Share | 
 
Spotkanie na dziedzińcu
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Felix Lockwood

avatar
Mod


Skąd : Chelmsford
Liczba postów : 784
PisanieTemat: Spotkanie na dziedzińcu   29.05.16 13:16


Wspomnienie



Kto: Felix Lockwood, Lucas Bielecki

Gdzie: Dziedziniec z fontanną

Kiedy: Luty 2002

Krótki opis: Felix śmiało łamie regulamin, przytłoczony wspomnieniami, a prefekt... No właśnie.



do i know what i'm doing?
Powrót do góry Go down
Felix Lockwood

avatar
Mod


Skąd : Chelmsford
Liczba postów : 784
PisanieTemat: Re: Spotkanie na dziedzińcu   29.05.16 13:16

Mijały kolejne tygodnie, podczas których nic nie zostało wyjaśnione, kiedy pozostawała tylko niepewność i niewiedza, i nadmiar ostrożności, gdyby niewłaściwy krok miał zepsuć coś, co wciąż może dało się naprawić. Pozostały wspomnienia i sny, ale to było o wiele za mało - już wtedy, kiedy spędzali razem czas, było mu za mało, a teraz, kiedy nagle nie miał nic... Nie przypuszczał, wtedy, wracając do dormitorium, że to przekreśli wszystko w tak absurdalny sposób. Żeby coś jeszcze zrobił! Coś, cokolwiek. Ale nie, przecież on tylko chciał spędzić wieczór tak, jak robił to całymi miesiącami, mieli siedzieć w ciszy, może wymienić kilka słów, ale niewiele, nie niszczyć tej atmosfery spokoju i bezpieczeństwa, ale... Dlaczego akurat wtedy coś musiało pójść źle? Dlaczego akurat wtedy Boyd sobie ubzdurał, że może coś zrobić? Gdyby to zrobił wcześniej, miesiąc, dwa, chociaż tydzień! Żeby to chociaż było przed świętem wróżbiarstwa, żeby nie było tego strachu, paniki, żeby upadło zaufanie, ale nic więcej. Tyle że najwyraźniej było wtedy za dobrze. Wszystko się układało, było tak dobrze, lepiej, niż sądził, że może być. Najwyraźniej lepiej, niż zasługiwał, niż powinien mieć. Bo jak to inaczej wytłumaczyć? To wszystko, co go spotkało, co spotykało go, odkąd tylko pojawił się w tej szkole. Nie zasługiwał na nic dobrego od pierwszej chwili, kiedy przekroczył próg Hogwartu. I może to było użalanie się nad sobą, ale argumenty były zbyt mocne. Bo owszem, rok spokoju, ale potem wojna - który dwunastolatek powinien przeżywać wojnę? - dwa lata zbierania się, promyk nadziei, nawet jeśli złudnej, bo przecież jako drugi w kolejności dostawał tylko ochłapy szczęścia... Ale nawet to zostało mu odebrane, przeklęta śmierć, która nie powinna mieć miejsca. A potem znów uwierzył. Naiwny. Zaufał, oddał całego siebie, przekonując się, że może być dobrze. I potem to wszystko. Jednocześnie, bo przecież gdyby było stopniowo, to może jeszcze by sobie poradził, a do tego los nie mógł dopuścić. Egzamin z życia, na którym nie ma pozytywnych ocen. Nie potrafił sobie wmówić, że jest inaczej.
Użalanie się nad sobą też nie chciało mieć końca, ale to już wybitnie jego wina. Mógł iść gdzie indziej, prawda? Gdziekolwiek, gdzieś, gdzie nie byli razem. Mało było takich miejsc? Zamek jest duży, możliwości mnóstwo. Ale nie, on, idiota, musiał przyjść akurat tutaj. A teraz nie umiał się wycofać, mimo że nie było nic prostszego. Bezwolna marionetka w rękach własnej żałosności. Gardziłby sobą, gdyby w jego głowie zostało miejsce na coś poza tęsknotą.
Usiadł na murku, po przeciwnej stronie do tego, na którym siedzieli wtedy z Serpensem. Wyjął szkicownik, otworzył na pustej stronie i sięgnął po ołówek. Nie miał pojęcia, co chce narysować, może nawet nie miał ochoty rysować czegokolwiek, ale potrzebował zacząć coś robić, bo inaczej oszaleje. Zanim zorientował się, że rysuje siebie i Krukona, zdążył dość wyraźnie nakreślić ich sylwetki. Tak blisko, że na samo wspomnienie załaskotało go w brzuchu... Co szybko przemieniło się w ból, kiedy rzeczywistość uderzyła ze zdwojoną siłą. Odwrócił stronę, nie mogąc patrzeć na te kilka kresek, które nie powinny nic znaczyć. Ze złością, która jako jedyna tłumiła żal, zaczął kreślić kształt fontanny, stojącej na środku dziedzińca. Bez znaczenia, bez wspomnień, bez uczuć. Proste kreski oddające... Nie oddające niczego. Sam kształt to nie wszystko i świetnie o tym wiedział, ale wtedy go to nie obchodziło. Byle przestać myśleć. Byle przestać czuć.


do i know what i'm doing?
Powrót do góry Go down
Lucas Bielecky

avatar
Admin


Skąd : Ealing, Londyn
Liczba postów : 90
PisanieTemat: Re: Spotkanie na dziedzińcu   29.05.16 13:45

Atmosfera walentynek działała na Lucasa odwrotnie, niż było to chyba domyślnie pomyślane. Podczas gdy większość jego rówieśników od samiutkiego rana ekscytowała się nadchodzącym balem i snuła plany na ten 'szczególny' wieczór, jakby było to co najmniej wydarzenie roku, Luki krążył po Hogwarcie trochę zagubiony, nie mogąc zdecydować co tak właściwie ma z sobą zrobić. Do niedawna jeszcze naprawdę miał zamiar zjawić się na tym całym balu; uśmiechnę się do profesor Sprout i po prostu pokażę, że jestem, pomyślał. Tak, dobry pomysł. Zrobi to dla samej zasady, że nie nie ignoruje obowiązków prefekta. Bo jako prefekt powinien na przykład od czasu do czasu zwrócić uwagę co na tym balu robią czwartoklasiści i czy aby czasem nie upijają się gdzieś pod stołem. Ale czym bliżej było do godziny zero, tym mniej miał ochotę o tym myśleć, już nie wspominając o samej realizacji tych zamiarów. Tłum, muzyka, tańce.. Naprawdę nie miał na to ochoty, bo naprawdę znał siebie na tyle żeby wiedzieć jak bardzo nie znosi takich imprez. Tylko teraz sam sprawiał sobie pozory że jest inaczej. Bo nie chciał by ktoś się na nim zawiódł. I tyle. Ale.. czy motywowało go to wystarczająco, by zmusić się do czegoś, czego zupełnie nie chciał robić? Westchnął głęboko nad swoim nieszczęściem, wypuszczając wraz z oddechem niewielki obłoczek pary. Nadal było dość zimno, pomimo że śnieg stopniał już kilka dni po świętach. Otulił się mocniej żółtym szalem i szedł dalej swoim jakby trochę ospałym krokiem. Mam ochotę na kawę, pomyślał nagle. Tak, kawa była zdecydowanie dobrym pomysłem. Wstąpi po ciepłą, pachnącą kawę do kuchni. Zapije smutki kawą. I może szkoda tylko, że się nie upije.
Kierując się w stronę dormitorium, widział po drodze wiele spacerujących par. 'Miłość wisi w powietrzu', ach, dosłownie, Luki mruknął sam do siebie. Dopiero co skończyły się lekcje, a on miał już powyżej uszu tej rzekomo romantycznej atmosfery, która udzielała się wszystkim poza nim samym. Walentynki to.. dziwne święto. W sumie to już sama idea była dla niego niezrozumiała. Dlaczego ustalono ten jeden, szczególny dzień w roku, kiedy wszyscy celebrują swoje uczucia? Skoro są pary, które się hmm.. no kochają, to walentynki powinny być chyba codziennie. I w ogóle dlaczego wszystkim tak im zależy, żeby się pokazać gdzieś razem, żeby ludzie zobaczyli.. po prostu że są razem? Gdzie leży sens tego wszystkiego? To nie było ani trochę logiczne. No, przynajmniej dla Lucasa i jakiegoś odsetka społeczeństwa który uważał podobnie. Gdyby on miał kogoś.. specjalnego, to raczej nie chciałby się z tym jakoś widocznie obchodzić i zostawić tą sprawę w sferze bardzo prywatnej. Tak, ale to ja. A ludzie to nie ja, oni nie rozumieją.
Myśląc tak, zawędrował aż na dziedziniec z fontanną, gdzie coś, a raczej ktoś, mocno przykuł jego uwagę. Na murku obok siedział ciemnowłosy chłopak, zupełnie sam; pierwszy samotny człowiek jakiego dzisiaj zobaczył. Gdy zbliżył się bardziej to zauważył, że ma ze sobą szkicownik i coś w nim kreśli, bardzo swobodnym ruchem ręki. Poczuł się trochę jakby ujrzał samego siebie; był taki odosobniony pośród ludzi. Skojarzył tą twarz i ciemnoczerwony szal w barwach Gryffindoru na jego szyi. Rysowałem go już kiedyś, zaczął sobie przypominać. Ostatnio widział go nielegalnie wybrał się do Hogsemade; nie był tam wtedy sam, a w towarzyszył mu wysoki jak diabli blondyn. Ciekawe, gdzie jest teraz.
Lucas nie wiedział, a może raczej nie pamiętał, jak się naprawdę nazywa. Wyciągnął z torby swój notes i przewrócił kilka stronic, szukając tej, na której widniał szybki, mało dokładny portret, który narysował na historii magii parę miesięcy temu.
Philip. Nazwał go Philipem. Okej, niech będzie Philip.
Pozwól mi Gryfonie zwany przeze mnie Philipem, mówił do siebie w myślach, sytuując się na murze dokładnie na przeciw niego, że narysuje cię dzisiaj znowu, bo uczyniłeś mnie trochę mniej samotnym. No, tak w pewnym sensie.
Starał się usiąść tak, aby przynajmniej częściowo zasłaniała go fontanna, stojąca na środku dziedzińca. Niekoniecznie zależało mu, żeby został zauważony; ale na szczęście szanse na to były niewielkie, bo Gryfon pochłonięty był tworzeniem własnego rysunku. Lucas oparł się o ściankę bokiem i wyjął z płaszcza ołówek, który zawsze nosił w kieszeni zaraz obok różdżki. Tak na wszelki wypadek, gdyby naszła go chęć na rysowanie; jak na przykład teraz.
Powrót do góry Go down
Felix Lockwood

avatar
Mod


Skąd : Chelmsford
Liczba postów : 784
PisanieTemat: Re: Spotkanie na dziedzińcu   29.05.16 15:51

Czuł na sobie czyjś wzrok. Nie podnosił jednak spojrzenia znad kartki, przekonany, że to tylko złudzenie. Tym bardziej, że potencjalne spojrzenie pochodziło mniej więcej z miejsca, w którym wtedy siedzieli, miejsca, o którym myślał jeszcze przed chwilą i... Cóż, miał nadzieję, że ten wzrok jest realny i należy do bardzo konkretnej osoby. Tego Krukona, przeklętego, ale i cudownego, za którym niemożliwie tęsknił i którego sylwetkę widział wszędzie, gdzie by się nie ruszył. Tyle że to zawsze było złudzenie. Zawsze. I choć bardzo chciał, by teraz miał rację, by on rzeczywiście siedział po drugiej stronie na murku, to równie mocno bał się, że jak zwykle to tylko płonne nadzieje, gra zmysłów, psikus zdesperowanego mózgu. Nie był jednak w stanie ignorować tego uczucia, musiał sprawdzić, upewnić się, dowiedzieć, która wersja jest prawdziwa - ta pełna nadziei czy jednak ta bardziej realistyczna.
Podniósł głowę znad szkicownika, w którym zmaltretowana fontanna wyraźnie miała już dosyć, i spojrzał w stronę, gdzie prawdopodobnie miało źródło tego frustrującego uczucia. Ktoś rzeczywiście tam był. Ktoś, czyli nie ten, na którego miał nadzieję, nie Serpens. Chłopak, który tam siedział, nawet nie przypominał Serpensa, w niczym. Niemniej nie dało się ukryć, że tam siedział. Siedział i obserwował go, ale nie przez cały czas. Wyłącznie wtedy, gdy... Nie, to niemożliwe. Wtedy, gdy unosił wzrok znad kartki. Chłopak rysował. I, sądząc po kierunku, w jakim patrzył, rysował jego. Niespecjalnie mu się to podobało.
W innym przypadku prawdopodobnie po prostu zabrałby torbę i wrócił do siebie. Nie czuł się komfortowo ze świadomością, że w miejscu, z którym wiązały się wspomnienia, ktoś go rysuje. To było zbyt intymne, zbyt osobiste. Ale to nie był inny przypadek - różniło go to, że chociaż nigdy nie miał okazji zamienić z chłopakiem choćby dwóch słów, to go kojarzył. Lucas. Jakiśtam. Prefekt Hufflepuffu. Wystarczający powód, żeby kogoś kojarzyć.
Skoro rysował go prefekt, podejrzewał, że musi być jakiś powód. Był ciekawy... Cóż, na jak wiele może sobie pozwolić. Bo choć się nie znali, w tej chwili dzielili jakiś moment, bardzo osobisty, prywatny, taki, o jakim nie mówi się każdemu. A to coś znaczyło, przynajmniej dla Felixa. Dlatego teraz, wykorzystując podszepty złośliwego chochlika siedzącego w jego głowie, wyciągnął paczkę papierosów z wewnętrznej kieszeni marynarki, z niej wyjął jednego i zapalił. Nie patrzył na Puchona - zapatrzył się gdzieś w przestrzeń, przypominając sobie noc, kiedy poznał Serpensa i to, co się wtedy stało. Rysujący go chłopak szybko przestał być interesujący. O wiele bardziej pochłaniające były wspomnienia i myśli o tym, co utracił - po raz kolejny. Choć wciąż się łudził, że to wciąż można naprawić. Jakoś. Kiedyś.


do i know what i'm doing?
Powrót do góry Go down
Lucas Bielecky

avatar
Admin


Skąd : Ealing, Londyn
Liczba postów : 90
PisanieTemat: Re: Spotkanie na dziedzińcu   29.05.16 16:01

Prawdę mówiąc nie uważał, że potrafi ładnie rysować, tylko po prostu lubił to robić. Nie uważał też nigdy, że dzieła spod jego ręki są brzydkie. Są dziwne. Inne. Charakterystyczne. Ale nie brzydkie. Często był z nich dumny nawet. W zasadzie to jedna z niewielu rzeczy, z jakich potrafił w życiu być dumny. Rysował szybko, nakreślając mnóstwo kresek, starając się w ogóle nie odrywać ołówka od kartki. Przenosić obraz wszystko od razu, tak jak miał to przed oczyma. Zanim wizja zniknie, zanim się rozkojarzy i zostawi szkic w połowie niedokończony, przedstawiający jedynie fragment świata, który pragnął przestawić. Jak wspomnienie sprzed wielu lat, ulokowane głęboko w ludzkim umyśle; wyraźne, jednoznaczne, ale niepełne, niedokładne.
Spojrzał na chłopaka naprzeciwko kątem oka. Zacisnął palce mocniej na ołówku i nieumyślnie przesunął dłoń w górę, tworząc długą, czarną linię, tak mocno wgniatając szpic w notes, że niemalże rozdarł cienką warstwę papieru.
Nie.
Gryfon wyjął z kieszeni papierosa i całkowicie bezwstydnie go sobie zapalił. Od tak se. Zupełnie jakby nie zdawał sobie sprawy, że nie jest tu sam. Bo przecież nie wie, że się tutaj chowam.
Wtem ciemnowłosy wychylił się zza fontanny zmieniając trochę pozycję i rzucił mu zimne, przeszywające na wylot spojrzenie.
Czyli jednak wie. Oczywiście, że wie. Nie jest przecież tak ślepy jak ty. Lucas szybko odwrócił wzrok z powrotem na swój rysunek przyozdobiony teraz wielką krechą ciągnącą się do nieba. Myśl co teraz. Co teraz? Jest prefektem. I w zasadzie powinien teraz wstać, podejść, wyciągnąć mu tego peta z ust, zdeptać go na chodniku i odjąć punkty Gryffindorowi. Za palenie na terenie szkoły. Za wewnętrzne, nie w pełni świadome skracanie sobie życia. Tak powinien zrobić jako prefekt, czyż nie? Nie nie nie. Nie zrobi tak. Nie może. Ale dlaczego..?
Bo nie. Po prostu nie.
Bo jest tchórzem, nie lubi się zadawać z ludźmi, zwłaszcza takimi których w ogóle nie zna i coraz bardziej zastanawiało go, czemu właśnie on został wytypowany do pełnienia tej roli. Bo był zdecydowanie złym wyborem, którego McGonagall prędzej czy później pożałuje.
Hej, zaraz. A może Philip to zrobił specjalnie? Może chce mnie sprowokować i zobaczyć jak zareaguję? W sumie.. to dość prawdopodobne. Bo dlaczego, jak nie dla sprawdzenia na co go stać, ktoś łamie szkolny regulamin w obecności prefekta?
Wątpi we mnie? Luki zmarszczył brwi. Taa. Kto normalnie myślący nie zwątpiłby w jego odwagę już widząc samą moją posturę? A raczej posturkę, taką małą, pokraczną i bezsilną.. A może.. a może po prostu nie czuje się komfortowo z tym, że go rysuję i stara się mnie jakoś no.. przegonić? Tylko dlaczego po prostu mi tego nie powiedział, tak wprost? Lucas nie często dopuszczał myśl, że ktokolwiek inny na tym świecie może mieć problemy z pewnością siebie. Zawsze uważał, że jest to sprawa tak absurdalna, która dotyczy tylko jego i dziwnego sposobu w kształtuje swój światopogląd. W tej jednak chwili uświadomił sobie, w zasadzie nie po raz pierwszy w życiu, że nie tylko on się z tym boryka. To nie jest normalne. Ale.. czy to możliwe, że Philip.. też się wstydzi? Nie. To Gryfon. Gryfoni nie są wstydliwi. Raczej.
Ale każdy jest inny, więc w sumie.. Nie. Dobra, skończ już. Przyjmij poprzednią wersję.
Nagle do głowy wpadł mu pewien pomysł. Nie zastanawiając się zbytnio, wyrwał ostatnią stronę ze swojego notesu i nabazgrał na niej dwa, krótkie zdania:


Zgrabnymi ruchami palców z łatwością pozginał kartkę w prostą formę samolociku, po czym wyciągnął różdżkę i prostym zaklęciem uniósł go w powietrze. Samolocik poszybował w górę, prosto przez środek unieruchomionej fontanny. Bez trudu wyminął w powietrzu fruwające pozostałości jesiennych liści, poderwanych do lotu przez chłodny, drażniący oddech wietrzyk, jaki okrążał dziedziniec, przelewając się przez kamienne słupki, pragnąc jak najszybciej przedostać się na drugą stronę. Wylądował na murku tuż obok chłopaka.
Było to mądre? Nie wiem. Ale i tak bym do niego nie podszedł, więc.. co mam do stracenia, pomyślał Lucas i powrócił do rysowania, usiłując naprawdę skupić się na swoim bohomazie, jednak ciekawość nie pozwalała mu poświęcić całej uwagi szkicowaniu.
Powrót do góry Go down
Felix Lockwood

avatar
Mod


Skąd : Chelmsford
Liczba postów : 784
PisanieTemat: Re: Spotkanie na dziedzińcu   29.05.16 16:06

Ogarniające go otępienie było z jednej strony kojące, a z drugiej irytujące. Co prawda już dawno przyzwyczaił się do tego, że nie jest zbytnio produktywny, ale kiedy rozpamiętywanie rzeczy zajmuje wręcz godziny, podczas których normalny świat jest gdzieś za grubą, brudną szybą... Czasem miał już dosyć. Tyle że nie mógł nic z tym zrobić, bo za bardzo się przywiązywał i za trudno było odpuścić coś, w co się zaangażował, nawet jeśli mijały miesiące, podczas których powinien pogodzić się ze stratą. Może nie powinien się tak mocno angażować. Może powinien nauczyć się dystansu i ostrożności. Przestać ufać i poświęcać długie tygodnie na poznanie kogoś, zanim pozwoli na wykonanie kroku dalej. Choć, jak pokazywało doświadczenie, nawet to nie pomagało.
Popiół z systematycznie wypalanego papierosa spadał na murek i chyba tylko szczęście sprawiło, że nie wypalił sobie dziury w marynarce, bo ani trochę nie zwracał uwagi na to, gdzie strzepuje. Szklany klosz, całkowicie. Szkoda, że nie miał nic wspólnego z poczuciem bezpieczeństwa.
Ani trochę się tego nie spodziewał, ale granicę jego wyimaginowanej szyby przekroczyła poskładana w samolot kartka. Najwyraźniej puchoński prefekt postanowił zakłócić jego spokój w bardziej bezpośredni sposób. A już zdążył o nim zapomnieć... Rozprostował papier i przeczytał nakreślone na nim słowa. Co niby robił specjalnie? I co miałby chcieć przekazać? O co mu mogło chodzić? Spojrzał na niego z mieszanką zdziwienia i rozdrażnienia. Trudno spodziewać się innej reakcji, skoro chłopak wchodził z buciorami w jego intymność i poświęcał mu stanowczo za dużo uwagi, niż było to wskazane.
Chwilę zajęło mu dotarcie do wniosku, że pewnie chodzi o tego nieszczęsnego papierosa. Rzeczywiście, przecież nawet zaczął od tego, żeby sprawdzić jego reakcję, ale to szybko przestało mieć znaczenie, więc nie wiedział, co odpowiedzieć. Co chciał przekazać w tej chwili? I czy robił to specjalnie? Oczywiście, że robił to specjalnie. Ten prosty gest pomagał pogrążać się we wspomnieniach. Ale przecież Puchonowi absolutnie nic do tego.
Uznawszy, że jeśli zostawi notkę bez odpowiedzi, chłopak pewnie nie zostawi go w spokoju, wyrwał kartkę ze swojego notesu i nabazgrał parę słów. Jakkolwiek niegrzecznie było odpowiadać pytaniem na pytanie, a ponadto ogólny wydźwięk tego, co napisał, nie był zbyt sympatyczny, to... Cóż. Trudno uznać, że się tym przejmował. Ojciec byłby zawiedziony, prawdopodobnie.


Przeszkadza Ci,
że palę?
Nie chciało mu się bawić w żadne samolociki, więc tylko złożył kartkę, wyjął różdżkę i prostym Wingardium Leviosa wylewitował ją na drugą stronę dziedzińca. Niezbyt dobrze wymierzył i kartka upadła ze dwa metry przed chłopakiem, ale tym się nie przejmował. W końcu co za różnica, tak z jego punktu widzenia, prawda?
W jakiś sposób ciekawiło go, jaką dostanie odpowiedź. Z drugiej strony, mimo tego, że siedział na tym dziedzińcu zatopiony w myślach, z puchońskim prefektem w dziwny sposób dotrzymującym mu towarzystwa, czuł się beznadziejnie samotny. I w sumie najgorsze było chyba to, że wiedział, jak tę samotność zwalczyć, ale nijak nie miał szansy tego zrobić. Więc został on, jego smutna bańka i samotność. I reszta świata, gdzieś daleko, w równoległej rzeczywistości.
Końcem różdżki odpalił kolejnego papierosa. Ten dzień nie skończy się dobrze.


do i know what i'm doing?
Powrót do góry Go down
Lucas Bielecky

avatar
Admin


Skąd : Ealing, Londyn
Liczba postów : 90
PisanieTemat: Re: Spotkanie na dziedzińcu   29.05.16 16:29

To całe wysyłanie listu było złym pomysłem. Lucas nie mógł dłużej się skupić na szkicowaniu. Oderwał ołówek od kartki, przerywając kształt twarzy chłopaka niedokończonym. Westchnął głęboko i chwycił za różdżkę. Świadomość, że na przeciwko siedzi ktoś, z kim właśnie przed chwilą podjął rozmowę.. no.. przynajmniej w pewnym sensie, rozkojarzyła go całkowicie. Coś się zmieniło w moim postrzeganiu? Nie. Ludzie mnie nie lubią. Ludzie nie mają dobrych intencji. Nigdy. A jednak wcale tak nie uważał. Nie do końca. Tylko zmuszał się do myślenia w ten sposób. Bo tak powinno być bezpieczniej. Gdy od razu nastawi się negatywnie, łatwiej będzie mu przyjąć rozczarowanie. Prawda?
Wytłumacz mi, dlaczego wysłałeś ten głupi list? Co ci w ogóle strzeliło do głowy? Przecież on nic nie powiedział. Nie, nie powiedział. Ale wyraził się inaczej. Niestety, nie tak jasno by Lucas mógł od razu pojąć o co mu chodzi. Tak czy siak.. list? Siedzicie góra sześć metrów od siebie. A ty wysyłasz mu.. list? Zupełnie nie był normalny i nie mógł po prostu podejść.. Och, zaraz, zamyślił się na chwilę, leniwie opierając głowę o murek. Przecież ty nie jesteś normalny. Okej, w takim razie wymyśliłeś idealne rozwiązanie twojego problemu. Ekspedientce w sklepie następnym razem też wyślij taki liścik. Świetny pomysł, doprawdy.
Przecież nie mogę robić tak do końca życia. Doskonale wiedział, że nie może. Jest już w przedostatniej klasie. Został mu rok nauki i.. i co potem? Życie.
Nie jesteś już dzieciakiem, Luki. A nadal nie potrafisz podejść do obcego człowieka i spokojnie, bez nerwów zagadać. Jak zamierzasz sobie kiedyś sam poradzić, co? Zamkniesz się w pudełku, schowasz na dnie szafy i nie będziesz stamtąd wychodził do końca życia? W sumie.. kusząca myśl.
Ale nie, zaraz. Jak zamierzasz schować pudło w którym siedzisz? Luki westchnął poprawiając zsuwające mu się z nosa okulary.
Po prostu skończ z tym.
Ten Gryfon to jego szansa. Szansa, której nie dostaje codziennie. Dobra, to może lekka przesada. Zawsze coś by się znalazło. Ale ta jest nawet w miarę nieszkodliwa. Bo chyba nic mu się nie stanie. Prawda? Philip nie wyglądał jakoś szczególnie groźnie. Lucas odetchnął głęboko, nieudolnie podwijając bawełniane rękawy płaszcza, które ledwie kilka sekund później wyprostowały się wracając na swoje miejsce.
Okej, więc oto, co zrobi; wstanie, minie fontannę i grzecznie zapyta dlaczego pali na terenie szkoły. Jest prefektem, ma prawo o to zapytać. A w sumie należy to do jego obowiązków. Teraz albo nigdy. Udowodnij, że McGonagall się nie myliła wybierając właśnie ciebie. Podświadomie jednak najbardziej chciał wykazać się dla siebie samego. Że potrafi. Że nie stchórzy, nie odbiegnie speszony, byle daleko, ucieknie od problemu jak zawsze i już nigdy nawet nie spojrzy na tego chłopaka.
Zrobił zaledwie kilka kroków, gdy nagle pod jego stopami wylądowała karteczka. Luki podniósł ją i niepewnie spojrzał na siedzącego naprzeciw Gryfona. Odpowiedział? Odpowiedział.
Czy mi przeszkadza że on pali? Zastanówmy się.
Szczerze.. to chyba nie.
Czy na list odpowiada się listem? W dodatku pytaniem na pytanie?

Na to już sobie nawet nie odpowiedział, tylko od razu wycofał się do murku. Wyjął ołówek i nabazgrał na odwrocie:


Luki zwinął kartkę w rulonik i kurczowo zacisnąwszy na niej palce, nadal czując przypływ wewnętrznej odwagi a także niewytłumaczalny impuls każący mu iść dalej, zrobił potem chyba najgłupszą rzecz na świecie. Ruszył przed siebie, zatrzymując się dopiero tuż obok Gryfona i wyciągnął do niego dłoń, w której trzymał list.
Powrót do góry Go down
Felix Lockwood

avatar
Mod


Skąd : Chelmsford
Liczba postów : 784
PisanieTemat: Re: Spotkanie na dziedzińcu   01.06.16 14:25

Nie mógł powiedzieć, żeby go to bawiło. Prawdopodobnie z boku można by uznać tę sytuację za coś śmiesznego. Za powód do uśmiechu, w skrajnym przypadku nawet do nabijania się z nich. To mogłaby być ciekawa anegdotka. Tyle że nie będzie. Nigdy.
Im dłużej tak siedział i wpatrywał się w przestrzeń, co chwilę na nowo wypełniając płuca rakotwórczym dymem, tym mniej czuł. Gdzieś w niebyt odchodziła ciekawość, znikała irytacja, nawet gdzieś wyblakła tęsknota. Jakby to było kwestią czasu, kiedy zawiśnie w emocjonalnej próżni. Nawet przestawał być smutny. To było dobre, poniekąd. W końcu taki niekończący się smutek ani trochę nie pomagał, nie był też konstruktywny ani budujący. Nie pozwalał nic zrobić, ruszyć naprzód. I teraz znikał.
Pozostawał tylko problem tego, co pozostawi po sobie. Bo mogły to być dobre, motywujące uczucia, które napędzałyby go do ogarnięcia tego żałosnego życia. Ale przecież, jak już zostało wspomniane, Felix nie czuł nic. Więc nawet po smutku pozostała tylko pustka. Kolejne elementy rzeczywistości stopniowo przestawały dla niego istnieć. Murek, dziedziniec, zamek. Fontanna. Puchon. Nic i nikt. Jakby wziąć kartkę i na jej środku, wokół niczego, narysować postać. Dwuwymiarową, pustą w środku, bez uczuć, pragnień i marzeń. Bez ambicji i bez emocji. Kilka kresek. On teraz był takimi kilkoma kreskami. Niewykluczone, że niedługo zacznie tęsknić za odczuwaniem czegoś, że będzie szukał wystarczających bodźców, które będą mogły przebić się przez brzeg tej pustej kartki. Ale jeszcze nie teraz. Teraz królowała obojętność.
Na obrazek jednak wszedł chłopak. Wciąż ten sam Puchon, któremu do tej pory już kilka razy na ułamek sekundy – albo i chwilę dłużej – udało się przedrzeć przez ten mur. Tym razem jednak pojawił się na niej dosłownie, fizycznie się zbliżając. Felix machinalnie przyjął od niego kartkę i przeczytał wypisane na niej słowa. Regulamin. Czy istnieje chociaż jeden powód, dla którego to mogłoby mieć znaczenie? Jeśli tak, on go nie znał.
Być może w innej sytuacji, innego dnia o innej godzinie, rzuciłby wyzwanie. Zacząłby grę, w której stawką byłoby własne bezpieczeństwo w imię odrobiny ryzyka. Może umiałby zakpić, może zażartować, a może udałoby mu się nawiązać normalną relację. Ale to nie był inny dzień i to nie była inna godzina. Dlatego słowa wypisane w odpowiedzi były boleśnie dosłowne, bez podtekstów, bez żartów, bez gier. Bez emocji i bez przejęcia. Bez zrozumienia znaczenia.


Co z tego?

Jak to odbierze puchoński prefekt? Zrozumie tę pustkę?


do i know what i'm doing?
Powrót do góry Go down
Sponsored content



PisanieTemat: Re: Spotkanie na dziedzińcu   

Powrót do góry Go down
 Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Erised :: Dokumentacja :: Wspomnienia-
Skocz do: