Share | 
 
Skrzydło szpitalne
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
AutorWiadomość
Mistrz Gry

avatar
Specjalne

Liczba postów : 1032
PisanieTemat: Skrzydło szpitalne   28.09.15 3:36

First topic message reminder :

Skrzydło szpitalne
Do tej części zamku lepiej nie trafiaj zbyt często. Oczywiście leżenie w skrzydle szpitalnym ma swoje plusy - nie chodzisz na lekcje, o ile nie musisz przyjmować rano leków, to śpisz, do której chcesz... Ale leżenie samotnie w tak dużym pomieszczeniu pełnym surowych, białych łóżek nie jest zbyt sympatyczne, tym bardziej, że często łączy się z bólem. Na szczęście pielęgniarka zawsze jest na miejscu, by pomóc ci, jak tylko może.
Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Myrnin Lewis

avatar
Gracz


Skąd : Royal Tunbridge Wells
Liczba postów : 374
PisanieTemat: Re: Skrzydło szpitalne   29.09.16 23:19

Myrnin nie pamiętał niczego z poprzedniego dnia. Raczej pamiętał to, że latał, że pani Hooch nad nim czuwała. Pamiętał jak latał, jak się wtedy czuł. A czuł się jak ptak, jak ktoś wolny, bez zmartwień. W chwili gdy odrywał stopy od podłoża, czuł się po prostu tak dobrze, że nawet nie potrafił tego opisać. Co na pewno było widać na jego twarzy. Każdy wiedział, że jego pasją jest Quidditch. Nie wiedział poza tym życia. Przecież tylko to się liczyło, nigdy nie myślał o tym, co zrobi jeśli to się skończy. Bo przecież, nie mogło, prawda?
Wszystko zmieniło się jak dotknął nogami ziemi i potem to już tylko jak przez mgłę. Przez chwilę widział nad sobą twarz Hooch, kazała mu coś zrobić. Więc zrobił, sam nie wiedział co, ale na pewno coś. Później pamiętał tylko Skrzydło Szpitalne. Ale to też małymi urywkami, był wykończony nawet bardzo. Nie wiedział co sie z nim działo, nie wiedział co się z nim stało. Tak naprawdę to chłopak niczego nie wiedział.
Otworzył swoje oczy, nie czuł się jakoś bardzo źle. Może delikatnie wymęczony, ale to pewnie przez trening. Bo przecież nic wielkiego się nie stało. Urwał mu się film, to fakt. Ale czuł, że to pewnie przez to szybkie lądowanie, które sobie sprezentował. Tak, to na pewno przez to. -Co się stało?- spytał, bardziej zmęczonym głosem niż przypuszczał. Zastanawiał się jak długo tak leżał/spał. Czy tam dochodził do siebie. Godzinę, dwie? Może trzy?
Powrót do góry Go down
Rolanda Hooch

avatar
Specjalne

Liczba postów : 15
PisanieTemat: Re: Skrzydło szpitalne   05.10.16 21:38

Podczas gdy Myrnin spał, Pani Hooch ogarniała jego i całą opiekę, jaka mu się należała. Poganiała pielęgniarki, kilka razy powtarzała by wysłać do niej list jak tylko chłopak się obudzi, patrzyła na każdy ich ruch i… Zwyczajnie się martwiła. Chłopak z pewnością nie wiedział, że jest chory, gdyby tak było, nie wsiadłby na miotłę. Mimo to kiedy się obudził, akurat była przy nim, patrząc w zamyśleniu na kubek z kiedyś jeszcze gorącą czekoladą. Cóż, przyniosą jej nowej. Jednak na pewno napój był jeszcze ciepły, choć to nie to samo.
Słysząc ruch chłopaka, pani Hooch wstała natychmiast i podeszła do skraju łóżka, obserwując ze strapieniem zachowanie Puchona. Miała nadzieję, że teraz czuje się dużo lepiej, choć na pewno czuł się koszmarnie. Położyła dłoń na jego dłoni.
- Wstałeś już. Jak się czujesz?
Obawiała się tego, co będzie mu musiała przekazać. Jej pasją było latanie, umiała też rozpoznać to samo odczucie u innych. Myrnin był jedną z tych osób. Jak powiedzieć komuś, kto kocha latać, że już nie może tego robić? Jak odebrać mu coś tak ważnego? Nie uczono jej tego, nie umiała też ubrać tego w ładne słówka. Nawet się nie dało, prawda raziła, niestety.
Powrót do góry Go down
Myrnin Lewis

avatar
Gracz


Skąd : Royal Tunbridge Wells
Liczba postów : 374
PisanieTemat: Re: Skrzydło szpitalne   05.10.16 22:17

Myrnin, nie do końca rozumiał tego całego zmartwienia ze strony pani Hooch. Lubił ją, to fakt. Miała się nim zajmować na boisku, ale przecież tutaj już miał opiekę, prawda? Więc dlaczego siedziała taka zmartwiona przy jego łóżku? To jedyna myśl jaką miał właśnie w głowie. Może jego miotła nie wytrzymała? A przecież dopiero dostał na nią pieniądze od rodziców! Ale czy na pewno Hooch stała by tutaj, tylko po to aby go poinformować o śmierci jego miotły? Na pewno nie zawracałaby sobie tym głowy. Ale miał jakoś za mało siły, aby teraz się nad tym zastanawiać.
-Dość słabo, jeśli tak to można nazwać. Pewnie za szybko lądowałem.- odparł spokojnie. Bo właśnie według niego to się stało. Co jest nawet bardzo zrozumiałe, bo jak inaczej mógł wytłumaczyć sobie ten nagły spadek formy? No właśnie, nie mógł. Poza tym, to pierwszy raz jak zdarzyło mu się zemdleć. Pewnie to przez to, że za mało zjadł, lub za dużo nie spał poprzedniej nocy. Początek roku, a oni już byli zawaleni nowymi materiałami i tak dalej. Jego młody organizm nie wytrzymał i padł ze zmęczenia.
-Coś się stało? Wygląda pani na zmartwioną.- Powiedział powoli Puchon. Jak zawsze znany z martwienia się o innych, bo przecież jemu nic a nic nie było. Czuł się dobrze, może nie w tej chwili. Ale zazwyczaj czuł się jak najlepiej, a to tylko chwilowe. Poza tym, teraz zaczął się obawiać tego, co jest pani Hooch. Wyglądała na naprawdę zmartwioną, jakby ktoś zmarł, czy coś.
Powrót do góry Go down
Rolanda Hooch

avatar
Specjalne

Liczba postów : 15
PisanieTemat: Re: Skrzydło szpitalne   10.10.16 21:51

Pani Hooch uśmiechnęła się lekko, jakby z wymuszeniem, po czym przysiadła na krawędzi łóżka. Chyba nie było sensu tego przeciągać, w końcu prędzej czy później musiała mu powiedzieć na czym stoi. Tyle była mu winna z racji, że przeżył bardzo zły dzień, a przed nim całe piekło. Westchnęła.
- Nic nie pamiętasz z tego, co się wydarzyło? – zaczęła łagodnie, po czym po chwili kontynuowała smutnym, choć spokojnym, tonem: - Miałeś atak, Myrnin. Zakładam, że to był pierwszy raz więc to dla ciebie musi być całkowicie nowe, ale… Wychodzi na to, że masz padaczkę.
Odetchnęła. Zbliżała się do tej najgorszej części, przybicia gwoździa do trumny, kiedy to miała zabrać Puchonowi jedną z ważniejszych rzeczy w jego życiu, o ile nie jedną z najważniejszych. A może w ogóle najważniejszą? Oby nie…
- Nie możesz latać, nie wspominając o graniu w quidditcha. Atak może być w każdej chwili i pod wpływem silnych bodźców jest bardzo prawdopodobny. To za duże ryzyko. Niestety jestem zmuszona… Zabronić ci uczestnictwa w quidditchu. Latanie stało się dla ciebie zbyt niebezpieczne. Pielęgniarka wyjaśni ci później na czym to polega i jak sobie z tym radzić.
To powiedziawszy ścisnęła jego ramię próbując go jakoś wesprzeć, ale tak naprawdę nic nie mogła zrobić. To tyle dla niego było. Więcej już nie był w stanie od siebie dać, a ona nie była w stanie w tym momencie go pocieszyć.
- Przykro mi, Myrnin. – Wstała i nieco zagubiona popatrzyła dookoła, a potem na niego. - Jakbyś chciał pogadać czy coś to wiesz gdzie mnie szukać, moje drzwi są zawsze dla ciebie otwarte.
Po tych słowach odwróciła się i wyszła, zostawiając Myrnina samego z wieściami, które ogromną część życia Myrnina zamknęły w dziale „przeszłość”, od tego momentu już nie trwając, a oddalając się od niego.

Zt.
Powrót do góry Go down
Gabriel Bertrand Jr

avatar
Admin


Skąd : Francja
Liczba postów : 195
PisanieTemat: Re: Skrzydło szpitalne   26.04.17 19:19

02.03.2003

Siedział bez ruchu, opierając się o ramę łóżka. Przez zamknięte okna wpadało niewiele światła, tworząc w komnacie bladą poświatę. Malutka, lśniąca igła, naśladująca zręczne ruchy różdżki pani Pomfrey, zszywała właśnie rozcięcie na skroni Gabriela. Oczywiście, że pytała, kto go tak urządził, choć w jej głosie nie było słychać zdziwienia; już wiele razy pojawiał się w skrzydle, uśmiechnięty od ucha do ucha, mimo że często ledwo utrzymywał się w pozycji pionowej, a spora część jego ciała pokryta była siniakami. Patrzyła na Gabriela z odrobiną politowania; zawsze na odchodnym mówił jej, że to już ostatnia wizyta, ale jak dotąd ciągle wracał, prawie jak bumerang; to po bójce czy innej 'drobnej sprzeczce', jak lubił to nazywać, to po kontuzji po upadku z miotły, albo niefortunnym zakończeniu zjazdu po poręczy z samego szczytu wieży północnej.
Więc co tym razem?
- Pokłóciłem się.. trochę.. z przyjacielem.
Jasne, oczywiście. Posprzeczał się z przyjacielem. O niektórych sprawach nikt nie powinien wiedzieć, nawet jego kochane siostrzyczki, ani Lea, któremu miał w zwyczaju się zwierzać, ani tym bardziej nikt dorosły.
Nie miał najmniejszej ochoty iść na zajęcia; dlatego rzucił się na poduszkę, aż stary, zmęczony stelaż łóżka wydał z siebie donośne skrzypnięcie. Pani Pomfrey pokręciła głową i westchnęła, ale nie miała zamiaru go wyganiać, bynajmniej nie dzisiaj. Gabriel wiedział, że nic sensownego i tak nie dałby rady zdziałać, więc pewnie wybrałby się na wagary i ukrywał w bibliotece pod stertą książek. Miał w głowie tylko Leosia i ostatnie słowa, jakie wypowiedział, zanim się rozstali. Założył ręce pod głowę i wbił wzrok w sufit, pogrążając się w myślach. Nie może mu wybaczyć? Dlaczego? Cóż, gdyby tylko pofatygował się nad ciągiem przyczynowo-skutkowym, odpowiedź od razu wydałaby mu się oczywista. Jednak nie chciał odpuścić; to znaczyło zbyt wiele, żeby tak po prostu pozwolić temu utonąć w natłoku emocji. Wiedział, że nie cofnie czasu; nawet gdyby, nie był pewny czy nie podążyłby tę samą ścieżką popełniając po drodze te same błędy. Miał w sobie nadzieję, że uda mu się wszystko naprawić.
Nadzieja matką głupich jest, jak to mówią.


Powrót do góry Go down
Leo Slughorn

avatar
Admin


Skąd : Cornwall
Liczba postów : 438
PisanieTemat: Re: Skrzydło szpitalne   26.04.17 20:38

Leo długo nie mógł zasnąć. Najpierw po prostu leżał na boku, tępo wpatrując się w ścianę, później obrócił się na plecy i swoją uwagę skierował na sufit. Nie potrafił zamknąć oczu na dłużej niż kilka sekund, choć wielokrotnie próbował zacisnąć mocno powieki i zmusić zmęczone ślepia do odpoczynku. W końcu podniósł się do pozycji siedzącej, a stary materac łóżka głośno skrzypnął, zdradzając fakt o jego bezsenności innym osobom przebywającym w dormitorium. Leo przesunął wzrokiem po twarzach współlokatorów, ale wszyscy nadal spali jak zabici. To w sumie dobrze; wolał uniknąć zbędnych pytań i późniejszego narzekania, że nie daje im spać w nocy. Sięgnął do szafki nocnej i wydobył z szuflady paczkę fasolek wszystkich smaków. Rozerwał opakowanie i wyłowił jeden cukierek. Oby nie flaczki.
Dzisiejsza konfrontacja z Gabrielem zupełnie wytrąciła chłopaka z równowagi. Niemyślenie o nim, o ile wcześniej było tak cholernie ciężkie, teraz stało się stokroć trudniejsze. I te pieprzone wyrzuty sumienia, które zaczęły zbliżać się do Leo już na Wieży Astronomicznej oraz z każdą kolejną sekundą, każdym pokonanym krokiem, niesamowicie przybierały na sile. Nie powinien był zrobić tego, co zrobił i doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Czasem próbował pocieszać się słowami typu: należało mu się albo zasłużył sobie, ale tak naprawdę nie potrafił do końca w to uwierzyć. Przecież Slughorn wcale nie był takim człowiekiem. Wcale nie musiał się mścić. Jeśli jest chociaż jedna alternatywa, to najlepszym wyjściem będzie pokój. Tylko czy pokój mógł zapaść bez wyrównania rachunków? Leo do tamtego momentu na wieży bez wahania odpowiedziałby, że tak – w końcu pokój to przebaczenie. Teraz jednak nie był już co do tego taki pewien. Poczuł jak po jego języku rozchodzi się paskudny smak zgniłego jajka i skrzywił się, aby w końcu ulec i wypluć fasolkę na rękę. Już wolałem flaczki.
Chłopak cisnął fasolki z powrotem do szuflady i ponownie położył się na plecach. Przetarł dłonią zmęczone oczy, które tkwiły w masochistycznym postanowieniu o nieuległości właścicielowi i za cholerę nie pozwalały Leo na dłuższe przymknięcie powiek. Wiedział, co musi zrobić, by sobie ulżyć, jednak nie był pewien, czy jest na to gotowy. Jest późno. Pewnie śpi. Wcale nie musimy rozmawiać. Zabawne, Gryfon właśnie w tym momencie przypomniał sobie, jak to role były odwrócone i to Gabe zostawił jego na wieży, tak samo pokaleczonego, ale nie fizycznie. A potem się spotkali. I przez krótki czas było naprawdę cudownie. A co jeśli historia zatacza koło? Może znowu da się nabrać na te jego gierki, znowu mu zaufa, pokocha jego i pozwoli pokochać siebie. A potem znowu pójdzie w odstawkę. Przemyśl to, Leo. Wchodzisz na niebezpieczny teren. Czuł się jak na polu minowym – nie miał pojęcia, które stąpnięcie będzie tym, które zapoczątkuje koniec. Podniósł się z łóżka i potarmosił lekko włosy, wierząc że w ten sposób ułożą się jakoś sensownie. Zastanawiał się, czy powinien przebrać się z piżamy, ale zrezygnował z tego. W końcu idzie tylko na chwilę, sprawdzi, czy Bertrandowi nic nie jest i wróci, nic więcej. I wreszcie będzie mógł zamknąć oczy i zasnąć spokojnie.
Gryfon najciszej jak potrafił wymknąć się z dormitorium, a następnie z pokoju wspólnego. Na korytarzu było dość chłodno, ale chłopak jakoś mocno tego nie odczuwał. Dopiero wtedy zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo się stresuje. Czego się bał? Może tego, że stan Gabe'a jest gorszy, niż mu się zdawało? Nie pamiętał zbyt dokładnie jego urazów, to wszystko działo się tak szybko, ale chyba nieźle go urządził. Slughorn w mgnieniu oka znalazł się przy drzwiach do Skrzydła Szpitalnego. Wziął głęboki wdech i nacisnął klamkę. Na sali panował półmrok (a raczej trzyczwartemrok) – świece w głównych żyrandolach były wygaszone. Jedynymi źródłami światła w pomieszczeniu było kilka lampek bocznych, w których ogień tańczył wesoło. Leo zbliżył się do łóżek i go dostrzegł – był jedyną osobą w Skrzydle Szpitalnym tej nocy. To dobrze, przynajmniej nikt nie nakabluje na Slughorna.
Tak jak przypuszczał Gryfon, Bertrand spał - z głową uroczo przechyloną w stronę lewego ramienia, pochrapując cicho. Chłopak nie był w stanie powstrzymać uśmiechu. Tylko Merlin wie, jak bardzo on nienawidził tego skurwysyna, ale nawet skurwysyn potrafi wyglądać słodko, gdy śpi. Nie na tym jednak skupił się wzrok Leo. Chłopak musiał aż podejść kilka kroków bliżej. W wielu miejscach na twarzy Gabe'a dało się dostrzec skrzepnięte strupy krwi, najwięcej w okolicy lewego oka, ust i nosa. Slughorn wziął głęboki wdech i przymknął oczy, ale znowu nie na dłużej niż kilka sekund. Pokręcił lekko głową i czując, że robi bardzo, ale to bardzo źle, przysiadł na taborecie obok łóżka blondyna. Wyciągnął drżącą rękę przed siebie i przejechał delikatnie palcem wskazującym po policzku chłopaka, przygryzając mocno wargę. Wreszcie. Naprawdę mógł tu być i gładzić go delikatnie po tym mniej obitym policzku. Z ciężkim sercem odsunął rękę od oblicza Gabe'a. Jak mogłem zrobić mu coś takiego? Przeczesał włosy palcami i podparł podbródek na ręce opartej o krawędź łóżka. Gdy patrzył na Bertranda czuł, jak serce rozpada mu się na części pierwsze, ale jakimś zrządzeniem losu nie mógł oderwać od niego wzroku. Wyprostował się na taborecie. Powinien już iść, wiedział o tym doskonale. Zamiast tego ostrożnie wsunął swoją dłoń pod dłoń blondyna, splatając delikatnie ich palce razem. Tego już było zbyt dużo. Poczuł jak kolejna łza tego dnia powoli skapuje mu po policzku. Zacisnął mocno powieki, co tylko pogorszyło sprawę.
- Przepraszam – wydukał ledwo słyszalnie, spuszczając spojrzenie na ich splecione dłonie. - Tak cholernie przepraszam.



He used to call me poison
Like I was poison ivy




I could have died right there
‘Cause he was right beside me
Powrót do góry Go down
Gabriel Bertrand Jr

avatar
Admin


Skąd : Francja
Liczba postów : 195
PisanieTemat: Re: Skrzydło szpitalne   27.04.17 19:15

Drzewo wyrastające ze skały, trzygłowe kruki, rześka bryza, druciany most nad krystaliczną rzeką. Zapach miodu i migdałów unosił się pomiędzy koronami drzew, wiatr szumiał pośród liści, kołysząc do snu.
Ktoś delikatnie musnął opuszkami palców jego policzek, omijając wszystkie zakrzepłe rany. Najpierw pomyślał, że nadal śni, a przyjemny dotyk jest tylko częścią fantazji, wytworem zmęczonych myśli. Podświadomość lubi podpowiadać, za czym się tęskni. Jednak to nie był już sen, ktoś faktycznie przy nim był; lekko uchylił powieki, widział jego cień w wirującym świetle świec. Słyszał świszczący w chłodnym powietrzu oddech, a było tak cicho, że sprawiał wrażenie jakby odbijał się od ścian komnaty. Gabriel nie zdążył się do końca wybudzić, gdy poczuł jak chwyta go za rękę. Znał ten dotyk. Często mu się śnił. Na przekór wszystkiemu niewyobrażalnie za nim tęsknił.
Słowa popłynęły przez pustkę, trafiły do jego uszu jakby pochodziły z innego świata; mimo to usłyszał je wyraźnie. Poczuł falę przyjemnego ciepła gdzieś wewnątrz, uśmiechnął się prawie odruchowo. Nie spodziewał się, że to usłyszy. Nie aż tak szybko.
- W porządku. - szepnął dopiero po chwili, świadomy że pewnie go zaskoczy.
Rozchylił ospałe wciąż powieki, spojrzał z radością na swojego anioła.
- Kogóż moje oczy widzą. Dlaczego włóczysz się sam w nocy po zamku? W piżamie?
Slughorn miał na sobie zabawną koszulkę w ślimaki. Przypomniało mu się, jak kiedyś się z niej naśmiewał, drocząc się z jej właścicielem.
- Dobra, nie tłumacz się. - powiedział, z niechęcią puszczając jego dłoń. Musiał podnieść się do pozycji siedzącej, bo poczuł jak drętwieje mu szyja. - Fajnie, że wpadłeś sprawdzić czy żyję. - dodał jeszcze.
Uśmiechnął się do Leo, patrząc na odbijające się w jego oczach płomyki latarenek. Tak naprawdę nie tylko cieszył się z tej niespodziewanej wizyty, a serce wręcz rozrywała mu radość. Przysunął się na skraj łóżka, wyciągnął dłoń w jego stronę i delikatnie zagarnął kilka leosiowych włosów za ucho. Spojrzał na jego twarz, jasną, gładką, choć wyraźnie zmęczoną. Nie umiał odczytać jej wyrazu. Ale wiedział, że z pewnością miał udział w pojawieniu się tych worów pod oczami.
- Leoś... mogę cię przytulić?


Powrót do góry Go down
Leo Slughorn

avatar
Admin


Skąd : Cornwall
Liczba postów : 438
PisanieTemat: Re: Skrzydło szpitalne   27.04.17 21:44

Tak naprawdę, to Leo przeczuwał, że chłopak się obudzi. Nie chciał dopuszczać do świadomości tego, że właśnie na to liczył. Tęsknił za wszystkim, co zdarzyło się przed tym całym gównem – tęsknił nawet za samym przyjaźnieniem się, gadaniem o wszystkim i o niczym, no i za wywijaniem wszystkich tych durnych numerów. Jak wtedy, kiedy wpakowali łajnobomby do nauczycielskiego. O rany, ale się wtedy porobiło! Leo dobrze pamiętał, że był wtedy w pierwszej klasie i to starszy i okiełznany Gabe go do tego namówił. Potem już stali się nierozłączną ekipą – jeden gorszy od drugiego, a każdy, kto z nimi zadarł mógł być pewien, że prędzej czy później skończy z ustami zmienionymi w dziób lub łajnobombą na głowie. Koledzy z domu z jednej strony podziwiali ich, a z drugiej wściekali się o to, że co chwilę tracą Gryffindorowi punkty i zaliczają szlabany, wpływając na negatywną opinię o domu Gryfa. Najbardziej przemądrzali byli szósto- i siódmoklasiści, którzy to byli już wielce dorośli i zapomnieli, jak to jest być gówniakiem, nierozumiejącym całego tego politycznego szlamu. A potem nadeszły rządy Voldemorta i Carrowów i wszystko prysło. A potem była Bitwa o Hogwart i było jeszcze gorzej. A potem wrócili do szkoły i nagle znowu było jak w bajce. Szkoda, że wszystko kiedyś się kończy, a to dobre szybciej od złego.
Leo siedział i rozmyślał o tym wszystkim, skrzętnie pomijając we wspominkach to, jak Bertrand go zostawił i jak Slughorn urządził go na Wieży Astronomicznej. Starał się po prostu przypomnieć sobie wszystkie te chwile, dla których wiedział, że warto było przejść przez to szambo, które co chwilę gotowało mu życie. Wpatrywał się w ich złączone dłonie i cieszył się tym widokiem, póki mógł. Tak bardzo pragnął, żeby to mogło trwać dłużej i częściej. Czas jednak leciał nieubłaganie, sekunda po sekundzie i w końcu, zgodnie z prognozami Gryfona, blondyn rzeczywiście się obudził. Leo zorientował się, kiedy poczuł, że dłoń chłopaka lekko drgnęła. Nawiedziła go wtedy myśl, żeby odejść jak najszybciej, zanim zacznie dziać się coś złego. Zignorował jednak to przeczucie. Nie chciał wychodzić i zostawiać go tu samego wśród pustych łóżek i czterech ścian. Nagle do jego uszu dobiegł cichy głos. Gryfon dygnął delikatnie, nie wiedząc, co powinien zrobić. Ostrożnie podniósł spojrzenie na twarz Gabe'a.
- „W porządku” to nie słowa, które mówi się po dostaniu wpierdol – odparł w końcu, nie mogąc oderwać wzroku od skrzepniętej krwi na twarzy blondyna. Nadal nie mógł pogodzić się z myślą, że naprawdę to on mu to zrobił. Nie jakiś wkurwiony Ślizgon, nie jakiś niewyżyty debil, tylko właśnie on – Leo Slughorn we własnej osobie. Chociaż etykietkę tego drugiego jeszcze można by było mu przykleić.
- Nie włóczę, tylko... – w sumie to dobrze, że Bertrand postanowił mu przerwać, bo tak naprawdę to nie miał pojęcia, co chciał powiedzieć. Nie miał żadnej wymówki, żadnego wytłumaczenia. Gabe odpowiedział samemu sobie, dlaczego Gryfon był akurat tu i teraz, a Leo jakoś nie miał zamiaru tego kwestionować, czy zaprzeczać. I tak oboje wiedzieli, jaka jest prawda.
Na jakiś czas zawisła między nimi cisza, ale nie z tych niezręcznych, żądających natychmiastowego przełamania, tylko taka, która wydawała się absolutnie na miejscu. Po prostu musiała tam być, bo inaczej coś byłoby nie tak, jakiś element nie pasowałby do układanki, jakim było ich tegonocne spotkanie. Slughorn patrzył na blondyna, a blondyn na Slughorna, ale żaden z nich przez dłuższy czas nie podjął się złamania tej złotej ciszy. Leo mógł jedynie domyślać się, co chodzi po głowie Gabe'owi, ale z jego wiedzą socjologiczną z pewnością nie udałoby mu się zgadnąć. Zresztą po co? Miał swoją głowę, swoje myśli, nad którymi miał pełną kontrolę. Po co marnować czas na coś, czego nie można w pełni okiełznać? I właśnie wtedy Bertrand przerwał ciszę, a młodszy z Gryfonów poczuł się, jakby oberwał czymś ciężkim w głowę. Jakaś część jego krzyczała głośne: nie!, rozsądek protestował, umysł opierał się, ale ciało i tak zrobiło swoje. Chłopak nie odpowiedział, tylko uniósł jeden kącik ust w delikatnym i krótkim uśmiechu, pobłądził chwilę spojrzeniem po twarzy Gabe'a i w końcu przesunął się na przód taboretu oraz pochylił lekko do przodu, jednocześnie oplatając ramionami korpus chłopaka i odruchowo wtulając nos w ramię blondyna. Nie chciał już myśleć o tym, jaki był tępy. Nie miał na to siły.
- Cieszę się, że żyjesz – powiedział cicho. Czuł, że musi wymówić te słowa w ramach rekompensaty za to, co odwalił na wieży. Czy on czasem nie mówił tam czegoś zupełnie odwrotnego? Leo zacisnął powieki. Nie myśl o tym. Jesteś tu. Z nim. Wszystko będzie dobrze.



He used to call me poison
Like I was poison ivy




I could have died right there
‘Cause he was right beside me
Powrót do góry Go down
Sponsored content



PisanieTemat: Re: Skrzydło szpitalne   

Powrót do góry Go down
 Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2

Erised :: Fabuła :: Hogwart :: Trzecie piętro-
Skocz do: