieć lat? Dziesięć? Pozwalali tu się kręcić takim małym bachorom?), a skupił się na wróżbie. Był w swoim żywiole i to było widać.
- Widzę, że brakowało ci ostatnio ciepła i poczucia bezpieczeństwa - no tak, ledwo toto odrosło od butelki, a już ją puścili bez matki, nic dziwnego... - Teraz jednak otrzymasz dokładnie to, czego potrzebujesz. Skup się na sygnałach, jakie dostajesz od świata i czerp z nich inspirację - zakończył, patrząc, jak kolor dymu blaknie. Spojrzał na nią spod zmrużonych powiek. - I nie pyskuj, bo w szczerym polu dostaniesz cegłówką w głowę i umrzesz.
No, trochę wychowania jeszcze nikomu nie zaszkodziło, prawda?
- Następny! - zawołał, patrząc, jak dzieciak wychodzi. Jeszcze tylko jakieś siedem godzin i wreszcie święty spokój... Przynajmniej ciasteczka dali mu dobre.


Screw this!

I'm going to Hogwarts!


Powrót do góry Go down
Genesis Primera Malclès

avatar
Admin


Skąd : Lawrio, Grecja
Liczba postów : 69
PisanieTemat: Re: Główna ulica   03.12.15 0:43

Jeszcze kilka dni temu była niemal pewna, że wszystko potoczy się tak, jak zwykle. Exodus wpadnie na durny plan, zrealizuje go, spotkają się na kilka cennych godzin, a później przypłacą to jakimiś paskudnymi kłopotami. A jednak w tamtej chwili było jej naprawdę wszystko jedno. Potrzebowała zobaczyć tego rudowłosego potworka, ukryć go w swoim ramionach, przypomnieć sobie, jak pachnie skóra najmłodszej Malclès. Nawet jeśli prawie o tym nie mówiła albo wspominała ledwie jednym słowem w zdecydowanie zbyt krótkich listach, diabelnie za nią tęskniła i chociaż obecność drugiej siostry z pewnością łagodziła to uczucie, Genesis musiała zobaczyć się z rudzielcem za wszelką cenę. A jednak los bardzo mocno im sprzyjał i niezwykle szybko okazało się, że nie muszą niczego kręcić, ani na nic się narażać. Dzień wróżbiarstwa nie był dla Primery niczym ważnym, albo raczej nie byłby, gdyby nie to, że uczniowie Hogwartu mogli swobodnie udać się do Hogsmeade i robić wszystko, na co tylko mieli ochotę. Jak to mówią? Jeśli czegoś bardzo chcesz, w końcu się spełni? Najstarsza Malclès była bardziej niż usatysfakcjonowana takim obrotem spraw. Zwłaszcza, że nie chodziło już tylko o przemożne pragnienie zbliżenia się do Exodus, a o pokazanie jej czegoś niezwykłego, z czym czekała spokojnie od dwóch miesięcy i nie chodziło tu bynajmniej o nowy komplet bielizny. Choć ten także miała przy sobie. Na sobie. W końcu dzisiejszy dzień był naprawdę specjalną okazją.
Choć wewnątrz gotowała się ze szczęścia, na główną ulicę wyszła ze standardową, opanowaną miną numer pięć. Zaciągnęła mocniej poły granatowego, zimowego płaszcza, którego Exodus jeszcze nie miała okazji zobaczyć. Chłód oplatał jej łydki, schowane pod zaledwie jedną parą cienkich rajstop, i wdzierał się pod krótką, czarną spódniczkę, która ledwie wystawała spod płaszcza. A jednak Genesis go nie czuła. Jej skóra była gorąca, podobnie jak płynąca w jej żyłach krew. Szła dość szybkim, miarowym krokiem wzdłuż ulicy, zastanawiając się, co też założyła na siebie Exodus i czy jest to dość ciepłe, by nie musiała zrugać jej już na samym początku. Choroba oznaczała dwie rzeczy: po pierwsze, ogromną bezradność Primery i po drugie, żadnego wykradania się do Hogsmeade. To nie miało prawa się zdarzyć. Najstarsza Malclès przyspieszyła nieco, zbliżając się do celu - centrum głównej ulicy. Nie wiedziała, gdzie dokładnie podziewa się Exodus, ani co też wyczynia, ale rozejrzenie się wokół z pewnością nie mogło zaszkodzić. Sęk w tym, że nie musiała rozglądać się zbyt dużo, bowiem w momencie, w którym zrobiła kolejne kilka kroków, postać, której widoku tak bardzo była spragniona, wysunęła się z namiotu wróżbity. Och, doprawdy! Nie zwalniając, podeszła bliżej.
- Ex. Cześć, robaczku - rzuciła, będąc już dostatecznie blisko, by siostra mogła ją usłyszeć. Zwykle oszczędna w okazywaniu uczuć, bez zastanowienia schwyciła Exodus w ramiona, jakby ta była najcenniejszym skarbem na całej kuli ziemskiej. Przycisnęła ją mocno do siebie, w pośpiechu przesuwając wzrokiem po ustach, nosie, oczach Gryfonki. Uścisk zelżał nieco, gdy Primera przesunęła rękę, lecz już po chwili uniosła podbródek Exodus władczym gestem, pochylając się, by złożyć na jej ustach delikatny pocałunek. Cienka lina, na której stała, zadrżała gwałtownie, ale Genesis nawet tego nie odczuła. Była zajęta przypominaniem sobie, jak dobra może być bliskość Exodus i ciepło płynące z drugiego ciała. Chociaż to ona w tym dziwny duecie powinna być w centrum uwagi, w tej jednej chwili nawet nie przyszło jej to do głowy. Odgarnęła blond kosmyki i odsunęła się nieco z poczuciem straty. Nie pozwoliła sobie jednak na nic więcej. Jej palce zacisnęły się na drobnej dłoni młodszej siostry. Kciukiem wolnej ręki gładziła jej policzek. Uśmiechała się lekko, swobodnie, jakby całkowicie zatrzymała się w czasie, a potem nagle jej uśmiech stał się bardziej zadziorny.
- Byłaś u wróżbity? - zaśmiała się, przewiercając wzrokiem parę brązowych tęczówek. - Myślałam, że trzymamy się wersji o bogini, która zna całą naszą przyszłość. Ale skoro już tam weszłaś... Podzielisz się swoją nową wiedzą? - Uśmiech nie schodził z jej twarzy, a kciuk nie przestawał gładzić policzka. Było naprawdę chłodno. I zbyt daleko od Exodus. - A kiedy skończysz, coś ci pokażę - rzuciła tajemniczo i poklepała klapę beżowej torby przewieszonej przez ramię. - No, może pokażę ci nawet dwie rzeczy. Jeśli zasłużysz - mruknęła jeszcze, wracając do przerwanego gładzenia kciukiem z pewnością zmarzniętego policzka. Było w tym geście coś hipnotyzującego i absolutnie nic poza samą Exodus nie mogło jej od tego oderwać.
Powrót do góry Go down
Exodus Malclès

avatar
Admin


Skąd : Z Francji, z USA, ze Szkocji...
Liczba postów : 226
PisanieTemat: Re: Główna ulica   03.12.15 1:46

Nawet nie wyszła, a wybiegła z namiotu, wściekła niesamowicie. Jak on mógł! Staruch z przerośniętym ego! Nie miała zamiaru spotkać go już nigdy więcej, nawet gdyby miał prowadzić lekcje w Hogwarcie. Nie. Nikt nie miał prawa się tak do niej odnosić, co to w ogóle za porządki! Jak opowie Genesis, co się wydarzyło, to ona już go naprostuje! O tak, Genesis wiedziałaby, co powiedzieć. Nawet pewnie by się nie zezłościła, a i tak powiedziałaby coś, żeby mu w pięty poszło. Albo i by się zezłościła. Ha, wtedy by było! Exodus nigdy na własnej skórze nie przekonała się, co się dzieje, kiedy jej najstarsza siostra jest naprawdę zła i nie chciała tego sprawdzać, ale wiedziała, że nikt dobrze na tym nie wychodzi. I temu bucowi zdecydowanie by się przydało!
Szybko zauważyła siostrę i błyskawicznie pognała w jej stronę, w myślach robiąc szybki rachunek sumienia. To zawsze było właściwe przygotowanie przed rozmową z Genesis - była przynajmniej przygotowana na ewentualne wyrzuty i mogła się bronić. Ale ostatnio była grzeczna, więc w porządku. Co prawda były te incydenty na Halloween, potem komuś podłożyła nogę, a wypracowanie dziewczyny, za którą nie przepadała, wylądowało za oknem, ale poza tym nic. Ważne było też co innego - jej dzisiejszy ubiór. Nie zastanawiała się w dormitorium, czy narzuca na siebie strój odpowiedni do pogody, ale była przekonana, że siostrzyczka zwróci na to uwagę. Zawsze zwracała. Ale nie, było dobrze - jej kolorowa spódnica miała kilka warstw, które tak cudnie wirowały, jak się kręciła, rajstopy w paski były najgrubszymi rajstopami, jakie posiadała, a szyi i tak nie obwiązywała tym cienkim szalikiem w barwach domu, tylko tym tęczowym, który mama zrobiła jej na drutach, a który miał na długość jakieś dwa razy tyle, ile ona wzrostu. Nie powinno być źle.
- Gen! - zawołała z taką energią, że pewnie i w Hogwarcie by ją słyszeli. Rzuciła się siostrze w ramiona, tuląc ją z całą siłą, jaką miała - a miała jej całkiem sporo. Jeny, jak ona za nią tęskniła! Nic się nie mogło równać z bliskością siostry i kiedy ktoś jej mówił jakieś brednie o miłostkach i związkach, miała ochotę ich wszystkich wyśmiać. Nie mieli pojęcia, naiwniacy, o czym mówili! I kiedy Genesis uniosła jej podbródek, poczuła się całkiem jak w domu. Za tę bliskość oddałaby wszystko.
Ścisnęła mocno dłoń starszej dziewczyny, nie mając zamiaru jej puszczać. Nawet nie czuła, że zmarzła, dopóki nie poczuła ciepłych palców na policzku. To było jak powrót w najbezpieczniejsze miejsce na ziemi po całych miesiącach na jakimś totalnym pustkowiu. Przynajmniej tak odbierała to w tej chwili.
Radośnie złożyła mocnego, soczystego buziaka na policzku Genesis.
- Jasne, że bogini wszystko dla nas przygotowała. Ale wiesz, facet nawet miał rację! Poza tym, że jest strasznym bucem i chętnie bym go uderzyła. Nie idź tam, naprawdę. - Zaskakujące, jak szybko cala pozytywna energia potrafiła z niej ulecieć, żeby ustąpić miejsca naburmuszeniu. - Groził mi śmiercią! I powiedział, że pyskuję! - tupnęła nogą na potwierdzenie powagi sytuacji. Znowu wróciła do niej cała złość sprzed chwili, ale nie na długo. Jej nastroje zmieniały się jak w kalejdoskopie. Co mi pokażesz? Co, co, co, co? Pokaż! - wołała, podskakując. Uważała, że jak najbardziej zasłużyła, na wszystko, nie tylko te dwie rzeczy. Ale jeśli na dobry początek miały być dwie, to okej, mogły być dwie. Tylko teraz! Nie miała za grosz cierpliwości.
Prawdopodobnie ciężko było najstarszej Malclèsównie nadążać za podskakującym policzkiem (przytwierdzonym do podskakującej Exodus), ale chyba była już przyzwyczajona. Tak czy inaczej, Gryfonka ani myślała się zatrzymywać - ani pozwalać siostrze na zabranie ręki. Nie i już.
Powrót do góry Go down
Genesis Primera Malclès

avatar
Admin


Skąd : Lawrio, Grecja
Liczba postów : 69
PisanieTemat: Re: Główna ulica   03.12.15 22:43

Już dawno nie czuła się tak dobrze, choć codziennie ludzie gapili się na nią i chcieli być jak najbliżej. A jednak to nie ich chciała mieć przy sobie. Jasne, to wszystko przydawało się w aptece - tu zamachała rzęsami, tam przeczesała włosy, który zalśniły w oczach klientów mocniej niż powinny. Nie potrzebowała makijażu, żeby robić wrażenie. Nie potrzebowała niczego, żeby mieć wszystko. A jednak nie miała tego, czego chciała najbardziej. Dopiero teraz, dopiero w tej chwili, ale ile czasu minęło od ostatniego razu? Choć nie chciała tego otwarcie przyznawać, nieco tęskniła za domem i szkołą. Wtedy mogła widywać się codziennie z małym rudzielcem, który zawsze kręcił się gdzieś w pobliżu i chociaż niekiedy było to wyjątkowo niefortunne, na przykład kiedy koniecznie musiała coś ukryć, na ogół bliskość Exodus była kojąca, podobnie jak wtedy, gdy w pobliżu była Esther. Tak bardzo chciała przebywać z nimi w komplecie, ale jak na złość wszystko zawsze musiało iść pod górkę. Ścisnęła mocniej palce młodszej siostry.
- Poczekaj, potworze - zaśmiała się, chłonąc wszystko, co tylko się dało, gdy wreszcie, wreszcie miały okazję się zobaczyć. - Wszystko w swoim czasie, nie wiesz? - Puściła jej oczko, zupełnie, jakby kryła się za tym jakaś naprawdę długa historia. Exodus zawsze była wyjątkowo niecierpliwa, ale Genesis w pewnym momencie nauczyła się, jak czerpać rozkosz z tej niecierpliwości. Jej policzki pokrył niezwykle łagodny, ledwie widoczny rumieniec. Jakaś dziwna myśl przeleciała jej przez głowę, nieproszona, a jednak intrygująca. Odegnała ją od siebie, odsuwając się nieco od młodszej dziewczyny. Chyba kompletnie padało jej na rozum.
- Esther kazała cię przeprosić, ale ma dzisiaj rozmowę kwalifikacyjną. Wreszcie. Przy odrobinie szczęścia po skończeniu szkoły załapiesz się na własny pokój. - Łagodny uśmiech wrócił na jej usta. Nie narzekała na obecną ilość pokoi. I tak wolała sypiać w pobliżu obu dziewcząt, co właściwie miało miejsce każdej nocy, dopóki nie skończyła szkoły, nie mówiąc już o przyjeździe do Europy. Chociaż prawie o tym nie mówiła, jak o wielu innych sprawach, brakowało jej ciepłego ciała wiercącej się obok Exodus i jej cichego pochrapywania, kiedy śniła. Czasem pochrapywanie zmieniało się w znacznie bardziej porywające dźwięki, ale nigdy nie powiedziała o tym żadnej z sióstr. Nie była pewna czy w ogóle wiedzą, że czasami po prostu wychodziła z łóżka w środku nocy, by usiąść na parapecie i obserwować je stamtąd, jakby były wszystkim, czego mogłaby chcieć. Czuła się wtedy tak odrealniona i spokojna, że gniew harpii nie miałby szans przejąć nad nią kontroli. Jej policzki na powrót przyjęły nieco bardziej różową barwę. Jeszcze kilka takich numerów i Exodus zorientuje się, że Primera wcale jej nie słucha. To nie był czas na wspomnienia, ani tym bardziej na fantazje. Nigdy nie było dobrego czasu na fantazje.
- Może też powinnam do niego iść? Zresztą wciąż nie powiedziałaś, co takiego wywróżył tobie, małpko. Z czym miał rację? - Och, to naprawdę ją interesowało. I chociaż ledwie wierzyła w to, że ktoś może znać jej przyszłość lepiej od bogini, była naprawdę ciekawa, co też powiedziałby na jej temat. A może byłby tak oczarowany, że jego wróżba byłaby tylko czczym gadaniem? Opowiedziałby jej o bogactwie, zdrowiu, szczęściu... Tak, jasne. Nikt z nich nie miał pojęcia, czym było dla niej szczęście. Jej ręka mimowolnie przeniosła się na klapę torby. - Masz dwie opcje - zaczęła, starając się już zbyt wiele nie myśleć. - Możemy zajrzeć do namiotu i zobaczyć, czy ja też skończę martwa, a potem załatwić resztę. Albo - zawiesiła na chwilę głos. - Możemy już teraz iść gdzieś, gdzie jest ciepło. Ty wszystko mi opowiesz, jeśli tylko zdołasz się skupić. - Złośliwy uśmieszek wypłynął na jej usta. - A ja pokażę ci, co mam w torbie.
Powrót do góry Go down
Exodus Malclès

avatar
Admin


Skąd : Z Francji, z USA, ze Szkocji...
Liczba postów : 226
PisanieTemat: Re: Główna ulica   05.12.15 21:21

Codzienność w szkole nie była najgorsza. Jakoś potrafiła zjednać sobie ludzi (prawdopodobnie sprawę ułatwiało to, że nie przyjmowała odmowy i miała milion głupich pomysłów na minutę), ale wciąż nie do końca mogła się odnaleźć. Brakowało jej tego, co znała do tej pory i Hogwart w żaden sposób nie mógł jej tego dać. Jak niby miała się przygotować do rozłąki z siostrami, skoro dotychczas nie było o tym mowy? Ostatni rok może i spędziła bez Genesis, ale była chociaż Esther – i bardzo, bardzo dużo listów, a to już coś ułatwiało. Nie była sama, nigdy. I dopiero teraz, ostatnie trzy miesiące… To było dziwne. Nie mogła znaleźć sobie miejsca, co oczywiście skutkowało dodatkowymi nieprzemyślanymi pomysłami, ale trudno było ją za to winić. Każdy musiał sobie jakoś radzić, co nie? A ona po prostu robiła więcej tego, co zwykle, mając irracjonalną nadzieję, że tak jak zawsze pojawi się któraś z sióstr i ją uratuje. Ale to się nie działo.
Nie przyznała się jeszcze Genesis, ale doszło do tego, że znalazła koleżankę, z którą udawały siostry. Były podobne, więc ludzie bez problemu wierzyli w to, że są bliźniaczkami, a ona mogła sobie powtarzać, że przecież nie jest sama. Czuła się winna, to prawda, bo to było trochę jak zdrada, przynajmniej miała takie wrażenie, kiedy zastanawiała się nad tym wieczorami, ale… Tak sobie radziła. Nie umiała inaczej. Rozpaczliwie potrzebowała bliskości najbliższych, a wmawianie sobie, że tak jest, było obecnie chyba najlepszym rozwiązaniem. Och, brała pod uwagę, że może Genesis wymyśliłaby coś lepszego, ale… No nie chciała zawracać jej głowy. Wiedziała, że siostry są zajęte, że próbują im jakoś ustawić życie w nowym miejscu i nie chciała dokładać im problemów. Wiedziała, że jak skończy szkołę, to właściwie przyjdzie na gotowe. Będzie miała gdzie i za co żyć, one będą miały stałą pracę i pomogą jej się ustabilizować… Ale teraz wszystko było w rozsypce, a ona nie mogła zawsze myśleć wyłącznie o sobie.
Już się nauczyła, że jeśli będzie niecierpliwa, to wcale nie dostanie szybciej tego, co chce. To wcale nie oznaczało, że nauczyła się cierpliwości, bardziej tego, że wiedziała, czego może się spodziewać, zachowując się zawsze tak samo. Może było w tym coś ze znajomego schematu, jakby nagle znalazła się w domu, jakby tych trzech miesięcy rozłąki wcale nie było. Mogła poczekać, pewnie, zatrzymać się, uspokoić, wbrew pozorom to umiała, ale nie chciała. Tak przecież było zawsze. Ona je irytowała tym, że chciała wszystkiego na już, one i tak kazały jej czekać. To było znajome, bezpieczne. A ona rozpaczliwie potrzebowała teraz właśnie poczucia bezpieczeństwa. Więc nie, nie zatrzyma się. I Genesis wcale nie będzie miała jej tego za złe.
- Nie jestem potworem! – zawołała niby oburzona, ale nie mogąc powstrzymać śmiechu. – A może jestem? – Zamyśliła się na ułamek sekundy, bo czym spojrzała na siostrę z udawanym przerażeniem. Zmarszczyła nos, wyszczerzyła zęby, rozczapierzyła palce i próbowała wydawać jakieś gardłowe dźwięki, które miały imitować warczenie. Udając, że się na nią rzuca, żeby, jak to potwory mają w zwyczaju, pożreć ją w całości, objęła ją mocno w pasie i na pół ugryzła, na pół pocałowała odsłoniętą siostrzaną szyję. Prawdopodobnie gdyby się nad tym zastanowiła, doszłaby do wniosku, że takie działanie może skutkować pozostawieniem malinki na nieskazitelnej skórze, ale z drugiej strony – malinki przecież były robione tylko przez osoby, które się kochały, tak inaczej, i takie tam, a nie przez siostry, prawda? Co zresztą nie miało znaczenia, bo nie poświęciła nawet sekundy, żeby o tym pomyśleć.
Odczepiła się od niej i zakręciła w miejscu.
- Ja wiem. Ale teraz jest czas! Nie wiesz? Nie masz zegarka, to skąd możesz wiedzieć? – spojrzała na nią, przekrzywiając głowę. Wiedziała, że ją zagięła, niezależnie od tego, co Gen jej odpowie. Zdecydowała, że wygrała i chyba nie było nic, co mogłoby zmienić jej zdanie – włącznie z uświadomieniem jej, że to przecież nie są żadne zawody.
Kiedy tak na nią patrzyła, nagle cała roznosząca ją energia gdzieś uszła. Nie to, że Exodus zrobiła się smutna, bo wcale nie, ale bardziej melancholijna. Ostatnio często jej się to zdarzało, zwłaszcza, jak siedziała wieczorami w dormitorium na parapecie i obserwowała Zakazany Las, myśląc o tym, jak wiele by oddała, żeby wrócić do sióstr. Nie radziła sobie z tym, ale wolała, żeby nikt o tym nie wiedział. Nawet jej koleżanki z dormitorium. W końcu utrzymanie wizerunku roztrzepanej wariatki było ważne, pozwalało jakoś przetrwać.
Znów podeszła blisko niej, rozwiązała pasek przytrzymujący płaszcz Primery i kolejny raz ją przytuliła, tym razem na spokojnie, obejmując jej talię bez bariery płaszcza.
- Tęskniłam – mruknęła prosto w jej skórę gdzieś w okolicy obojczyka, wdychając zapach, który tak mocno kojarzył jej się z domem. Nie mogła być smutna, nie mogła się rozkleić, ale tak trudno było nie myśleć o tym, że nie może mieć tego na co dzień. Musiała korzystać teraz. Być blisko, tak blisko, jak się da, żeby naładował baterie na kolejne tygodnie.
Przełknęła ślinę i cofnęła się o krok. Zawiązała jej z powrotem płaszcz i przyjrzała mu się uważnie. Nie znała go, czyli dziewczyny były na zakupach. Bez niej. Westchnęła cicho. Naprawdę musiała do tego przywyknąć. W końcu.
- Ładny – stwierdziła w końcu, po czym uśmiechnęła się szeroko. – A ze mną też pójdziesz na zakupy? Chcę kupować rzeczy! – Znowu zaczęła podskakiwać w miejscu, cała energia wróciła na miejsce. Można było udawać, że wszystko jest w porządku – albo po prostu cieszyć się obecnością siostry, tak zwyczajnie i szczerze.
Myśl o własnym pokoju była całkiem niezła, ale ciężko było stwierdzić, czy na pewno właśnie tego chciała. Z jednej strony tak, jasne, strasznie fajnie, zwłaszcza że teraz musiała dzielić dormitorium z czterema dziewczynami, z których żadna nie była jej bliska. Gdyby miała własny pokój, nie musiałaby się przejmować, że ktoś zobaczy, że jej smutno (chyba że smutek nie dotyczył sióstr, wtedy w zasadzie mogła opowiadać o nim każdemu, kto się napatoczył i wcale jej to nie przeszkadzało) albo… Cóż. No cokolwiek. A z drugiej to już będzie po szkole. Bez towarzystwa przypadkowych osób. Miała mieszkać w ukochanymi siostrami, a przed nimi nie miała tajemnic. Nie potrzebowała czasu w samotności. Wystarczyło jej trochę miejsca na swoje rzeczy, ale wcale nie wymagała osobnego łóżka. Teraz materac wydawał się ogromny, chociaż obiektywnie rzecz biorąc wcale taki duży nie był. Ale leżała na nim sama, a to całkowicie zmieniało perspektywę. Więc kiedy już zostanie z dwiema najbliższymi jej osobami, to po co jej osobne cztery ściany? Przecież i tak nie będzie z nich korzystać.
Wzruszyła ramionami.
- Fajnie. A będę mogła i tak spać z wami? – spytała, potrzebując mieć co do tego jasność. Bo jeśli tak, to będzie się jednak z czego cieszyć. Będzie miała gdzie trzymać swoje rzeczy i trzymać się założenia, że skoro to jej pokój, to może mieć w nim bałagan. A na noc będzie przychodzić do wspólnego pokoju, ładować się do wyra i spać między jedną a drugą siostrą, czując się jak w jakimś cudownym kokonie bezpieczeństwa. Całkiem praktyczne.
Temat nieuprzejmego jasnowidza z każdą sekundą tracił na znaczeniu. Niemniej to, co powiedział (ta jedyna istotna rzecz, oczywiście, na pewno nie cała reszta), wciąż ładowało ją pozytywną energią – choć gdyby nie Genesis, to takiego efektu nie byłoby ani trochę.
- No bo powiedział, że brakowało mi ciepła i bezpieczeństwa, ale teraz to dostanę, a potem wyszłam i trafiłam na ciebie! – zawołała na jednym wydechu, zachwycona zwłaszcza tą ostatnią częścią. – A poza tym twierdzi, że jestem pyskata – dodała z mniejszym entuzjazmem. Tym się jednak nie zamierzała dłużej przejmować. Mógł sobie twierdzić, co mu się podobało, ale jakie to miało znaczenie, skoro siostry ją kochały i akceptowały dokładnie taką, jaka była? Właśnie. – Nie idź tam. Bez sensu. Chyba że chcesz, zawsze możemy się po prostu pośmiać – zakończyła.
Z obu przedstawionych opcji interesowała ją właściwie tylko ta część, gdzie będą już same, w cieple, gdzie będą mogły porozmawiać. Najlepiej, żeby to był dom, a nie jakaś knajpa. Nie zamierzała jednak podejmować tej decyzji, skoro może Genesis chciała iść do jasnowidza, a nie chciała jej tego zabraniać, ani trochę. Wiedziała, że nawet, jeśli zahaczą jeszcze o namiot, to potrwa raptem chwilę, więc nie będzie musiała dłużej czekać. Była niecierpliwa, ale to wcale nic nie znaczyło.
- Jak chcesz, okej? I nie mam problemów ze skupieniem! – zawołała ze śmiechem. – Jest mi wszystko jedno, o ile będziesz blisko. Ty wybierz.
Złapała ją za rękę i czekała na jej wybór. Bo jej właściwie nic więcej do szczęścia nie było trzeba. Może Esther, ale skoro nie mogło jej tu być, to zadowalała się tym, co jest. I nie miały znaczenia marznące policzki ani tłum ludzi dookoła. Grunt, że były tu razem i wszystko było, jak trzeba.

zt x2
Powrót do góry Go down
Mistrz Gry

avatar
Specjalne

Liczba postów : 1032
PisanieTemat: Re: Główna ulica   24.12.15 4:46

Lustro Pragnień

Od wielu miesięcy pracowano nad odtworzeniem zwierciadła, którego sława sięgała granic Wielkiej Brytanii i jeszcze dalej. Lustro obrazujące najgłębsze pragnienia, ukazujące najskrytsze tęsknoty, w wyjątkowych przypadkach pozwalające uzyskać to, co było obiektem marzeń. Dziesiątki czarodziejów i czarownic od niemal dziesięciu lat poświęcało swoje umiejętności, by odtworzyć to, co zostało zniszczone w podziemiach Hogwartu. Teraz, w momencie, kiedy niektórzy zaczynali już wątpić w powodzenie projektu, dzięki silnej aurze magicznej i mocy świąt (a tej nigdy nie należało lekceważyć), całość najwyraźniej zakończyła się powodzeniem. Stworzono replikę lustra i uznano to za taki sukces Ministerstwa, że postanowiono udostępnić je ludziom. Dzięki temu w te święta wszyscy mieszkańcy Hogsmeade, a także przyjezdni i uczniowie, mieli okazję zajrzeć w głąb siebie dzięki takiemu odbiciu rzeczywistości, o jakim nie śnili.
Wysadzana kamieniami złota rama odbijała każdy promień światła, sprawiając, że całość błyszczała w niesamowity sposób. Zwierciadło przyciągało uwagę, o wiele bardziej, niż wszystkie światełka porozwieszane na głównej ulicy i ozdoby, nad którymi mieszkańcy wioski pracowali w ostatnim czasie. Święta zostały przyćmione przez obiekt będący spełnieniem snów.
Lustro było pilnowane przez kilku aurorów ze względu na swoją wartość, niemniej jeśli miałeś ochotę, mogłeś podejść i zajrzeć doń, by poznać prawdę o sobie. Skusisz się?


Uwaga! Ten event jest początkiem dużego wydarzenia, które będzie trwać najbliższych kilka miesięcy. Wzięcie udziału w pierwszym etapie pozwoli ci poznać ciąg dalszy.
To, czego postaci fabularnie nie wiedzą, to to, że wbrew powszechnej opinii replika lustra nie pokazuje pragnień – ukazuje lęki i to właśnie o nich należy wspomnieć, kiedy postać będzie przyglądać się odbiciu. Muszą być to lęki konkretne, a nie mgliste wspomnienia o nich. Post bez opisanego lęku nie liczy się jako udział w evencie.
Aurorzy pilnujący lustra rzucają na każdą osobę zaklęcie Confundus, które sprawia, iż postać zaczyna święcie wierzyć nie tylko w to, że nie może nikomu przekazać informacji o tym, co widziała, ale też to, że obraz w lustrze wcale nie był dla niej przerażający, ale, zgodnie z opinią, pokazywał pragnienia.


Screw this!

I'm going to Hogwarts!


Powrót do góry Go down
Mégaira Lynch

avatar
Admin


Liczba postów : 74
PisanieTemat: Re: Główna ulica   01.01.16 18:19

Oczywiście, że nie mogła przegapić wykorzystania takiego lustra. Nie chodziło o zobaczenie tego, czego chce - popatrzeć to ona sobie może oczami wyobraźni. Nie, to jej nie kręciło. Ale już dostać... Oj tak, jak najbardziej, bardzo chętnie. Jasne, że szanse były niewielkie, podobno tylko jedna osoba mogła istotnie dostać to, czego pragnęła najbardziej, ale niezależnie od tego, na jakiej zasadzie osoba ta miałaby zostać wybrana, ona nie widziała powodu, dla którego nie mogłoby paść na nią.
Kolejka była długa, a ona zdecydowanie nie miała cierpliwości. Ktoś dostał z łokcia pod żebra, ktoś inny sam zrezygnował na widok jej różdżki... Jakoś trzeba było sobie w życiu radzić. Za bardzo szarżować nie mogła, bo aurorzy już na nią krzywo patrzyli, ale chociaż trochę.
Kiedy w końcu dopchała się do lustra, niecierpliwie przyglądała się jego tafli, chcąc już teraz zobaczyć to, czego pragnie - i to dostać, bo inna opcja nie wchodziła w grę. Tyle że kiedy wreszcie pojawił się obraz, zupełnie nie był tym, czego się spodziewała. Miało być szczęście, a nie obrzydliwe, płaczące niemowlę, które nagle zaczęło rosnąć, nabierając rysów twarzy, której już nigdy nie chciała widzieć, która napawała ją obrzydzeniem, ale też przeraźliwym lękiem, od którego ciężko było złapać oddech... Cofnęła się o krok. Nie mogła dłużej na to patrzeć, ale jednocześnie nie była w stanie oderwać wzroku. Dopiero jeden z aurorów wyrwał ją z letargu, nakazując zwolnienia miejsca następnej osobie. Rzuciła mu nienawistne spojrzenie, bo przecież nikt nie będzie jej mówił, co ma robić, choć w gruncie rzeczy była mu wdzięczna.
Nie poczuła uderzenia zaklęciem, które trafiło ją, jak tylko się odwróciła. Nie poczuła różnicy. Jedynie żałowała, że jednak nie była tą wybraną osobą, która dostała te cudowne, odbijające się w lustrze rzeczy, za którymi tak tęskniło jej serce. Nie miała pojęcia... Także o tym, ile szczęścia dało jej to zaklęcie.
Powrót do góry Go down
Elizabeth Benoit

avatar
Gracz


Skąd : Rieux
Liczba postów : 290
PisanieTemat: Re: Główna ulica   04.01.16 21:08

Nie ma takiej magicznej osoby, która by nie słyszała o magicznym lustrze. Magiczne zwierciadło, zostało odbudowane. Jest to jedno z dużych wydarzeń, wiec czemu nie obejrzeć tego z bliska i może się w nim przejrzeć ? Poznać swoje najskrytsze pragnienia, poznać samego siebie.
Różowo włosa, ubrała się w dość ciepłe ubranie. Ciepłe jeansy, grube skarpetki, pod jeansami grube rajstopy i dużą bluzę. Narzuciła jeszcze długi płaszcz, szalik i wyszła z zamku. Mimo tego ze było dość zimno na dworze nie potrafiła zrezygnować ze swoich trampek. Z nieba sypały się delikatne płatki śniegu, Eliza nie jest zwolenniczką takiej pogody, ale też jakoś na nią nie narzeka. Po prostu nie przeszkadza jej. Powolnym spacerem, zaczęła zmierzać w stronę Hogsmeade. A dokładniej na ulice główną gdzie odbywała się cała atrakcja.
Po długim spacerze, choć bardzo relaksacyjnym, doszła do Głównej ulicy w Hogsmeade. Magiczne zwierciadło miało dość dużą popularność, stała przed nim długa kolejka. Czyżby każdy miał ochotę poznać swoje najskrytsze pragnienia ?.
Elizabeth, przez chwilę zastanawiała się czy powinna stanąć w kolejce i dowiedzieć sie czegoś o swoich pragnieniach.. Pokusa była wielka, ale niektóre głosy w jej głowie, starały się wybić jej to z głowy. Zagryzła delikatnie swoją dolną wargę, aż w końcu pokusa wzięła górę. Ustawiła się w kolejce i czekała na swoją kolej.
Po jakiś paru minutach, stała już przed lustrem. Poczuła dreszczyk emocji i zaczęła wpatrywać się w tafle lustra. Tafta zwierciadła zaczęła się zmieniać, nie było już tam jej odbicia, tylko wojna. Dziwiło ją to czyżby to było jej pragnieniem wojna ?Ze zdziwioną miną przyglądała się dalej. Zauważyła młodego chłopca z różdżką, który biegał w oku ciał zmarłych, obracał się ze strachem w oczach i próbował walczyć o życie które mu pozostało. Elizabeth poznała tego chłopca, to ten sam który zginął na jej oczach, stała metr od niego. Przełknęła głośno ślinę, nie chciała dalej patrzeć w lustro ale nie mogła przestać. Czuła strach przeszywający ją po całym ciele, serce o mało nie wyskoczyło jej z aorty. Przyglądała się jak na jej oczach umiera młody chłopiec a ona nic z tym nie zrobiła. Po prostu patrzała. Do oczów napłynęły jej łzy, chwyciła za różdżkę, ale było za późno. Niewybaczalne zaklęcie poleciało prosto w stronę chłopca. Nie wiedziała czy krzyczała w tej chwili na prawdę czy w swojej głowie. Chciała odejść od lustra a jednak nie potrafiła. Któryś z aurorów ją uratował z tego całego "pragnienia", transu.
Odeszła dość skołowana od lustra z rumieńcami na policzkach. Czy to na pewno lustro pragnień ? Czy Aurorzy, wiedzą o tym co ono pokazuje.. Własnie takie myśli miała w swojej głowie. Mimo tego wszystkiego czuła się jakoś dziwnie szczęśliwa, nawet się uśmiechnęła do Aurorów i odeszła na bok.
Powrót do góry Go down
Amelia Slughorn

avatar
Gracz


Skąd : Cornwall
Liczba postów : 63
PisanieTemat: Re: Główna ulica   27.01.16 23:55

Amelia znalazła się dzisiaj w Hogsmeade całkowicie nieprzypadkowo, mimo stosu prac domowych niecierpliwie czekających na biurku i kilku sprawdzianów zapowiedzianych na nadchodzący tydzień, postanowiła uczcić zbliżającą się za kilka tygodni wiosnę i udać się na piwo kremowe ze swoimi przyjaciółmi. Biedaczka nie spodziewała się jednak, iż w gruncie rzeczy to każdy miał już plany na większą część dnia i po godzinie miernej celebracji, dziewczyna została sama samiuteńka - na lodzie.
Dzisiejszy dzień mimo słońca wysoko zawieszonego na niebie, którego promienie odbijały się mocno od okien ulicy przez Amelię przemierzaną, był wyjątkowo chłodny. Choć Anglia nie leżała w tej części Europy, którą o tej porze roku, dopadało czarcie zimno, to wilgotne powietrze potęgowało uczucie obecności siarczystego i przenikliwego mrozu, skutecznie szczypiącego dziewczęce policzki.  
Na samo wspomnienie opuszczonego przez nią cieplutkiego i głośnego lokalu, wzdrygnęła się i sapnęła głośno, wypuszczając tym samym pokaźny obłok pary z ust. Wracała do zamku i zmierzała w jego kierunku wyjątkowo dziarskim i zdecydowanym krokiem, aż dopóki jej wzroku nie przykuł niecodzienny widok.
Przystanęła kilka kroków od sławetnego zwierciadła i dwójki aurorów bacznie go pilnującego. Nauczyciele jak i zresztą uczniowie wspominali, że replika lustra ma zostać wystawiona dla publicznego oka na kolejne tygodnie w miasteczku, więc perspektywa spoglądania w ten legendarny okaz nie wydawała się już tak abstrakcyjna.
Podreptała jeszcze bliżej i niepewnie zapytała wątłym głosem.
- Mogę spojrzeć?
Aurorzy zdawali się nawet nie zwracać na nią uwagi, uznała więc za naturalne, by podejść i zajrzeć. Stanęła i wyprostowała się znacząco.
Gdzieś z mglistej głębi tafli powoli zaczęła wynurzać się przygaszona postać kobiety. Jej wątła sylwetka ginęła pod ciężką, grubą szatą. Uraczyła lustro przelotnym spojrzeniem, spojrzeniem przepełnionym intensywnością i...Amelia uniosła brwi i westchnęła ciężko.
Wokół kobiety pojawiły się setki ludzi, tłum zdawał się  pożerać jej niemalże zanikającą sylwetkę, a złociste włosy falowały w rytmie lekkiego chodu; postać bowiem przemierzała wśród narodu, który wydawał się być zaczarowany przez piękną czarownicę. Kobieta stanęła pewnie na czymś na kształt mównicy i otwarła usta. Tłum zamilkł, choć chwilę potem zaczął skandować jej imię. Zdjęła kaptur, podwinęła rękaw, a wzdłuż ramienia aż po sam nadgarstek każdy mógł ujrzeć wijący się ruchomy Mroczny Znak.
Amelia nie rozumiała. Słyszała tylko swój oddech. Wrzawa ulicy, szepty, śmiechy, rozmowy, żadne z tych nie przedostawało się do jej świadomości. Tak jakby jakaś nieznajoma siła odebrała jej słuch. Tak jakby jakaś nieznajoma siła uwięziła ją w zwierciadle.
Wdech. Wydech.
Nie istniało chyba nic gorszego niż przypomnienie sobie o odruchu kontrolowanym przez pracę mózgu. Mózgu, który wydawał się szwankować, czy to za pomocą magi ?
Wdech. Wydech.
Postawni mężczyźni odziani w długie, czarne szaty wystąpili z tłumu, każdy z nich szarpiąc wątłe, słabe sylwetki Bogu ducha winnych nieznanych czarodziejów.
Wdech. Wydech.
Blondwłosa czarownica z dumą krążyła po podeście głosząc swoje racje. Skandowano jej imię, a garstka biedaków w łachmanach została rzucona na podest przez krępych mężczyzn.
- Co...? Ale...jak... - wyszeptała łapiąc się mimowolnie za usta pod wpływem obrazu, który właśnie następował.
To była egzekucja. Niebo spowiły ciężkie chmury a na ich tle zagościł kolejny Mroczny Znak, który miał zwiastować coś jeszcze gorszego.
Kobieta zwróciła się w stronę więźniów i wbrew wszelkim prośbom i błaganiu o życie, kilkakrotnie wystrzeliła z różdżki czerwonym słupem światła. Amelia w momencie rozpoznania w twarzach zmarłych swoich bliskich, odeszła od zwierciadła i doszczętnie zszokowana powłóczyła nogami w kierunku zamku.
Powrót do góry Go down
Leo Slughorn

avatar
Admin


Skąd : Cornwall
Liczba postów : 438
PisanieTemat: Re: Główna ulica   28.01.16 17:20

Leo przechadzał się uliczkami Hogsmeade, bez jakiegoś większego celu. Po prostu zapragnął wybrać się do miasteczka na randkę z samym sobą i ewentualnie jeszcze z kuflem piwa kremowego. Finalnie jednak skończył z kubkiem gorącej czekolady, gdyż szczypiący w nos i uszy lekki mróz dawał mu się we znaki, a perspektywa rozgrzania się słodkim napojem rozkoszy kusiła go bardziej niż piwo, za którym w gruncie rzeczy aż tak bardzo nie przepadał. W sumie nie wiedział też, co go podkusiło, aby opuścić zamek w tą nieciekawą pogodę. No dobra, warunki atmosferyczne były nie najgorsze, chłopak po prostu nie lubił zimna.
Gryfon owinął się szczelniej szalikiem. Grupka dzieciaków obrzucających się śnieżkami praktycznie wbiegła mu pod nogi. Slughorn wykonał kilka chaotycznych ruchów, aby nie wpaść na żadnego malca i jednocześnie nie wyłożyć się na ziemi, co w praktyce okazało się trudniejsze, niż mogłoby się wydawać. Leo jednak wyszedł z tej walki zwycięsko, a dzieciaki po prostu wyminęły go i pobiegły dalej. Chłopak uśmiechnął się pod nosem. Na ułamek sekundy w jego głowie pojawiła się myśl, żeby pobiec za nimi i poczuć sie tak jak kilka lat temu, przypomnieć sobie słodkie, bezpowrotnie utracone dzieciństwo. W duchu zbeształ się za tą myśl. Jesteś prawie dorosły, więc zachowuj się jak dorosły!
Przeszedł jeszcze kilkanaście metrów, zastanawiając się nad powrotem do szkoły, kiedy niespodziewanie wpadł na kogoś. Starszy mężczyzna mruknął pod nosem tylko coś w stylu, żeby poczekał na swoją kolej. Zaintrygowany Leo w tym momencie zorientował się, że w istotnie znalazł się w trzyosobowym rządku ludzi oczekujących na coś. Wybełkotał jakieś mierne przeprosiny w kierunku poszkodowanego jegomościa, ale mężczyzna już go nie usłyszał, ponieważ nadeszła jego kolej, aby spojrzeć w Magiczne Zwierciadło. Gryfon dopiero teraz zorientował się, czym jest przedmiot, znajdujący się kawałek od niego, a jego oczy automatycznie otworzyły się szeroko. Dopiero odchrząknięcie za jego plecami sprowadziło go z powrotem na ziemię Kobieta za nim zaczęła narzekać, że blokuje kolejkę, na co chłopak rozbudził się. W istocie nadeszła jego kolej. Zaintrygowany uczynił kilka kroków w stronę tajemniczego lustra, wpatrując się w jego taflę. Czy naprawdę teraz pozna najskrytsze pragnienie swojego serca? Czy chciał je poznać i czy da się je odkryć przez zwykłe spojrzenie w zwierciadło?
Najpierw obraz był niewyraźny, tak że Leonowi przeszło przez myśl, czy aby przypadkiem jakie pragnienia nie są aż tak pogmatwane, że nawet przystosowane do ich odczytywania lustro nie jest w stanie ich przedstawić. Na szczęście (albo nieszczęście) obraz już po chwili stał się bardziej przejrzysty.
Z tafli lustra uśmiechało się do niego jego własne odbicie, nawet pomachało lekko ręką w stronę Gryfona. Chłopak zmarszczył brwi. Co to znaczy? Czyżby już był w pełni szczęśliwy? Jeśli tak ma wyglądać pełnia szczęścia, to ja dziękuję!
Nagle ze wszystkich stron zaczęły otaczać go sylwetki innych postaci. Z trudem rozpoznał w nich znajome twarze, najprzeróżniejsze. Od osób, które były dla niego wszystkim, po jakieś przypadkowe oblicza mijane na szkolnym korytarzu, czy w Pokoju Wspólnym. Oni również patrzyli na niego z uśmiechem na ustach i iskierką w spojrzeniu. Gryfon nie do końca rozumiał co się dzieje. Nagle w przedstawianą scenerię wkroczyła wysoka postać w ciemnym płaszczu i z krwistoczerwonymi szponami. Błądziła pomiędzy nieruchomymi osobami. Zatrzymała się przy jakiejś dziewczynie, którą Leo ledwo kojarzył. Przejechała palcem po jej policzku, niby w czułym geście, aby pozostawić na nim krwistą szramę, wykonaną przez jeden z jej szponów. Odwróciła się w stronę następnej osoby, jednocześnie drugą, wolną ręką błyskawicznie przejeżdżając pazurem po gardle dziewczyny. Zszokowany Leo obserwował jak ciało nastolatki upada na ziemię, na której rozlewa się coraz większa kałuża krwi. Jego wzrok napotkał jej martwe oczy... Oczy, które przypomniały mu o bitwie. Zapragnął stamtąd odejść. Ulotnić się tak szybko, jak tylko było to możliwe. Coś jednak nie pozwalało mu na to. Wpatrywał się, jak demon postępuje tak kolejno z każdą osobą, zachowując jej usta w wiecznym uśmiechu i obdarowując oczy martwym spojrzeniem. Demon. To słowo pojawiło się w jego umyśle, zanim zdołał je przemyśleć. To w istocie był demon. Demon śmierci.
W końcu w tafli lustra pozostał tylko on i wysoka postać, siejąca zagładę. Ziemia wokół usłana trupami, które wbijały prosto w niego swoje martwe spojrzenia, przerażała Gryfona. Istota podpełzła do chłopaka, nadal uśmiechającego się ciepło, jakby kompletnie nie zauważał rzezi wokół. Uciekaj!, chciał wrzasnąć Leo do swojego odbicia, ale w jego gardle urosła wielka gula, uniemożliwiająca mu wydobycie z siebie jakiegokolwiek dźwięku. Demon nie rozczulając się wbił wszystkie pięć szponów lewej ręki prosto w pierś chłopaka. Poruszył nimi, ściskając jego serce w dłoni i brutalnie się nim bawiąc. W końcu poczwara wydobyła organ z ciała Gryfona, odrzucając go niedbale na bok. Slughorn, a raczej jego odbicie, powoli osunął się na kolana, błądząc ręką po wyrwie, w której powinno znajdować się serce. Uśmiechnął się do swojego rzeczywistego sobowtóra jeszcze szerzej. Z tym przerażającym uśmiechem zastygnął w ostatnim ruchu, jakim było otworzenie szeroko oczu.
Leo wpatrywał się w to wszystko, a w klatce piersiowej naprawdę czuł ból, z tym że najpewniej wywołany niedoborem powietrza, gdyż oglądał te sceny z zapartym tchem. Ktoś podszedł do niego od tyłu, delikatnie odprowadzając go na bok, aby ustąpić miejsca kolejnym śmiałkom, spragnionym poznać swoje najskrytsze marzenia. Slughorn wciągnął gwałtownie w nozdrza powietrze. Był cały roztrzęsiony. Przyłożył drżącą rękę do piersi, aby z ulgą poczuć przyspieszone bicie swojego serca. Nawet nie zorientował się, gdy został potraktowany zaklęciem, jednak w tym samym momencie uśmiechnął się lekko, przygryzając wargę. W końcu wzruszył ramionami i odszedł kawałek dalej, przetrzepując kieszenie w poszukiwaniu jakiejś słodkości.
Powrót do góry Go down
Jack T. Feversham

avatar
Gracz


Skąd : Nic i nigdzie.
Liczba postów : 100
PisanieTemat: Re: Główna ulica   11.02.16 20:38

Wsparłszy się plecami o słup ogłoszeniowy, na którym mieszkańcy górskich okolic umieszczali zawsze pierwsze wici, przyglądał się rytuałowi przejścia w nieomal nabożnym milczeniu. Zmierzch kładł się powłóczystymi cieniami na ośnieżonym bruku, co niewątpliwie ułatwiało Jackowi dyskretną obserwację, a przecież chętnych było wielu – szli niekiedy całymi grupami z uśmiechami, na których malowała się jawna ekscytacja, niekiedy całkiem samotnie z czołami pochylonymi pod ciężarem wątpliwości, przecinających dotąd jasne oblicza pierwszą zmarszczką troski. Bo wszyscy już o tym słyszeli.
A Jack zastanawiał się nad prawdziwie nieodgadnionym wyrazem ich oczu, kiedy mijali się u wejścia do wioski.
Śnieg się wzmagał.
A Jack zastanawiał się, czy i za jego powieki wsunie się niepozornie okruszyna szkła z tego przeklętego zwierciadła.
Bo doskonale wiedział co w nim ujrzy. Wiedział, że to wywoła demony przeszłości, że będą nad nim krążyć z uporem sępa kołującego nad padliną, że nie zaśnie tej nocy ani następnej, że w ogóle nie zazna spokoju przez najbliższy tydzień. Własnych rodziców pochował dawno temu, był z natury pragmatykiem, więc jakkolwiek groteskowo mogłoby nie zabrzmieć – wolał oddać ziemi jej niegdysiejszą własność, a dziś nie wskrzeszać już żywych trupów, po co? Tafla lustra, tego lustra, nie odbijała prawdy, nie chciał karmić się ułudą dłużej, niż wymagałaby tego żałoba, którą zdążył należycie przeżyć. Miał niebo, w niebie – i na niebie – zostało zapisane wszystko.
Skrzyżował ramiona na piersi, gdy chłodny wiatr rozhulał się na dobre, przynosząc wraz ze sobą obietnicę nieuchronnego mrozu. Gryfon dreptał nieporadnie w jednym miejscu, nie będąc pewnym decyzji, jaką winien (winien, huh?) podjąć. Z drugiej zaś strony taka okazja mogła się więcej nie powtórzyć, nie codziennie wystawiają prastare artefakty na widok publiczny do tego stopnia, żeby stawały się stałym tematem rozmów całej gawiedzi przez kilka tygodni.
Niechże będzie – westchnął pod nosem, dodając sobie odwagi, kiedy po skrzypiącym śniegu przedarł się aż na początek rozochoconej kolejki. Dotąd martwa powierzchnia lustra zdawała się ożywać pod badawczym spojrzeniem, mamiła mirażami, w które wkroczył nie bez wahania.
Z początku zobaczył siebie, takiego, jakim się widział każdego ranka, gdy sennym krokiem doczłapywał się do umywalni, ale z każdą sekundą obraz począł się rozmywać, jakby na gładkie i niczym niezmącone dotąd odbicie spadały krople deszczu, pozostawiwszy zaledwie wilgotne smugi; każda taka smuga odsłaniała jeszcze jeden kawalątek nicości, ziejącą czernią pustkę. I z ciemności wyłoniła się sylwetka starca o pergaminowej skórze, niechybnie zawisłaby w strzępach, gdyby nie ostre kształty kości. Palce miał długie i pajęcze, wyciągał je ku Jackowi, mamrocząc w bezzębnych ustach niesłyszalne przekleństwa. Jedynie oczy pozostały młode, dalej przypatrywały się chłopcu z jawną drwiną, taką samą, którą on teraz przypatrywał się samemu sobie.
Pamiętał, jakżeby mógł zapomnieć noc sprzed lat, kiedy kuzyni zwabili go o północy na podwórze, gdzie zachęcili, by pochylił się nad przydomową studnią, a tafla wody ukazała Jackowi ponurą prawdę. Powiedziano mu, że podziwia teraz własną duszę, że w głębi niej jest zgorzkniały, że jest nadpsutym owocem, co gnije od środka. Łatwo było ogłupić trzynastolatka nieprzyjemnym urokiem, ale, choć Gryfon za wszelką cenę nie chciał tego przyznać, uwierzył weń, dlatego tak kurczowo trzymał się młodości, dlatego tak obsesyjnie obawiał momentu, w którym skończy się błazenada, a zacznie proza życia. Obrócił się od tego widoku, nie kryjąc obrzydzenia.
Tylko, że z nagła zrobiło mu się lekko i lepko zarazem, po prostu mdło.
Nie wiedział, bo nie mógł wiedzieć, że pośród tysiąca innych okruszyn ze zdradliwego szkła – i on znalazł własną Królową Śniegu. A raczej ona znalazła jego.
I był od tej chwili zaklęty.
Powrót do góry Go down
Gabriel Bertrand Jr

avatar
Admin


Skąd : Francja
Liczba postów : 195
PisanieTemat: Re: Główna ulica   13.02.16 14:51

Od kilku dni po Hogwarcie krążyły pogłoski, że w Hogsmeade pojawiło się coś niezwykłego, coś, co wywołało ogólne poruszenie. Taką, owaką bądź inną drogą wszystkie plotki zawsze docierały do Gabriela, bo jak niby, będąc tak popularną osobą, można się od plotek uchować?
Lustro Pragnień. A więc to wzbudzało takie zainteresowanie.. Nie zdziwiło go specjalnie, że on sam niedługo później, z natury ciekawska istota, zapragnął je zobaczyć. I tak, wędrując po zamku nocą, pod wpływem nagłego, silnego impulsu, skręcił w korytarz na trzecim piętrze, gdzie znajdowało się ukryte przejście do pobliskiej wioski.
Było mu trochę chłodno; jednak co grudzień to grudzień, no a zima w Szkocji do łagodnych nie należy. Na dodatek nie ubrał się odpowiednio, bo jeszcze przed chwilą w ogóle nie brał pod uwagę tej wycieczki. Przyszedł zobaczyć lustro. Tyle. Potem szybki odwrót i wraca do Hogwartu. Może nie zamarznie. No, dobrze byłoby też, gdyby nikt go nie przyłapał.
Pocierał o siebie nagie dłonie, krocząc po głównej ulicy w bladym świetle latarni. Duże, zimne płatki śniegu spadały mu na głowę, jedna po drugiej zlewając się z jasną barwą włosów Gryfona, gdy ten rozglądał się na około, szukając wzrokiem celu swojej nocnej przechadzki. Nie zajęło mu to dużo czasu, bo zwierciadło doprawdy trudno było pominąć; było ogromne, otoczone błyszczącą, złotą ramą wysadzoną kamieniami. Na bogato. Gabe, zadowolony z siebie, ruszył szybkim krokiem w stronę lustra. Okazało się, że nie było pozostawione samo sobie ot tak; strzegło go dwóch czarodziejów, ubranych w długie, zielone płaszcze. Aurorzy. Jest środek nocy. A on ma na sobie szkolne szaty.. Nie wkopią go, prawda?
- Dobry wieczór. - wyszczerzył zęby w trochę wymuszonym uśmiechu, grając niewiniątko. Gabi, jeśli oni cię wydadzą, Gryffindor straci resztę punktów. Wiesz o tym, prawda? Czemu nie pomyślał wcześniej, że na pewno będzie jakiś strażnik? Ne pensez pas, vous idiot.
Nic to, najwyżej cały dom go znienawidzi. No bywa. Nie fatygował się tutaj po to, by się martwić o hipotetyczną przyszłość. Chciał zobaczyć, co pokaże mu zwierciadło.
Zakładając ręce na piersi, zrobił pierwszy krok w stronę lustra. Najpierw ujrzał siebie takim, jak pewnie wyglądał w tej chwili. Miał czerwone, zziębnięte policzki i błyszczące z zaciekawienia oczy, oczekujące widoku czegoś niezwykłego, co trudno będzie mu zapomnieć. Jednak na razie nic się nie działo. Gryfon zmarszczył brwi i postawił kolejny krok bliżej złotej ramy. To wszystko jakiś żart, czy po prostu na mnie nie działa? Niee, przecież nie odstawiali by całego tego cyrku z aurorami, gdyby to było zwykłe lustro wyniesione z łazienki.
Nagle zauważył, że w odbiciu coś się nie zgadza. Mrugnął kilkukrotnie zaskoczony, jak gdyby zapomniał, że powinien się tego spodziewać. Jego odbicie nie znajdowało się w Hogsmeade; stał we wnętrzu jakiegoś starego budynku, który wydawał się mu znajomy. Zaraz.. czy.. czy to nie jest.. dom? Tak, stał w środku domu dziadków, białego dworku na południu Francji, gdzie spędził swoje dzieciństwo. Znał to miejsce. Ale nigdy nie widział go w takim stanie. Salon zubożał; zniknął cały przepych, każda drogocenna ozdoba, każdy piękny, stary mebel. Ze ścian odchodziła tapeta, w wielu miejscach poszarpana, jak gdyby ktoś wpadł w furię i zaczął targać ją ze ścian.. na ekstremalnie wielką skalę. Jego odbicie miało tak samo zdezorientowaną minę jak w rzeczywistości. Naśladowało każdy ruch, zupełnie jakby tam był. Za to w odróżnieniu od szkolnego płaszcza, miał na sobie elegancki, czarny garnitur, zupełnie nie pasujący do otaczającej go aury. Gabriel nie miał pojęcia, co to miało oznaczać. To było Lustro Pragnień, prawda? Powinno pokazywać.. pragnienia. A to, co obecnie tam widział, raczej nie pokrywało się z jego marzeniami..
Nagle zza jego pleców zaczęła wyłaniać się kobieca postać; wychudzona, bardzo blada, ubrana w potarganą.. suknię ślubną. Wyprostowała się, sięgając wzrostem tylko trochę wyżej niż czubek potarganych włosów chłopaka.
Nie. NIE.
Poznał ją. Poznał tą twarz. Abigail.
Zesztywniał, nie mogąc wykonać żadnego, nawet najmniejszego ruchu, podczas gdy siostra położyła swoje kościste dłonie na ramionach Gabriela. Co się stało? Dlaczego..? Chciał wyjaśnień, tu i teraz. Chciał jej pomóc, chciał ją przytulić i pocieszyć.. a nie mógł nawet drgnąć.
- A więc przyszedłeś. Zaczęłam już tracić nadzieję, że jeszcze kiedykolwiek cię zobaczę.
To nie był jej głos. Głos Abby był inny; ciepły, pełen radości, nadziei i optymizmu. Teraz brzmiała raczej, jakby przed chwilą pocałował ją dementor..
- Nie mogłeś sobie odpuścić przyjęcia, prawda?
Przyjęcie? Zaraz, suknia ślubna. Wesele. Nie, zdecydowanie nie chciał, aby tak ono wyglądało. Coś złego musiało się stać. Bardzo złego. A on nic, kompletnie nic nie rozumiał.
Abigail, a raczej to czym teraz się stała, zbliżyło się do twarzy Gabriela, odgarniając mu włosy za ucho; robiła to tak jak zawsze, jako formę delikatnej pieszczoty.
- Spójrz, czego dokonałeś. Podziwiaj twoje dzieło.
On? On.. to zrobił? Pokiwała głową, zupełnie jakby słyszała jego myśli.
- Nie wiesz? Sprowadziłeś nas na dno. Zabrałeś nam wszystko, co było dla nas cenne. Nie próbowałeś się nawet powstrzymać, pochłonęła cię własna zachłanność. Chciałeś mieć wszystko na własność, samolubie. Nie masz pojęcia, jak bardzo to boli.
Nie. To nie prawda. Nie mogła być. Przecież.. nie zrobiłby czegoś takiego! To.. jego rodzina i on.. kochał ich.
- Nie oszukuj się, braciszku. - Szyderczy uśmiech spowił kościstą twarz Abigail, wypierając wszystkie inne emocje, całe człowieczeństwo, jakie w niej pozostało. - Nigdy nikogo nie kochałeś. Nie potrafisz kochać, to twoja kara. Twoja miłość to tylko złudzenie, pozory, które sam sobie tworzysz, by czuć się lepszym. Nie zasługujesz na to, mon cheri. Jedyną istotą, która cokolwiek dla ciebie znaczy, to ty sam.
Teraz stał obok niego potwór, który już nawet nie przypominał Abigail. Powiódł dłonią po jego podbródku, przecinając skórę długimi, białymi szponami.
- Chowasz się za piękną maską, narcyzie. Nikt nie dostrzega, co kryje się w środku. Ale mogę to zmienić. Niech ludzie widzą, jaki jesteś fałszywy.
Po plecach Gabriela przeszedł nieprzyjemny dreszcz. Strach. Bał się.
Bał się czegoś, co.. nie jest realne.
Nagle dotarło do niego, że patrzy w lustro, ciągle stojąc w tym samym punkcie co wcześniej, po środku Hogsmeade. Wszystko zniknęło. Rozpłynęło się w powietrzu, wnikając tylko do jego pamięci, aby już na zawsze pozostać w wspomnieniach, które będą powracać do niego w koszmarach. Miał rację, oczekując czegoś, czego nie zapomni. Nie sposób mu zapomnieć tego, co przed chwilą zobaczył.


Powrót do góry Go down
Nikolai Lazarov

avatar
Gracz


Skąd : (Bułgaria) Szkocja
Liczba postów : 162
PisanieTemat: Re: Główna ulica   13.02.16 21:52

Nikolai znajduje się przy lustrze wcale nie tak całkiem przypadkiem. To wszystko dlatego, że połowę wolnego czasu spędza siedząc przy oknach hogwarckich korytarzy i udaje, że obserwuje błonia. W rzeczywistości podsłuchuje co mówią, a potem zdarza się, że robi użytek z zasłyszanych informacji. Odszukuje Nadię i mówi jej co się wywiedział, chociaż nie jest pewny czy siostra jest tym tak samo zainteresowana. Idą jednak do Hogsmeade, chyba z całym tłumem innych uczniów. Do miejsca gdzie postawiono lustro ustawiła się już dawno temu kolejka na pół miejscowości. Nikolai zaczepia jakiegoś młodszego ślizgona i całkiem uprzejmie mówi mu, żeby zajął im miejsce, to dostanie coś w zamian. Nie zdradza co, ale młody go zna i wie, że może dostać np ciekawy eliksir, dzięki któremu będzie fajny wśród swoich rówieśników.
Nikolai i Nadia idą się przejść. Śnieg już nie sypie, ale wszędzie jest biało, więc szaro-bury płaszcz Nikolaia mocno odcina się na tle bieli, co nie za bardzo mu się podoba. Przeważnie wszędzie też jest szaro, więc może wtopić się w tło. Idą do Świńskiego Łba i udaje im się nawet zamówić coś mocniejszego niż kremowe. Siedzą tak godzinę albo dwie, a Nikolaiowi już jakby trochę kręci się w głowie. Prawie zapomina, że dzieciak ze Slytherinu trzyma im kolejkę do lustra. Przypomina mu Nadia, kiedy właśnie na głos myśli o pójściu po kolejne picie.
Lustro z daleka wygląda fascynująco. Jest piękne i tajemnicze, przypomina trochę jeden z tych czarno-magicznych przedmiotów, które podziwiać można w Lazarovowej piwnicy, albo ewentualnie, w niektórych ciekawych książkach. Podchodzi do szklanej tafli, z początku wpatrując się w ramę a nie w jej środek. Dopiero kiedy kątem oka widzi tam Nadię, przenosi na nią wzrok. Nie wie co się dzieje, ogląda się, ale przecież siostra cały czas tam stoi. Kolejne spojrzenie w lustro przypomina mu, że powinien w niej zobaczyć pragnienie. Och, no to by pasowało. Wpatruje się w lustrzaną sylwetkę ukochanej osoby, ale ta jest jakaś dziwna, zamiast patrzeć na Nikolaia i się uśmiechać, łapie za rękę kogoś innego, kto pojawia się jakby znikąd. Potem zaczynają się całować i całować... nie wiedzieć czemu Nikolai nie może oderwać od tej sceny wzroku, nawet kiedy nieznajomy chłopak zaczyna zdejmować z Nadii ubranie. Spodziewa się już co będzie dalej, ale nagle następuje całkiem nieoczekiwany zwrot akcji. Dziewczyna już nie odchyla głowa z rozkoszą na twarzy, zamiast tego krzywi się z bólu, a z jej piersi leci krew. Dopiero teraz można dostrzec herb ministerstwa na szacie nieznajomego. Wyciąga z Nadii wnętrzności, wszystkie po kolei i wkłada je do małych, kryształowych pudełeczek, zupełnie jakby miały stać na wystawie.
Nikolaiowi wreszcie udaje się odwrócić. Nic nie rozumiem, ma wrażenie, że powinien czuć szczęście i tęsknotę, a jest to zupełnie coś innego. Łapie prawdziwą Nadię za rękę i wyciąga ją jak najdalej, nie chcąc tłumaczyć co widział w lustrze. To było dziwne szczęście, mówi jej potem i patrzy w miejsce, gdzie niedawno widział wbity sztylet. Więc teraz tak wyglądają jego pragnienia? Czarno-magiczne księgi naprawdę wyprały mu mózg. Czuje do siebie jakąś dziwną odrazę.
Powrót do góry Go down
Genesis Primera Malclès

avatar
Admin


Skąd : Lawrio, Grecja
Liczba postów : 69
PisanieTemat: Re: Główna ulica   13.02.16 22:10

Och, Genesis bardzo chciała zajrzeć wgłąb swojej duszy mniej więcej od dnia, w którym zaczęła mieć świadomość większą od świadomości fistaszka. Chociaż zwykle spędzała długie godziny na zgłębianiu własnego wnętrza, nigdy nie wyszło z tego absolutnie nic pokroju tego, co oferowało zwierciadło. To było coś, co mogło wyjaśnić jej wszystkie wątpliwości, pokazać rodzinę, w jakiej naprawdę chciała żyć albo to, czego wila wewnątrz jej kruchego ciała potrzebowała do pełnego szczęścia. Ideałem byłoby, gdyby jej pragnienia okazały się tak silne, iż otrzymałaby dokładnie to, czego pragnęło wilowate serce. A jednak im dłużej o tym myślała, tym większe miała obawy co do zaglądania w zwierciadło. Obawiała się tafli przemieniającej się na jej niebieskich oczach w pragnienie rodziny innej niż państwo Malcles, których tak przecież kochała w jej własnym mniemaniu. Równie tragiczne byłoby dojrzenie tam sióstr, którymi nie były Exodus ani Esther czy też ich pięknych ciał, ale kryjących w sobie zupełnie inne charaktery. Genesis wiedziała, że to, co ludzie tak chętnie nazywali pragnieniami, pod piękną otoczką kryło niekiedy czyste zepsucie. Primera bardziej niż ktokolwiek obawiała się tego, że sama okaże się najpiękniejszą dziewczyną o okrutnie zepsutym wnętrzu. Nigdy nie postrzegała się w takich kategoriach, a jednak zwierciadło nie mogłoby skłamać, ukazując na tafli wilę tak łudząco podobną do Genesis, okazującą ludziom dobroć i sympatię. Z oddali młoda Malcles obserwowała, jak czarodzieje wszelkiej maści pchają się w kolejce, ryzykując, skuszeni rozwikłaniem zagadki pożądania. A jednak nie była od nich lepsza i potwierdziła to w końcu, stawiając jeden ostrożny krok za drugim. Marszczyła cienkie brwi, docierając na koniec ogonka prowadzącego prosto do zwierciadła. Co też widzieli w nim ci wszyscy ludzie? Wyglądali na całkiem zadowolonych, kiedy wracali po fakcie wzdłuż ulicy prosto do swoich domów. Czy ona też mogła być równie zadowolona, gdy już będzie wiedziała, co czai się w głębi jej serca? Pod warunkiem, że w ogóle faktycznie je miała. Niekiedy miała wrażenie, że coś maleńkiego bije tam, gdy znajduje się w pobliżu swoich sióstr, by zniknąć i pozostawiać po sobie zionącą pustką otchłań, kiedy zostawała sama - zupełnie jak dzisiaj. Śnieg sypał jej na ramiona, a im bliżej celu była, tym bardziej czuła przeszywające zimno, oplatające jej stopy, żeby włazić po jej ciele coraz wyżej i wyżej. Nigdy nie czuła aż takiego chłodu, nawet podczas najgorszych zim krew wili zdawała się rozgrzewać całe jej ciało. Nie podejrzewała nawet, że to zwykły ludzki strach mroził jej palce. Kolejka zmniejszała się dość prężnie, choć zdawałoby się, że ludzie zechcą dłużej popatrzeć na obraz swoich najskrytszych pragnień. Odrzucając od siebie wszelkie wątpliwości i wmawiając sobie, że to przysługa, którą sobie wyświadcza, szła naprzód, nawet jeśli wszelkie możliwe znaki mówiły, by się wycofać. Tak absurdalnie było obawiać się zwierciadła pragnień! Genesis uniosła wzrok... I zamarła na moment. Niespodziewanie przed nią nie było już niczego ponad srebro. Gdzie podziali się ci wszyscy czarodzieje? Nieco skołowana skinęła łagodnie głową w kierunku aurorów. Nie podobali jej się. Biło od nich coś dziwacznego, co nakazywało raczej odejść jak najdalej, zamiast zatrzymywać się, wystawiając na ostrzał. Ale było już za późno, żeby się wycofać. Jej ręka uniosła się mimowolnie, dotykając szkła i chociaż spodziewać by się można, iż ktoś zaprotestuje, nic takiego się nie stało. Genesis patrzyła przez krótką chwilę prosto w swoje niebieskie oczy. Jej wzrok przesuwał się po idealnej twarzy, jasnych włosach, ciemnozielonym płaszczu, który na sobie miała. Smukła dłoń dotykała odbicia dłoni. Myśli Primery przeganiały się jedna przez drugą. Coś już powinno się dziać! Dlaczego była tam sama? Zamrugała gwałtownie. Ten obraz, tak zwyczajny, mroził krew w jej żyłach. I dopiero gdy zdała sobie sprawę z tego, co tak bardzo ją przeraziło, dostrzegła je obie po swoich dwóch stronach. Trzymały się za ręce na wysokości jej brzucha, kompletnie ignorując to, że tam stała. Już cię nie potrzebuję, mówiły bezdźwięcznie usta Exodus. Odejdź, wtórowały im usta Esther. Nie dotykaj mnie, zmieniły śpiewkę usta najmłodszej Malcles. Potwór. I gdy tylko to powiedziały, Genesis zaczęła dostrzegać zmiany w swojej twarzy. Ciemne tęczówki, podchodzące krwią białka, wyostrzające się rysy twarzy. Potwór. Dłonie Primery były zimne jak lód. Miała wrażenie, że nie jest w stanie wrócić do domu, bo za każdym razem, gdy spojrzy w jakiekolwiek lustro, będzie widziała dokładnie ten sam obraz i nie będzie potrzebowała do tego żadnej mistycznej magii. Po prostu tam będzie. Sama w szklanej tafli. Wiedząc, że mogłyby jej nie chcieć, nie potrzebować i nienawidzić. Że mogłyby jej nie akceptować. Jej dłoń drżała coraz silniej. Miała ochotę uderzyć w zwierciadło, lecz gdy uniosła rękę... Ktoś położył jej dłoń na ramieniu i popchnął lekko w kierunku ulicy. Och, nie było tak strasznie. Od zawsze wiedziała, że ona, Exodus i Esther to trio nie do rozbicia, że nikt na świecie nie zaakceptuje jej tak bardzo, jak one. Naprawdę właśnie to było jej najskrytszym pragnieniem? Akceptacja? Też coś. Przecież wszyscy ją akceptowali. Uznając całą przygodę za najmniej wartościowe doświadczenie w życiu, Primera udała się w kierunku własnego domu z lekkim uśmieszkiem na twarzy.
Powrót do góry Go down
 Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next

Erised :: Fabuła :: Hogsmeade-
Skocz do: