Share | 
 
Pokój Życzeń
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Mistrz Gry

avatar
Specjalne

Liczba postów : 1032
PisanieTemat: Pokój Życzeń   28.09.15 3:44

Pokój życzeń
Niegdyś była to jedna z najcudowniejszych sal w tym zamku. Drzwi były ukryte, a po wejściu Pokój dostosowywał się do tego, czego akurat najbardziej potrzebowałeś. Jednak podczas wojny wzniecono tutaj magiczny pożar, który strawił wszystko do cna. Gdyby był to zwykły ogień, aura magiczna nie zostałaby zaburzona. Szatańska Pożoga jednak nie dała szans na odbudowanie magii Pokoju. W tej chwili w miejscu tego legendarnego miejsca pozostały tylko zgliszcza, nawet drzwi przestały być ukryte i aby wejść do środka, wystarczy wyłącznie nacisnąć klamkę.
Powrót do góry Go down
Upsilon Wild

avatar
Gracz


Skąd : Wielka Brytania, Szkocja
Liczba postów : 120
PisanieTemat: Re: Pokój Życzeń   13.12.15 15:18


@ Upsilon
Wewnątrz Pokoju Życzeń, kiedyś tak majestatycznego i nieprzewidywalnego, było teraz zupełnie ciemno, ale Upsilon to nie przeszkadzało. Siedziała na podłodze obok czegoś, co być może kiedyś było jakimś dużym meblem, ale teraz przypominało tylko brudny, metalowy stelaż. Upsilon sama czuła się nieco jak ta dziwna, powykrzywiana temperaturą rzecz. Trzymała się w pionie tylko dzięki kilku metalowym elementom, ale wewnątrz nie było zupełnie niczego, a w takim stanie, w takiej formie... była zupełnie bezużyteczna i niepotrzebna. Od czasu wojny była zupełnie sama, nie licząc chaosu, jaki to wszystko pozostawiło w jej głowie. Mijały trzy lata, a ona wciąż była niczym zawartość Pokoju Życzeń - zupełnie strawiona przez to, co się wydarzyło. Przyciągnęła kolana bliżej piersi i zaplotła na nich chude ramiona. Czuła się winna za każdą jedną rzecz, którą zrobiła od czasu wojny. Za każdą osobowość, która niszczyła wszystko i wszystkich wokół. Za każde słowo, które nie powinno było nigdy paść, a mimo to padło, psując jeszcze więcej niż było zepsute do tej pory. Miała poczucie, że nie jest już w stanie poskładać wszystkiego na nowo, podobnie jak nie dało się już naprawić tego miejsca. Gdy to wszystko się zaczęło, gdy się rozszczepiła, straciła całą swoją magię. Nie dosłownie, ale nie było w niej już nic godnego uwagi. Nic, co sprawiłoby, że ktokolwiek miałby ochotę choćby przebywać w pobliżu. Było nawet gorzej... Bonnet umarł właśnie przez nią, przez to, że nie potrafiła powstrzymać tych małych fragmentów osobowości, które pojawiały się zawsze wtedy, gdy nie powinny. Upsilon nie miała pewności, co się wydarzyło, ale od czasu, gdy zaczęło się dziać źle, nie widziała się ze Ślizgonem ani razu. Jak wiele szkód mogła wyrządzić rządna zemsty Sigma? Czy mogła po prostu iść do niego i obwinić go o wszystko? Upsilon doskonale wiedziała, że osobowość najbardziej wini dorosłych, ale w końcu Bonnet był Ślizgonem. Czy naprawdę powstrzymałaby się, gdyby stanęła z nim twarzą w twarz? Z pewnością była kolejną osobą w tłumie tych, którzy próbowali przelać własną winę na innych. Czy Sigma robiła to, by chronić ich wszystkich? Tyle że... nie dało się ocalić wszystkich i dlatego właśnie byli w tej sytuacji, dlatego właśnie było ich pięcioro. Bo nie byli w stanie tego jednego dnia ocalić wszystkich. Bo ona, Upsilon, nie była w stanie tego zrobić. Tak czy inaczej, Sigma zamierzała znaleźć i pociągnąć do odpowiedzialności wszystkich tych, których uważała za winnych. Co, jeśli Bonnet umarł właśnie z tego powodu? A Ups? Ona też nigdy nie robiła niczego dobrego. Była zupełnie bezmyślna. Czasem rzuciła coś wartego odrobiny śmiechu, ale równie dobrze mogła natknąć się na Bonneta i zasugerować mu, że zabicie się jest najlepszym możliwym wyjściem, równie dobrym, co zjedzenie całej paczki fasolek wszystkich smaków. Tyle, że po samobójstwie nie będzie cię bolał brzuch. O tak, Ups zdecydowanie mogła to powiedzieć. Był jeszcze X... I to ona była winna za wypuszczenie go. Winna, winna, winna! Oczy Upsilon wywróciły się niespodziewanie i na krótką chwilę straciła kontakt z rzeczywistością, lecz kiedy ją odzyskała...


@ X
Nie uśmiechał się. Uniósł wzrok, patrząc na resztki popiołu, jakie pozostały w tym miejscu. Nie było niczego zabawnego w poczuciu winy. Siało zniszczenie gorsze od ognia, który strawił to miejsce. Siało kompletną pustkę. Wrzucało cię do mentalnej studni i choćbyś krzyczał ile sił w płucach, nikt nie był w stanie cię usłyszeć. A ty... On... Nie był także w stanie sobie pomóc. Jego ciało zmieniało się gwałtownie. Był częścią Upsilon, ale miał własną wolę, własne ciało, własne ja. Był niszczycielską siłą. Winny. Jego włosy sięgały ramion. Twarz miał ponurą. Oczy puste. Upsilon myliła się, sądząc, że nie ma w niej niczego ponad kompletną pustkę. To on, Xavier, był pustką. To on nie nosił w sobie niczego wartościowego. To on chciał zniszczyć wszystko, co go otaczało, by ostatecznie móc bez przeszkód zniszczyć także siebie. Zaczął od Felixa. A może zaczął o wiele wcześniej? Dokładnie pamiętał zaskoczenie, a potem ból w oczach Lockwooda. To on go wywołał. Ale nie czuł się ani trochę dumny, obojętnie czego nie pokazałby tamtego dnia wszystkim w Trzech Miotłach. Uwolnił się od poczucia winy tylko na krótką chwilę, bo był w tym najlepszą, największą bestią. A potem... Potem ono po prostu wróciło, jeszcze większe i silniejsze. Jeszcze bardziej nieposkromione. Ale tak właśnie należało robić. Odpychać innych, budować mury z nienawiści i gniewu, by w końcu móc ukryć się wewnątrz i skończyć ze wszystkim. Nikt nie zadawałby pytań. Nikt by nie zauważył. Leniwie wyjął różdżkę z ukrytej kieszeni i przesunął nią po wolnym, teraz męskim przedramieniu. Było równie chude, co to należące do Upsilon. Było na nim tak wiele blizn, że ledwie mógł je zliczyć, ale nie sądził, by jedna więcej zrobiła różnicę. Jeden krok bliżej kompletnej autodestrukcji. Jeden krok bliżej wolności. Xavier czuł się w swoim ciele jak w klatce. Nawet jeśli należało do niego, było zbyt ciasne. To z jego udziałem robił te wszystkie złe rzeczy. Gdyby go nie było... Nie byłoby też Xaviera. A gdyby nie było Xaviera... Och. Czy tak nie byłoby prościej? Wyzwoliłby siebie i wszystkich wokół. Już nigdy nie miałby tego pożerającego poczucia winy. Już nigdy nikt nie czułby się zraniony. Niespodziewanie odłożył różdżkę na bok i zaczął grzebać w kieszeniach Upsilon. Wiedział, po co tu przyszła, ale miał też świadomość, że bez niego nie potrafiła niszczyć - ani innych, ani siebie. Ostrożnym ruchem wyciągnął z szaty szklany odłamek. W zupełnej ciszy przyglądał się mu przez chwilę z należną czcią, a potem równie wiele czasu poświęcił wolnemu miejscu pomiędzy dwiema długimi bliznami. Krok bliżej wolności. Ułożył odłamek na skórze, trzymając go w dłoni z taką siłą, że krwawa rosa zaczęła zbierać się na tępych brzegach. A potem pociągnął. Czerwień wyglądała nieśmiało spomiędzy fragmentów jasnej skóry. Pierwsza krwawa kropla zaczęła zbierać się już na samym początku nacięcia. Zawierała w sobie winę, którą nosił w resztkach tego, co inni tak ochoczo nazywali sercem. Ciął głęboko, tak, jak należało. Zaciskał zęby i oddychał coraz głośniej, lecz choć piekło coraz mocniej, ledwie zdawał sobie z tego sprawę. Chciał tylko pozbyć się winy. Chciał, żeby cała wylała się przez jego skórę. Tylko tyle potrafił zrobić. Podłużna linia sięgała już zgięcia ręki. Xavier nie bawił się w krótkie cięcia, które miały zwrócić uwagę. Nie wołał o pomoc. Chciał tylko poczuć ulgę. A potem zdarzyło się coś, czego nikt z pewnością nie spodziewałby się po potworze. Bestia uroniła łzy, które spływały powoli aż do granicy podbródka, by wreszcie spaść prosto na ranę. Xavier zamrugał gwałtownie. Szkło wysunęło się z jego dłoni. Patrzył zahipnotyzowany, jak słony płyn wpływa powoli do rozcięcia, szczypiąc, choć nie bardziej niż samo skaleczenie. Każdego dnia próbował zrobić więcej, wierząc, że może się wyzwolić, ale nie umiał robić niczego ponad krzywdę, a ona nijak nie prowadziła do wewnętrznego spokoju. Zamrugał, po czym skrzyżował ramiona na piersi. Krew sączyła się mocniej z otwartej rany, brudząc szatę i koszulę, którą miał pod spodem. Zastanawiał się, jak długo mógł tak siedzieć, zanim będzie potrzebował zaklęcia. Mur nie był jeszcze dość wysoki, by mógł się za nim ukryć. Potrzebował jeszcze odrobiny...
- Ferula - mruknął cicho, chwytając znowu za różdżkę i kierując ją na własne przedramię. Magiczny bandaż zawinął się wokół zranienia. Na zewnątrz wszystko było już dobrze.

zt

Kostki: 2,6
Powrót do góry Go down
Leo Slughorn

avatar
Admin


Skąd : Cornwall
Liczba postów : 438
PisanieTemat: Re: Pokój Życzeń   02.07.16 0:24

24 czerwca, 18:43

Czy zwykłe, słoneczne dni, kiedy człowiek nabiera wrażenia, że naprawdę wszystko może być dobrze, że egzaminy nie mogły pójść aż tak źle, że list o rzekomej zdradzie był głupim żartem małolatów i że życie naprawdę nie polega na bezustannym zatracaniu się w nicości, zawsze muszą zostać zepsute przez jedno, małe wydarzenie? Można powiedzieć, że nie mniej, nie więcej, tak właśnie się działo w życiu Leo. I tym razem ten jeden z nielicznych dobrych dni został zniszczony. Zniszczony, przemielony, rozgnieciony. Doszczętnie stratowany przez zwykły świstek papieru.
Kiedy znalazł pod poduszką ładną kopertę nawet przez myśl mu nie przeszło, jak wiele bólu mu sprawi. Otwierał list powoli, tak jakby już zaczynał przeczuwać, że to, co w nim znajdzie, nie będzie niczym dobrym. Niemal uśmiechnął się z ulgą, kiedy rozpoznał ukośne pismo Gabe'a. Już nigdy go nie pomyli. Po tych wszystkich durnych żartach z podrabianymi listami wreszcie się nauczył rozróżniać te autentyczne. Bertrand i wszystko, co wychodziło spod jego pióra zawsze poprawiało humor. Tak po prostu było, to złota zasada, która nie miała prawa zostać złamana. Ale została.
Z każdym odczytanym słowem jego ręce drżały coraz mocniej, a oczy wypełniały się większą i większą ilością łez. Było źle do tego stopnia, że końcówkę listu ledwo odczytał, wszystko rozmazywało mu się przed oczami. W końcu pozwolił dwóm, dużym łzom opaść ciężko na kartkę, mocząc ją i rozmazując tusz, akurat w miejscu, w którym Gabe się podpisał.
Pierwsza myśl? To żart. Jednak nie nauczył się rozpoznawać autentyków. Dał się nabrać jakiemuś smarkaczowi. I choć czuł, że tylko wmawia sobie, że to nieprawda, to i tak otarł łzy wierzchem dłoni, zgiął list na cztery i wsunął do tylnej kieszeni spodni. Nie wyjechał nigdzie. Nie miał kiedy. Nie miał jak. Nie mógł tak po prostu. Dźwignął się ciężko z łóżka i bez zastanowienia ruszył do dormitorium ostatniego roku. Na pewno tan jest. A jesli nie, to jego rzeczy. Nie wyjechałby bez rzeczy. Uspokój się. To takie spóźnione prima aprilis. Niech te cholerne ręce przestaną się trząść...
One jednak nie przestały i trzęsły się nadal, kiedy Slughorn naciskał klamkę drzwi, prowadzących do dormitorium starszego roku. Nawet nie zapukał. Nie pomyślał o tym. Uchylił lekko drzwi i przekroczył próg pomieszczenia tylko jedną nogą, na tyle aby móc się rozejrzeć i dostrzec siedzących na łóżku dwóch chłopaków.
- Czy jest tu może Gabe? - spytał, starając się opanować drżenie głosu, co w praktyce niezbyt mu wyszło. Wystarczyło mu to, w jaki sposób wymienili spojrzenia, żeby jak kubeł zimnej wody spadł na niego cały ciężar tego wszystkiego. To wszystko prawda. Jego umysł już wiedział, ale jego serce nie dopuszczało tej wiadomości do siebie, każąc mu powędrować spojrzeniem w kierunku łóżka Gabe'a. Można było wywnioskować, że należało do Gabe'a tylko po plamie po czerwonym winie na poduszce. Reszta zniknęła. Wszystko.
Szybko wycofał się z dormitorium i zatrzasnął za sobą drzwi, bo poczuł jak kolejna fala łez domaga się uwolnienia, a jego twarz wykrzywia się w grymasie rozpaczy. Najszybciej jak tylko potrafił otarł wyciekające zbyt szybko łzy, drugą ręką przytykając usta, żeby nie wydać z siebie żadnego niepożądanego dźwięku. Chciał wrócić do dormitorium. I położyć się do łóżka. I zasnąć. I obudzić się, i pójść do Gabe'a, i wtulić się w jego bezpieczne ramię. I żeby to wszystko okazało się koszmarem. To nie ma sensu. To ani trochę nie trzyma się kupy. Wyszedł.
Przeszedł przez Pokój Wspólny najszybciej, jak potrafił, jednocześnie jak najmniej rzucając się w oczy. I ruszył przed siebie. Chciał wyjść z zamku, bo nie był w stanie normalnie oddychać. A najlepiej skierować się prosto do Zakazanego Lasu, krzyczeć tak głośno i tak długo, aby wykrzyczeć z siebie cały ten ból zebrany w środku i piętrzący się tyle czasu, a teraz tak bardzo spotęgowany. Pewnie krzyczałby do zdarcia gardła i utraty głosu, i jeszcze dłużej, po czym w jego idealnej wizji jakieś magiczne stworzenie po prostu rzuciłoby się na niego z pazurami, wypruwając z niego wszystko, co człowiek ma tak w środku, włącznie z resztkami życia. Nie dotarł jednak na błonia. Nie dotarł na nie, bo jeszcze na tym samym piętrze poczuł jak się dusi. I że jeśli zaraz sobie nie ulży, to naprawdę eksploduje. Jakiś czas z tym walczył, w końcu jednak poddał i tę walkę oraz wszedł do pierwszego lepszego pokoju, który pojawił się na horyzoncie.
W sumie to dość zabawne, że trafił akurat na Pokój Życzeń, czy też jego zgliszcza. Z chwilą, gdy tam wszedł pomyślał tyle, że to miejsce jest dla niego idealne i przez chwilę zastanawiał się, czy aby Pokój nie odzyskał swojej dawnej mocy. Chaos. To jedyne słowo, które dobrze obrazuje to, co tam zobaczył. Chaos w Pokoju Życzeń, chaos w jego głowie, duszy i sercu. I chaos, który zaczął niekontrolowanie targać całym jego ciałem.
Zdjął dłoń z ust, bo dopiero wtedy zorientował się, że cały czas ją tam trzymał. W tym samym momencie niemal całkiem utracił zmysł wzroku, bo gorzkie łzy, tak wiele i tak gęste jak nigdy, po raz kolejny nagromadziły się w jego oczach. Tym razem nie walczył. Po prostu pozwolił im płynąć. A sobie pozwolił wreszcie złapać oddech. Jego ciałem wstrząsnęły dreszcze, a zaraz potem szloch. Nie płacz, czysty, głośny szloch, jakiego nikt nigdy od niego nie słyszał. Pozwolił sobie na to. Nie miał wyjścia, inaczej by eksplodował.
Nie miał siły na nic. Dawno nie czuł się tak beznadziejnie, bezbronnie i bezużytecznie. W końcu nawet stanie okazało się być czymś, co go przerosło, więc po prostu opadł na kolana. Naturalnie, że na ziemię, kogo obchodzi istnienie czegoś takiego, jak krzesło? Było za daleko.
Udało mu się uspokoić tylko na chwilę. Wykorzystał ją aby po raz kolejny przetrzeć zmęczone, czerwone od płaczu oczy. Bezsensownie, bo łzy natychmiast zaczęły wypływać z nich na nowo. Rozejrzał się beznamiętnie po pokoju, w poszukiwaniu czegoś, czym będzie w stanie zrobić sobie krzywdę. Jak największą, jak najbardziej bolesną, bo o to chodziło. Krzywdę, która zniwelowałaby cały ból psychiczny. Nie znalazł. A może po prostu nie zdążył się rozejrzeć wystarczająco dokładnie przed nadejściem drugiego ataku szlochu. Obrócił się do pozycji siedzącej i oparł o ścianę, na przywitanie uderzając w nią głową tak mocno, jak tylko potrafił. Podsunął kolana tak bardzo pod brodę, jak tylko był w stanie i zacisnął na nich mocno palce, wbijając się paznokciami w materiał spodni. Odchylił na moment głowę do tyłu, ale zaczął krztusić się własnymi łzami, więc zaraz z powrotem ją spuścił.
Gdyby to był Pokój Życzeń, to miałbym tu chociaż chustki. Ale wiecie co? Chustek nie było. A prawda była taka, że nawet gdyby były, to Leo by ich nie użył.



He used to call me poison
Like I was poison ivy




I could have died right there
‘Cause he was right beside me
Powrót do góry Go down
Eileen Gray


Gracz


Skąd : Szkocja
Liczba postów : 189
PisanieTemat: Re: Pokój Życzeń   02.07.16 1:48

Eileen wyszła z dormitorium. Zbliżała się cisza nocna, ale dziewczyna miała to zupełnie gdzieś. Opuściła pokój wspólny Krukonów i energicznym krokiem skierowała się do swojej utopii - Pokoju Życzeń. To było jedno z tych nielicznych niechcianych i zapomnianych miejsc w zamku, których destrukcyjna aura działała cuda na zranionej psychice dziewczyny. Możliwość krzyczenia, płakania i niszczenia wszystkiego na swojej drodze pozwalała dziewczynie się wyżyć, a to było jej najbardziej potrzebne po cięższych wizjach - między innymi takich, jakich właśnie przed chwilą doświadczyła. Czuła, że jeśli nie rozładuje zakumulowanego w sercu żalu, to zaraz wybuchnie

Jak ogień wparowała do zdemolowanego pomieszczenia. Czuła, że jeśli nie rozładuje zakumulowanego w sercu żalu, to zaraz wybuchnie i już miała z mocą cisnąć w coś zaklęcie, kiedy nagle... Gryfon? Chłopak, którego znała, kojarzyła go z lekcji i... z plotek. Różnych. Niekoniecznie tych miłych. Kim by nie był, kulił się teraz na podłodze, krztusząc się łzami. Empatyczna Eileen odruchowo pochyliła się nad cierpiącym, żeby sprawdzić, na ile dramatyczna jest sytuacja.

- Hej, czy wszys... - zaczęła dziewczyna, chwytając blondyna za ramię, kiedy jej słowa stłumił natłok wizji. Wśród nieistotnych, dość zwyczajnych obrazów, pojawił się jeden, który z całą pewnością do standardowych zaliczany być nie mógł. List, trauma, płacz... Dla niej już tego wszystkiego było za wiele. - MERLINIE, NO NIE, NO PO PROSTU NIE!

Podniosła się, chwyciła jakiś wazon i cisnęła nim przez pół pokoju. Na jej policzkach wykwitł rumieniec złości, w oczach płonęła żądza przelania krwi, niekoniecznie własnej.

- NA SERIO?! Poważnie musisz tu przyłazić i zalewać się łzami BO FACET MIAŁ CIĘ W DUPIE?! - Krukonka nie przeklinała nigdy. Prawie. Ta chwila była własnie takim "prawie". - NO JASNE! Bo najlepiej schować się przed światem, odstawiać wielkie dramy i ryczeć do ściany, bo koleś, z którym się wiązało jakieś nadzieje, zwyczajnie cie olał! Super! Naprawdę, Leonardo, pogratulować! Bo to naprawdę bardzo istotne, że Gabriel woli wycieczkę od ciebie, mhmmmm, te dramat zapisze się w historii świata na wieki! A nie, czekaj! Hmmmmm....!

Eileen zrobiła ironicznie pełną zastanowienia minę.

- ... Prześledźmy trochę historii. Była raz sobie mała służąca. Śliczna, dobra, po uszy zakochana w stajennym. Jej pani była o to zazdrosna. Wiesz co zrobiła? Wydłubała dziewczynie oczy. Z zazdrości. I tak się skończyła historia tej miłości - ona zmarła, on oszalał, a szlachcianka wyszła za bogatego i zramolałego staruszka. Ale TWOJE cierpienia są większe, prawda?! Pójdźmy dalej tym tropem. Spokojna rodzina farmerów, ojciec, matka, syn i trzy córeczki. Wszystko jak z obrazka, miłość to by mogli sprzedawać w hektolitrach. Nadeszła wojna, przyszli najeźdźcy, rodziców powiesili, syna skatowali, córeczki zgwałcili, farmę spalili. Nie umywa się to do twoich problemów, co?!

Krukonka się darł i darła i darła zupełnie bez opamiętania. W życiu każdego człowieka przychodzi moment, gdy już ma się dość i chce się po prostu wykrzyczeć. Jedna kropla negatywnych doświadczeń może być tą jedną kroplą za dużo i dokładnie tym był płacz Leo, który swym nastoletnim miłosnym cierpieniem doprowadził Eileen do szewskiej pasji.
Powrót do góry Go down
Leo Slughorn

avatar
Admin


Skąd : Cornwall
Liczba postów : 438
PisanieTemat: Re: Pokój Życzeń   02.07.16 3:12

Bądźmy szczerzy - jeśli było coś gorszego niż głośny, niekontrolowany szloch w Pokoju Życzeń, to było to zostanie nakrytym podczas głośnego, niekontrolowanego szlochu w Pokoju Życzeń.
Leo nawet nie usłyszał, jak drzwi się otwierają, może dlatego, że jego schorowany umysł tłumił skutecznie wszystkie zmysły po kolei, a może dlatego, że po prostu zagłuszył ten dźwięk otwierania drzwi swoim płaczem. Niezależnie od tego, jak było, Slughorn dostrzegł czyjąś obecność w pomieszczeniu dopiero po dłuższej chwili, kiedy było już o wiele za późno, aby po prostu usiąść i się ogarnąć, i udawać, że czytało się książkę. Fakt, że nie jest sam dotarł do niego dużo później, wraz z chwilą, kiedy dziewczyna (bo była to dziewczyna) do niego podeszła i położyła mu rękę na ramieniu. Czy on w ogóle ją znał? Nie wiedział. Może nie tyle nie wiedział, co nie był pewien. Obraz nadal miał w pewnym stopniu rozmazany przez łzy, więc nie był w stanie rozpoznać twarzy dziewczyny.
Drgnął, gdy ta nagle odsunęła się od niego, a ton jej głosu zmienił się diametralnie. Przez pierwsze kilka chwil nie docierało do niego zupełnie, co Kurkonka do niego mówi, mrugał więc tylko szybko oczami, pozwalając ostatkom łez spłynąć po policzkach. Słowa docierały do niego ze sporym opóźnieniem, jednak gdy wreszcie pojął, o czym rozprawia dziewczyna, jego serce niemal się zatrzymało.
Skąd ona wie to wszystko? Tak, to była pierwsza myśl. Jednak z każdym kolejnym słowem, wyrzucanym z ust Krukonki, Leo miał coraz większą ochotę wstać i wyjść albo wstać, wrzasnąć na nią i wyjść. Za kogo ona się w ogóle uważała? Nie znając sytuacji (a raczej znając ją ogólnikowo) pozwalała sobie oceniać jego postępowanie? I to, że jest załamany? Naprawdę walczył ze sobą, aby nie przerwać tego jej monologu w niezbyt kulturalny sposób. Gdy wyglądało na to, że dziewczyna skończyła (wczesniej rozbijając o ścianę wazon, milutko), Slughorn dźwignął się na nogi. Nie było to łatwe, ale miał motywację, aby to zrobić. Nie będzie z nikim dyskutował, będąc na niskim poziomie.
- Zacznijmy od tego, że kim ty, kurwa, w ogóle jesteś, co? - wbił w nią świdrujące spojrzenie. - I kim ty, kurwa, jesteś, żeby wartościować problemy innych ludzi? - przerwał na chwilę, nie po to, aby przemyśleć swoją wypowiedź, ale dlatego, że kolejne słowa z trudem przeszły mu przez gardło. - I kim ty jesteś, żeby mówić mi, że moje załamanie tym, że facet mnie olał jest czymś złym? Nie jest, rozumiesz? Mogę płakać. Będę płakać. Będę płakać, jak pizda, bo mam pierdolony powód - i faktycznie po raz kolejny łzy zaczęły cieknąć po jego policzkach, choć nie było to zamierzone. Facet cię olał. FacetcięolałFacetcięolałFacetcięolał. Czy Gabe naprawdę go olał? Czy takie wyrażenie nie było przesadą? Nie. To nie jest przesada, Leo. To po prostu prawda. - I wiesz co? Ciebie może to nic nie obchodzić, nie znasz ani mnie, ani jego. Za to mnie to cholernie obchodzi, bo na jakąś jebaną wycieczkę mógł jechać w każdej chwili, a ja jestem tylko jeden - jego usta po raz kolejny wykrzywiły się w grymasie i musiał przerwać na chwilę, aby przełknąć ślinę i pociągnąć nosem. Nie miał pojęcia, czemu mówi to wszystko obcej osobie, ale pozwalał słowom płynąć razem z łzami. - A bez niego to tak, jakbym był tylko połową siebie. Bo nie umiem niczego dokonać bez niego. Po prostu. I nienawidzę go za to równie bardzo, jak kocham, bo nie umiem przestać go kochać z dnia na dzień - urwał na dłuższą chwilę. Czy kiedykolwiek przestanie go kochać? - I jedyne, czego nie potrafię znieść, to to, że nie powiedział mi tego prosto w oczy. Bo mógł. A jeśli już pisał, to mógł napisać wprost: "Jadę spełniać marzenia. Spierdalaj." A nie jakieś głupie gierki. Znowu - nagle przed oczami stanęła mu Wieża Astronomiczna. Tam też grał w te swoje głupie gierki. Tylko że wtedy to wszystko skończyło się dobrze. To nie skończy się dobrze. Nie ma prawa. Bolało go każde wypowiadane słowo, a każda krótka pauza bolała go jeszcze bardziej. Mimo wszystko nie mógł przestać mówić. - Co zrobiłem źle, co? Czego mu nie dałem? Czego mi zabrakło, skoro wolał naskrobać do mnie jakiś marny liścik, spakować się i wyjechać chuj wie gdzie, gdzie będzie mógł spokojnie i bez wyrzutów pakować się do dupy co drugiemu facetowi, którego spotka, co? Zostawiając mi w pożegnaniu list. To nawet nie jest pocałunek. Pocałunek byłby obietnicą, list jest tylko świstkiem papieru - wypuścił głośno buzią powietrze. Pobłądził spojrzeniem po pokoju, w końcu zatrzymując je gdzieś ponad ramieniem Krukonki. - Wiesz, że nawet nie pamiętam, kiedy po raz ostatni go całowałem? Bo jestem głupi i trzymałem go na dystans. A teraz on mnie postanowił wziąć na dystans. Na bardzo duży, cholernie bolesny dystans. Różnica jest taka, że on sobie poradzi beze mnie. Ja bez niego nie. I nie mam, kurwa mać, zielonego pojęcia, czemu mówię to obcej osobie, która przed chwilą na przywitanie zjechała mnie za to, że jestem smutny. Widocznie jestem tak żałosny w tej swojej żałosności, że wszyscy znajomi gdzieś mi się zapodziali i nawet nie mam komu powiedzieć tego wszystkiego, a tak bardzo muszę to komuś powiedzieć - czemu to robisz? Czemu świadomie zadajesz sobie jeszcze większy ból? Czemu mówisz jej o tym wszystkim, nawet nie znając jej imienia? Skąd wiesz, czy zaraz nie poleci do redakcji tego szmatławca i nie opowiada jak to bardzo Leo Slughorn nie jest pogrążony w depresji? Nie potrafił w tamtej chwili sensownie odpowiedzieć na żadne z tych pytań. Nie potrafił, bo jego myśli przysłoniła mroczna wizja - Gabe w łóżku z jakimś obcym facetem. I ten liścik od anonima... Nagle wszystko zaczęło nabierać sensu. A z chwilą, kiedy zaczęło tego sensu nabierać, Leo zaczął pragnąć, aby okazało się, że jest rozemocjonowany i przy następnej analizie tej teorii okaże się, że nie ma ona najmniejszego sensu. Mimo to nie potrafił okłamywać samego siebie aż tak dobrze. Ponownie poczuł, jak wszelkie siły go opuszczają. Tym razem nie miał ich nawet wystarczająco na porządny płacz. Zostały tylko pojedyncze łzy wyciekające na zmianę z jedno i drugiego oka.
Opadł na fotel. Tak, fotel jednak był dobrym pomysłem. Był tak cholernie niewygodny, że ktoś inny pewnie zaraz by się z niego podniósł, ale nie Leo. Nawet tego nie czuł. Przełknął ślinę po raz kolejny.
- Kocham go - wypowiedział dużo ciszej, niż poprzednie zdania. - A on potraktował mnie jak szmatę - dokończył, po czym zacisnął mocno wargi. To było niesprawiedliwe. Co, jeśli Gabe cały czas tylko udawał? Co, jeśli grał czarującego chłopaka, uczącego francuskich słówek i pocałunków i co, jeśli każde głębokie wyznanie z jego strony było grą? On lubi gierki. Wiesz, że lubi gierki. Mimo tego, że się do tego nie przyznaje. On naprawdę lubi gierki.



He used to call me poison
Like I was poison ivy




I could have died right there
‘Cause he was right beside me
Powrót do góry Go down
Eileen Gray


Gracz


Skąd : Szkocja
Liczba postów : 189
PisanieTemat: Re: Pokój Życzeń   04.07.16 7:59

Eileen pierwszy raz od naprawdę dawna straciła nad sobą panowanie. Winne było zmęczenie, wizje, ogólny stres związany z egzaminami i wieczne utajanie tego, kim jest. Codzienne maskowanie sińców i ran nie pomagało w tym ani trochę.

- Złym?! Oczywiście, że nie jest czymś złym! Jest czymś ŻAŁOSNYM, bo nijak się ma do tego co się przytrafia innym! I TAK, mam prawo wartościować problemy innych ludzi, bo nie są ich własnością od momentu kiedy los, Merlin, czy cokolwiek zarządzającego tym światem każe mi siedzieć w ich ciałach i czuć wszystko co czują oni! Masz pojęcie jak to jest, kiedy co noc cie ktoś torturuje, gwałci, zabija i robi mnóstwo innych skrajnie nieprzyjemnych rzeczy, a ty musisz siedzieć i poddać się wszystkiemu, bo nawet nie możesz sterować ciałem, w którym tkwisz?! Więc się pytam, jakim, no JAKIM PRAWEM śmiesz rozpaczać, kiedy inni wokół ciebie mają tysiąc razy poważniejsze powody, żeby płakać?!

Wcale tak nie uważała. Każdy dostaje takie cierpienie, jakie jest w stanie znieść. Każdy rozpacza po swojemu i każdy ma prawo do łez. Dziewczyna jednak była na emocjonalnym skraju, zdruzgotana tajemnicą której w towarzystwie Seriny nie była zmuszona utrzymywać. Kiedy się cierpi i trzeba wiecznie to cierpienie ukrywać chyba każdy by zwariował. Kropla goryczy została przelana, a Eileen musiała wylać z siebie cały żal, który dotychczas tłumiła.

- Jeśli tak bardzo nie możesz bez niego żyć, to czemu wiecznie trzymałeś go na dystans? Czemu przejmowałeś się jakąś głupią gazetką, zamiast cieszyć się, że z nim byłeś?! Czemu nie dzieliłeś z nim problemów, tylko chlałeś w kącie zamiast normalnie porozmawiać i dojść do jakiś wniosków?! No i najlepsze - jak można czegoś od kogoś wymagać, nie dając tego samego w zamian? Ktoś tu CHYBA jest egoistą, nie uważasz? No chyba że jesteś wyjątkowo głupi i twierdzisz, że tak właśnie powinno być.

Pojęcie o związkach miała wyłącznie dzięki jasnowidzeniu. Sama nigdy w nikim zakochana nie była, więc cała ta wiedza była skrajnie teoretyczna. Nie miała żadnego prawa oceniać chłopaka, ale co z tego? Nikt nie miał prawa zsyłać jej wizji, a jednak je dostawała. Oko za oko? Niezupełnie, ale jednak chciała się na kimś wyładować.

- Sam się traktujesz jak szmatę. I gwarantuję, że z nim czy bez niego jesteś niezmiennie całością. I wcale go nie kochasz. Jesteś skrajnie zauroczony, a to sie od miłości różni. Więc albo się rzuć z wieży astronomicznej i oszczędź światu swoich dramatów, albo się weź za siebie, to wszyscy, łącznie z tobą, będą szczęśliwsi.
Powrót do góry Go down
Leo Slughorn

avatar
Admin


Skąd : Cornwall
Liczba postów : 438
PisanieTemat: Re: Pokój Życzeń   08.07.16 14:49

Tyle razy powtarzano mu, że duszenie emocji w sobie jest bez sensu, głupie i niezdrowe. Tyle razy pouczano go, że lepsza jest rozmowa z kimkolwiek. Tyle razy mówiono, że człowiek człowieka zrozumie, pocieszy, doradzi, pomoże. Sprawi, że ulży, że ten ciężar leżący na sercu opadnie. Nawet tego nie chciał. Nie potrzebował pocieszenia, rady, pomocy. Rozmowy też nie potrzebował. Potrzebował cholernego monologu, w którym mógłby uwolnić wszystkie myśli, tak długo gnieżdżące się w jego umyśle. I potrzebował drugiej osoby, która stanęłaby, czy usiadła na przeciwko niego i go cierpliwie wysłuchała. Która nie oceniałaby, nie krytykowałaby, ale także się nie litowała. Która po prostu by była i mogła przytulić go, kiedy tego potrzebował. Nie potrzebował urwanej z choinki dziewczyny z buzią dwunastolatki, której wydawało się, że tak cholernie dużo wie o wszystkim, kiedy tak naprawdę to wiedziała jedno wielkie gówno. Miał jej dość. Miał dosyć jej krzyku, miał dosyć jej całej. Chciał po prostu wyjść, ale tego nie zrobił, bo od kiedy to on robi to, czego chce?
- I bardzo dobrze, niech będzie czymś żałosnym! - teraz to on podniósł głos, a z każdym następnym zdaniem podnosił ton coraz bardziej i bardziej. Nawet nie zdawał sobie z tego sprawy. - Chuj mnie obchodzi, co przydarza się innym ludziom! Ja to ja, już dawno się nauczyłem, że nie ma potrzeby zawracać sobie nimi dupy, skoro kiedy ty masz problem jakoś nikogo nigdy nie ma w pobliżu - nie była to do końca prawda, ale kontynuował niestrudzenie. - Ja też jestem, kurwa, ważny, dobra? Jasne, nie tak ważny jak bezdomne sieroty, ale ja pierdolę. Też zasługuję na uwagę, jasne? Też potrzebuję uwagi! - przetarł dłonią twarz. Chciał uciec, tak bardzo chciał uciec, jak jeszcze nigdy wcześniej. Mimo tego, że w jego głowie robiło się coraz bardziej burzliwie, to zdecydowanie ściszył ton głosu. Trzeba było wyciszyć pokój. - I nie mam do cholery zielonego pojęcia, o czym do mnie mówisz, ale jeśli coś takiego ci się przydarza, to w chuj ci współczuję, wystarczy? I to nie zmienia faktu, że MAM, KURWA MAĆ, JEBANE PRAWO, żeby rozpaczać, czy to do ciebie kiedyś dotrze, czy jesteś aż tak ograniczona? - rzucił już nieźle zirytowany, chociaż tak naprawdę, to nie chciał nikogo obrazić. Negatywne emocje wzięły jednak górę. Jak bezczelnym trzeba być, żeby mieć do kogoś pretensje o to, że płacze albo nad czymś rozpacza? I nie chodzi tu o jakieś: "przestań stary, nie warto". To bezpośrednie i perfidne sugerowanie, że akurat on jeden na tym całym pierdolonym świecie nie ma prawa rozpaczać. Czemu? Bo inni mają gorzej. Co to w ogóle za poryty argument? Co go interesuje, jak mają inni, skoro oni nie interesują się, jak ma on? I co z tego, że inni mają silniejszą, zdolną wytrzymać więcej zła psychikę? Mają gorzej. Nie możesz płakać Leo. Zgwałcona dziewczyna ma gorzej. Ona może płakać. Ty nie możesz, bo nikt cię nie zgwałcił. A nawet gdyby zgwałcił, to i tak nie możesz płakać, bo w pewnym domu ktoś zmarł. To jego rodzina może rozpaczać. A tobie nikt nie zmarł. A nawet gdyby zmarł, to tobie nie wolno rozpaczać, bo w Afryce...
- Skąd ty to wszystko wiesz, co? - musiał wreszcie o to spytać, choć miał ochotę na nią nawrzeszczeć. To nie było normalne. Nikt nie miał prawa tego wiedzieć. Coraz bardziej prawdopodobne stawało się to, co już raz przeszło mu przez myśl. Może to ona podsyła artykuły do szkolnej gazetki. - To ty, prawda? - zwęził spuchnięte oczy, próbując przeskanować ją spojrzeniem. - I co teraz zrobisz? Polecisz do redakcji tego szmatławca, co nie? Chyba, że to ty go wydajesz. Co im powiesz? "Wielki prefekt Gryffindoru pogrążony w depresji po tym, jak jego ukochany zostawił go samemu sobie jak śmiecia i wyruszył w świat". Świetny artykuł. Ludzie będą to kochać, prawda? Wiesz co? Jebie mnie to. Idź nawet teraz. Tylko opisz wszystko z wielką zajadliwością i szczegółami, ciekaw jestem jak to odbiorą. Napisz wszystko, napisz, jak rozpaczam bez powodu, jak wyję z bezsilności jak ciota i jak otwieram się przed randomową osóbką po to, żeby dostać opierdol. Opisz cały mój egoizm, dalej. Albo głupotę, dam ci tę swobodę i pozwolę, abyś sama doszła do tego, która opcja jest prawdziwa. Opisz, jakim jestem łatwym celem i jak łatwo można mnie zgnieść. Czekam na to z utęsknieniem. Czekam, aż ktoś mnie wykończy, bo sam tego nie zrobię, bo się boję. Wielki, odważny Gryfon, co nie? A nie jest w stanie nawet ze sobą skończyć - nie ulżyło mu. Nie, żeby taki był zamiar, ale jednak ulga była jednym z pożądanych efektów ubocznych. Ale nie nadeszła. Nadal było tak samo źle i tak samo ciężko, a łzy nadal cisnęły się, aby wydostać się na wolność. Z tym, że to nikogo nie obchodziło, bo kogo by obchodziły łzy takiego egoisty?
- Jak możesz mówić, że go nie kocham? - w tym momencie przegięła. Łatwo jego olewający ton głosu po raz kolejny przybrał na sile. - Skąd do kurwy możesz wiedzieć, co się dzieje w mojej głowie, co?! Skąd możesz wiedzieć, co czuję?! I czemu, do chuja, zawsze ta jebana wieża astronomiczna?! Jebnę się z wieży, chętnie, jak tylko stąd wyjdę. Jebnę się z pierwszej lepszej wieży, byle nie z tej pierdolonej wieży astronomicznej! - wyrzucił z siebie. Nie było większego zła niż wieża astronomiczna. Nie było innego miejsca, które przywoływałoby tyle wspomnień, nadziei, początków i końców. I na pewno nie było miejsca, którego Leo nienawidziłby bardziej niż właśnie tej konkretnej wieży.



He used to call me poison
Like I was poison ivy




I could have died right there
‘Cause he was right beside me
Powrót do góry Go down
Eileen Gray


Gracz


Skąd : Szkocja
Liczba postów : 189
PisanieTemat: Re: Pokój Życzeń   08.07.16 21:12

Miała dość. Nie chciała się więcej kłócić, powinna zostać sama i wyładować się bez udziału innych osób, ale Leonardo działał jej na nerwy, a poza tym nie czuła najmniejszej nawet ulgi z powodu dotychczasowych wrzasków. Czułą bezsilność. Brak argumentów. Nicość. Ale zaraz! Przecież nie była bezsilna! Miała potężny dar i chciała z niego skorzystać tu i teraz! Chciała wygarnąć temu matołowi jak będzie wyglądała jego przyszłość, jeśli będzie zachowywał się tak, jak do tej pory.

- Artykuł?! – Eileen parsknęła śmiechem troszkę bardziej naładowany szaleństwem, niż było to zamierzone. – Nic mnie nie obchodzą durne artykuły, gazetki i tym podobne bzdury. Masz tak niesamowicie „ciężkie” problemy, że aż mi ciebie żal. Ale wiesz co? Nie rzucisz się z wieży. Masz pojęcie czemu? Jesteś za słaby. Nie dlatego że brak ci motywacji, lecz sił by skończyć to, co zaplanowałeś. Żałosne. ŻAŁOSNE! A wiesz jak kończą tacy jak ty? Powiem ci!

Jakaś chora żądza władzy nad własnym darem zdominowała umysł dziewczyny. Nie myślała już logicznie, wyparła z siebie resztki racjonalizmu, stawiając sobie za cel absolutnie głupie pragnienie zrobienia czegoś, na co wcześniej nie miała odwagi.

- Powiem ci. Wiesz dlaczego? BO MOGĘ! Mam cholerny dar i nad nim w końcu zapanuję, rozumiesz?! FLIPPENDO!

Różdżka pojawiła się w jej dłoni zupełnie niespodziewanie, a jeszcze większym zaskoczeniem było zaklęcie, którym miotnęła prosto w chłopaka, by dość mocno grzmotnął o ścianę. Krukonka rzuciła się na Gryfona jak kocica, wpijając palce w jego szyję zupełnie jakby chciała go udusić. Jej cel był jednak zupełnie inny. Szaleństwo płonęło w jej pięknych oczach, gdy zaczęły zalewać ją fale obrazów i odczuć z życia Leo, ale nie na tym chciała się skupić. Potęga determinacji dziewczyny była tak wielka, że udało jej się zablokować przeszłość, a potem… Potem nadeszła przyszłość. Eileen tkwiąc w ciele Gryfona zobaczyła… siebie. Swoją własną, szczęśliwą twarz, gdy toczyli magiczną bitwę na poduszki. Ich śmiech wypełniał korytarze Hogwartu, gdy biegli przez zamek, rozsypując wszędzie pierze. Czy to mogła być prawda…?

- …przyjaciele…? – dziewczyna bardziej usłyszała swój głos, niż świadomie wypowiedziała pytanie. Była tak zaskoczona, że cała jej złość i determinacja opadły. Pełna radości wizja przeplatała się na zmianę z wyostrzoną twarzą Gryfona, aż w końcu…

Z nosa Krukonki popłynęła krew. Odruchowo puściła chłopaka, ścierając ciecz wierzchem dłoni, a później…

Pokój Życzeń przeszył przepełniony bólem wrzask Eileen. Oczy dziewczyny zamarły w wyrazie zaskoczenia, które chwilę później rozmyło wszechogarniające cierpienie. Rozżarzone do czerwoności noże cięły jej ciało w wizji, a w rzeczywistości jej skórę zaczynały pokrywać płytkie, systematycznie rozmieszczone i bardzo równe rany.
Powrót do góry Go down
Leo Slughorn

avatar
Admin


Skąd : Cornwall
Liczba postów : 438
PisanieTemat: Re: Pokój Życzeń   09.07.16 9:51

Ta rozmowa z każdą chwilą stawała się coraz mniej przyjemna. Zaczynała boleć go głowa, od jej krzyku, od swoich myśli, od tego całego absurdu, który tu się wyczyniał. Więc dlaczego nie wyjdziesz? Dlaczego po prostu jej nie zignorujesz i nie wyjdziesz z tego zasranego pokoju? Widocznie jakieś pozostałości męskiej dumy mu na to nie pozwalały. Poza tym alkohol mu się skończył, czyli jak na razie nie miał po co wracać do dormitorium. Dobrze, że już zaraz wakacje, uzupełni zapasy.
- Ciekawe jaki dar, bo na pewno nie są to umiejętności terapeu... - zaczął, ale dziewczyna dość ostro przerwała mu, uderzając w niego zaklęciem. Tak po prostu. Tak nagle. Poczuł, jak grunt wyślizguje się spod stóp i jakaś siła ciągnie go do tyłu. Przewidywał, jak to się skończy, miał to bardzo wyraźnie nakreślone, ale mimo to nic nie zrobił. Zupełnie jakby mógł cokolwiek zrobić. Już moment później jego ciało mocno uderzyło w ścianę. Poczuł ból z tylu głowy i w plecach, więc skrzywił się lekko, ale nic nie powiedział. Nie ruszył się nawet z miejsca, po pierwsze dlatego, że chyba naprawdę nie miał siły, aby wstać, a po drugie - w następnej chwili dziewczyna z jakimś dziwnym, obłąkanym spojrzeniem naskoczyła na niego, zaciskając palce na jego szyi. W tym momencie już naprawdę przestał nadążać za tym, co się dzieje. Przez chwilę siedział jeszcze w bezruchu i patrzył na nią z mieszaniną zaskoczenia i dezorientacji w spojrzeniu, ale w końcu chwycił jej rękę, której palce owinęły się wczesniej wokół jego krtani i delikatnie spróbował ją od siebie oderwać. Czemu delikatnie? Może tak naprawdę wcale nie chciał, żeby przestawała? Chwilę później z ust dziewczyny wyciekło jedno, wyrwane z kontekstu słowo, po czym puściła Gryfona i odrobinę się oddaliła. To już wystarczyło, żeby myśli Leo stały się jednym wielkim znakiem zapytania. Co tu się właśnie stało?
- Przyjaciele? Czyi przyjaciele? - spytał, chcąc zorientować się choć trochę w zaistniałej sytuacji. Już prawie zapomniał o tym, że przed chwilą krzyczeli na siebie nawzajem, już praktycznie nie czuł bólu z tyłu głowy, mimo tego, że pozostawiła na ścianie niewielką, czerwoną plamę. Zaczął rozumieć, co się dzieje z chwilą, kiedy zaczęło dziać się źle, a raczej jeszcze gorzej. M, ii no mm.. zaczęła krzyczeć, ale nie tak jak przed chwilą. Inaczej, zupełnie jakby jej krzyk niósł ze sobą cały ból tego istnienia. Wtedy też przyszło olśnienie. Jasnowidząca. Wiedział o nich nawet całkiem sporo. Czytał wiele książek, dobrze pamiętam, że w kilku z nich przewinął się motyw jasnowidzenia. Poza tym matka w przeszłości często opowiadała mu i Amelii o osobach jasnowidzących, w tej sytuacji wszystko wydawało mu się oczywiste. Niemniej jednak nie miał ani trochę pojęcia, co powinien zrobić, więc zrobił to, co podpowiadało mu jego gryfońskie serduszko.
Powoli wstał, zbliżył się na kilka kroków, zatrzymał się i patrzył. W tym też momencie na ciele dziewczyny zaczęły pojawiać się otwarte rany, na co Slughorn wytrzeszczył oczy. Już teraz nie mógł tak po prostu stać, prawda? A właśnie, że mógł. Mógł stać i napawać się bezgranicznie jej cierpieniem, traktując to jako rodzaj karmy dla niej za to wszystko, co powiedziała. Problem w tym, że nie był w stanie tego zrobić. Zaczął przetrzepywać kieszenie z nadzieją, że chociaż raz pomyślał i wziął ze sobą różdżkę. I - wierzcie lub nie - miał ją ze sobą. Ten jeden jedyny raz, kiedy to nie on potrzebował ratunku, tylko ktoś inny. Co za ironia, prawda?
Wydobył różdżkę i zaczął się zbliżać. Powoli i ostrożnie, bo nie był pewien, czy dziewczyna jest do końca świadoma tego, co się dzieje. Obawiał się, że mogłaby zerwać się z tej podłogi i go ugryźć, czy coś. W końcu jednak ukląkł tuż obok leżącej Krukonki. Trzeba było coś zrobić, zdecydowanie, jak najszybciej. Nie mógł się skupić, nie był w stanie zebrać myśli. Nie rzuci żadnego zaklęcia. Bo jak?
A tymczasem ona nadal leżała i nadal krwawiła, i nadal krzyczała. A on siedział obok, zupełnie bezradny, nie wiedząc, co zrobić, żeby było lepiej. W końcu, zupełnie niepewny tego, czy da to jakiekolwiek efekty, ostrożnie wyciągnął rękę w jej stronę i położył na jej ciepłym czole.
- Jest okej - powiedział tylko, przesuwając dłoń na jej włosy i zaczynając ją nieudolnie głaskać, co w planach miało uspokoić dziewczynę. - Zaraz zabiorę cię do Pomfrey i będzie dobrze. Tylko przestań krzyczeć. To nie dzieje się naprawdę - tak naprawdę to to działo się naprawdę, a ran na ciele dziewczyny nadal przybywało. Pojawiały się wolniej, tak, ale Leo wiedział, że trzeba coś zrobić, jednocześnie będąc pewnym, że on sam tego nie dokona. Znając jego, to tylko coś jeszcze bardziej spieprzy.



He used to call me poison
Like I was poison ivy




I could have died right there
‘Cause he was right beside me
Powrót do góry Go down
Eileen Gray


Gracz


Skąd : Szkocja
Liczba postów : 189
PisanieTemat: Re: Pokój Życzeń   11.07.16 10:31

Krzyczała i krzyczała, nie będąc w stanie oddzielić rzeczywistości od wizji, kiedy nagle obraz się zmienił. Siedziała obok jakiejś małej dziewczynki, zasłuchana w matczyny głos, podziwiała zaczarowany sufit w Wielkiej Sali, siłowała się z jakąś wyjątkowo oporną roślinką na zielarstwie... Ból się skończył. Czy to możliwe? Znalazła rozwiązanie na swoje dotychczasowe cierpienia? Czy to mogło być aż tak proste? Eileen leżała oniemiała, powoli dochodząc do siebie. Coś niesamowitego. Zakłócenie ciągu wizji strumieniem innych, łatwiejszych do zatrzymania wizji. A wszystko przez dotyk - ten dotyk, którego wiecznie starała się unikać. To było cudowne i straszne uczucie jednocześnie. Cały rok unikała jak ognia zetknięcia się z kimkolwiek w szkole, a teraz okazuje się, że gdyby tylko cały czas chodziła z kimś za rękę albo zasypiała wtulona w inną osobę, wszystko mogłoby być zupełnie normalne!

- Będziemy przyjaciółmi - wyszeptała bardziej do siebie niż do chłopaka, głosem przepełnionym mieszanką niedowierzania i szczęścia. Była dla Leo dzisiaj naprawdę straszna, a i tak ich przyszłość rysowała się w pozytywnych barwach. Jaki niesamowity był ten świat! Tak czy siak dziewczyna była wykończona dopiero co minionym zajściem i musiała jakoś doprowadzić się do porządku. Słowa Gryfona wywołały w niej jednak panikę. - NIE!

Krukonka poderwała się z miejsca, a raczej próbowała to zrobić, bo chwilowo była na to zbyt wyczerpana. Już miała gdzieś cały ten ból i rany, swoją energię musiała teraz poświęcić na powstrzymanie chłopaka przed zdradzeniem jej tajemnicy innym osobom - tajemnicy której sama nigdy nie powinna mu wyjawiać.

- Nie rób tego, proszę... Nikt nie może się dowiedzieć...Przepraszam, przepraszam za wszystko co powiedziałam...! Ja już... ja nie mam na to sił... - Jej ciałem wstrząsnął nagły, przejmujący szloch. - Ja po prostu musiałam... ja nie... bo ja...

Usiłowała z siebie coś wykrztusić przez łzy, ale nie miało to zbytnio szans powodzenia. Wszystko na co potrafiła się zdobyć, to złapanie dłoni Slughorna i trzymanie jej tak mocno, jakby od tego zależało jej życie. Nie da mu pójść. Nie pozwoli mu wyjawić nic z tego, co dzisiaj usłyszał. Tylko jak?


zt
Powrót do góry Go down
Sponsored content



PisanieTemat: Re: Pokój Życzeń   

Powrót do góry Go down
 Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Erised :: Fabuła :: Hogwart :: Siódme piętro-
Skocz do: