Share | 
 
Wieża astronomiczna
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3
AutorWiadomość
Mistrz Gry

avatar
Specjalne

Liczba postów : 1032
PisanieTemat: Wieża astronomiczna   28.09.15 3:50

First topic message reminder :

Wieża astronomiczna
Wieża Astronomiczna, znana też jako Wieża Północna, jest najwyższą wieżą w całym zamku. Stosowana jest jako obserwatorium i świetnie nadaje się na lekcje astronomii. Jej układ zapewnia ogromną ilość zakamarków, w których możesz się schować lub coś ukryć. Magiczna aura, jaka tu panuje, poniekąd narzuca myślenie na tematy filozoficzne, o życiu i śmierci. Jednocześnie jest to miejsce, w którym zginął kilka lat temu dyrektor Hogwartu, Albus Dumbledore. Miejsce, w którym stał w ostatnich chwilach życia, jest jakby wypalone i nie da się na nim stanąć - magiczna bariera oddziela je od reszty.
Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Gabriel Bertrand Jr

avatar
Admin


Skąd : Francja
Liczba postów : 195
PisanieTemat: Re: Wieża astronomiczna   07.04.17 20:02

Czarne słowiki przysiadają na poręczy, choć ławka stoi pusta jak stała od wieków, nie przysiądzie nań para zakochanych, dwie dusze niegdyś złączone, dziś prześladowane i w rozpaczy rozdarte we mgle znikną, a za nimi wspomnienia, zostaną tylko one, krucze słowiki, swą pieśnią zwiastujące koniec.
Lubił na niego patrzeć; i musiał przyznać, że brakowało mu tego. Przypomniał sobie moment, kiedy coś w nim drgnęło, kiedy zaczął postrzegać Slughorna inaczej niż tylko kumpla, nadal nie dopuszczając do świadomości, że mogło to być realne. Nie oparł się pokusie, nigdy nie był w tym dobry. Jednak nie mógł przewidzieć, co wydarzy się gdy już potrąci pierwszą kostkę, zapalnik dla całej serii tych jakże niefortunnych zdarzeń, która zatoczywszy idealne koło doprowadziła ich do miejsca, gdzie wszystko się zaczęło. Chłopak oparł ramiona na dolnej barierce a nań podbródek, pozwalając mięśniom twarzy rozluźnić się odrobinę, pomimo panującego chłodu. Proszę, nadal potrafi mówić. Kąciki ust Gabriela nieco drgnęły, gdy usłyszał w końcu głos Leo. Pozbawiony jakiegokolwiek ciepła, oschły, niechętny, lecz drżący, jakby miał się zaraz rozpłakać. Miał rację. Po policzku Slughorna spłynęła łza, w ułamku sekundy zdmuchnięta przez wiatr; jednak oczy dalej miał mokre, a spoglądając na ten wyjątkowo zagadkowy wyraz twarzy, kryjący tuzin kotłujących się wewnątrz jego ciała emocji, widać było że z trudem powstrzymuje tłumioną kaskadę łez. Lubił na niego patrzeć, w takim czy innym stanie, już prawie wyzbył się wyrzutów sumienia, że bezpośrednio do tego doprowadziły jego własne działania. Wszystkie decyzje ciągnęły za sobą nieprzewidziane konsekwencje, czyż nie?
- No dalej. - zachęcił go beznamiętnie, jakby od niechcenia. - Wyżal się na wszystko i po prostu wyrzuć to z siebie.
Był gotowy wysłuchać, co Slughorn ma mu do powiedzenia, a z pewnością nie było tego mało. Niech krzyczy, niech się złości i tupie nogami, może mu nawet przyłożyć, jeśli tylko ma ochotę. Śmiało. Nie będzie żałował niczego, ale nie przyzna się, że za nim tęskni, o ile jeszcze można to w ten sposób sklasyfikować. Zgubił się i krąży bez celu. Chciałby wyprzeć się wszystkiego, ale nie potrafi, nie przychodzi mu to jak niegdyś, z wrodzoną łatwością. A może boi się, że zaprowadzi to do samego końca, do punktu z którego nie ma już odwrotu. Szkoda, że nie ma już więcej wina. Może alkohol wpłynąłby dobrze na jego szczerość. Rzucił butelkę w przepaść, bezmyślnie, jakby był to odruch. Zielone szkło rozpadło się na milion kawałków, lecz żaden z nich nie mógł tego ani usłyszeć ani dojrzeć, siedzieli zbyt wysoko. Pod obłokami, przysłaniającymi promienie słońca, które najwidoczniej nie miało ochoty się dzisiaj budzić. Wiedział, że nie jest mu obojętny. W zasadzie to wystarczało, przynajmniej na teraz.
- Wiem, kiedy kłamiesz, wiesz? - Gabriel uśmiechnął się, unosząc wargę odsłaniającą szereg równych, białych zębów. - Ale kłam sobie, jeśli chcesz.
Powrót do góry Go down
Leo Slughorn

avatar
Admin


Skąd : Cornwall
Liczba postów : 438
PisanieTemat: Re: Wieża astronomiczna   07.04.17 21:58

Ich aktualna sytuacja wcale nie była romantyczna - nie przypominała ani trochę spotkania dawnych kochanków, którzy nie widzieli się szmat czasu, ich uczucie do siebie nawzajem nigdy nie wygasło, a chwila, w której ujrzeli się ponownie była jedną z najbardziej cudownych. Nie było żadnych ciepłych uczuć, był jedynie chłód, nieufność i wrogość, niebezpiecznie obciążająca wiszące między nimi powietrze. Emocje mieszały się ze sobą w chaosie i nieładzie, wypierały gdzieś daleko zdrowy rozsądek i rozdzierały na nowo świeżo zasklepione rany. To wszystko nie miało najmniejszego sensu, nie przynosiło żadnego usatysfakcjonowania, a obdarowywało jedynie ciągle wzbierającą w siłę irytacją. Slughorn miał dość tej rozmowy, tego spotkania, tego człowieka.
- Spierdalaj - rzucił w stronę Gryfona, jednocześnie kręcąc głową. - Jeśli myślisz, że mam zamiar wypłakiwać się na twoim ramieniu, to grubo się mylisz. Mam nadzieję, że porządnie cię tam wychujali - wymówił, siląc się na jak najbardziej pogardliwy ton głos. Masz prawo nim gardzić. Masz prawo go nienawidzić. Masz prawo, Leo.
Dlaczego po tym wszystkich, co mu zrobił, Slughorn nadal miał wątpliwości co do swoich uczuć? Dlaczego nie potrafił po prostu odejść, wcześniej zrównując chłopaka z ziemią? Rozsypać jego serce na milion kawałków, sprawić żeby cierpiał za wszelkie zło, które wyrządził temu światu, żeby krzyczał z bólu w myślach, nie mogąc jednocześnie wydobyć ani słowa z ust? Mógłby wrzucić go w wir rozpaczy, sprawić, że przestanie widzieć cel w czymkolwiek, że wpląta się w najgorsze gówno i dopuści najobrzydliwszych rzeczy, desperacko szukając sensu swojej nędznej egzystencji. Mógłby wycisnąć najgorszy kwas z tego pięknego ciałka, sprawić, że znienawidzi swojego własnego odbicia, ale czemu nie był w stanie tego zrobić? Przecież go nienawidził. Nienawidził go tak, jak nikogo innego.
Jego uśmiech wszystko zniszczył. Był przecież tak cholernie idealny, w całej swojej bezczelności i skrajnym zadufaniu w sobie. Był zbyt perfekcyjny, aby Slughorn mógł stłumić w sobie wszystkie te skrajnie różne emocje, zbyt cudowny, aby olać te wszystkie uczucia, kotłujące się w jego wątłym ciele i powoli rozwijające się w gniew w najczystszej postaci. Gryfon nie wiedział, kiedy znalazł się niebezpiecznie blisko chłopaka, nie wiedział też kiedy pchnął go mocno na plecy ani kiedy jego pięść trafiła w środek tej jego idealnej twarzyczki.
- Jak możesz mówić, że wiesz o mnie cokolwiek?! - i cios. - Jak do kurwy nędzy śmiesz w ogóle odzywać się do mnie po tym, co zrobiłeś?! - lekko zezował i zamiast trafić w nos, uderzył w kość policzkową. - Nienawidzę cię, kurwa, nienawidzę, powinieneś się modlić, żebym zrzucił cię z tej pierdolonej wieży! - i trzy uderzenia, praktycznie na oślep, na pewno gdzieś w twarz. Przerwał na chwilę, nabierając głośno powietrza. Nie wierzył w to, że znowu mógł być tak blisko jego, nachylać się nad nim i dotykać go. Tym razem jednak nie było między nimi tej nici podniecenia - był tylko gniew, gniew wylewający się litrami ze Slughorna z każdym kolejnym uderzeniem pięścią i każdym następnym wykrzyczanym słowem.



He used to call me poison
Like I was poison ivy




I could have died right there
‘Cause he was right beside me
Powrót do góry Go down
Gabriel Bertrand Jr

avatar
Admin


Skąd : Francja
Liczba postów : 195
PisanieTemat: Re: Wieża astronomiczna   07.04.17 23:41

Ocean szkarłatnych kropel zalewa świat spowity ciemnością, zniknęły świetliki, zgasły latarnie, nie słychać nic poza szumem płynącego nieba. Nie ma drzew, nie ma gwiazd, nie ma już czasu, rozpłynął się w tej krwawej uczcie. Złap oddech, wytrzymaj jeszcze trochę, zanim zachłyśniesz się i odpłyniesz, a ciecz wypełni twoje płuca; spójrz, zapamiętaj, jak wyglądały ostatnie sekundy przytomnego świata.
Raz. Drugi. Trzeci. Przy kolejnym stracił rachubę, ale nie miało to znaczenia. Świat wirował, oczy zalewały mu łzy własnej krwi, aż w końcu zawarł zmęczone powieki. W głowie huczało od bólu bijącego na alarm, jednak nie reagował. Nie myślał. Nie umiał się poruszyć, słyszał wszystko, jakby od powietrza oddzielała go szyba; niewyraźnie, głucho, w oddaleniu od rzeczywistości. Chciał mu na to pozwolić, nie wiedział tylko, co popchnie Slughorna do takiego posunięcia; sprowokuje i ostatecznie doprowadzi do utraty panowania nad sobą. Otrzymał swoją upragnioną odpowiedź i przyjął ją z pokorą. Nie próbował się bronić. Całkowicie zasłużył na to, co właśnie dostawał. Gabriel nie zauważył momentu, w którym Leo w końcu się zatrzymał. Otwarł oczy, by na niego spojrzeć. Był blisko, praktycznie siedział na nim; nieokrzesana myśl, jedyna ostatnia tląca się iskra wśród martwego popiołu, pragnęła go dotknąć, ponownie poczuć pod opuszkami palców jego gładkie ciało, przyciągnąć niebieskie, rozpalone gniewem oczy bliżej własnych, poczuć smak jego ust wymieszanych z krwią. Nie zrobił tego. Oddychał ciężko, z trudem nabierając powietrze. Uśmiechnął się. Już wiedział, że to doprowadza Slughorna do furii.
- Dziękuję. - Zacharczał, łapiąc w końcu oddech. - Proszę, jeśli chcesz, to potrafisz.
Czuł, jak przez jego twarz przepływają kolejno fale bólu; od mostka po oczodoły, od skroni do żuchwy. Wytrzyma. Być może nawet okaże się, że nie poturbował go tak bardzo, jak sądził w tej chwili.
- Cóż - odezwał się po chwili, podniósł się opierając łokciami o podłogę, czując jak odzyskuje kontrolę nad sparaliżowanym ciałem. - Chciałbyś powiedzieć coś jeszcze, Leonardzie?
Wzrok utkwił w twarzy Slughorna, który, wnioskując po jej wyrazie, dopiero teraz przetrawiał, co właśnie się wydarzyło. Nie pozostało mu nic tylko wstać, otrzepać tyłek i wrócić do wielkiej sali na lunch, zahaczając po drodze o skrzydło szpitalne. Problem w tym, że nie czuł jeszcze, aby byli kwita; chciał czegoś, nie mogąc sprecyzować czego dokładnie. Zapomnienie nie wchodziło w grę. Wojna?Przebaczenie? A może okupienie?
Powrót do góry Go down
Leo Slughorn

avatar
Admin


Skąd : Cornwall
Liczba postów : 438
PisanieTemat: Re: Wieża astronomiczna   08.04.17 15:30

Leo wolałby, żeby Gabe mu oddał. Albo chociaż próbował protestować. Żeby zrobił, c o k o l w i e k, do jasnej cholery. Tymczasem Gryfon zachowywał się, jakby było mu szczerze obojętne, co zrobi z nim Slughorn i gorszej postawy przyjąć chyba nie mógł. Jak Bertrand mógł być taki spokojny i opanowany, podczas gdy w Leo wręcz kotłowało się od nadmiaru emocji? Wyżycie się na blondynie wcale mu nie pomogło – wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej pogorszyło jego stan, gdyż nie miał już zielonego pojęcia czy to, w jaki sposób reaguje na powrót chłopaka jest chociaż odrobinę logiczne. Może faktycznie powinien się cieszyć? Tak, kurwa, ciekawe z czego. Jego aktualny stan z pewnością był od radości dosyć daleki. Slughorn oddychał ciężko, przyglądając się chłopakowi. Zastanawiał się, czy Gabe w ogóle zdaje sobie sprawę z tego, jak bardzo doprowadza go do szału. Jeśli o tym wiedział i nadal to robił, chyba życie było mu niemiłe.
- Zamknij się wreszcie – warknął na słowa chłopaka. - I przestań mnie drażnić, kurwa. Mam nadzieję, że morda ci już taka zostanie i żaden facet nigdy więcej na ciebie nie spojrzy. A potem przypomnisz sobie, że miałeś mnie – uśmiechnął się kwaśno, nawiązując kontakt wzrokowy z Bertrandem.- Ale wtedy będzie już za późno – wyrzucił z siebie, lekko wahając się przy końcówce.
Uniósł lekko brwi, gdy Gabe podparł się na łokciach. Twardy zawodnik. Ale w sumie dobrze, że nic poważnego mu się nie... Kurwa mać, Leo. Chłopak drgnął lekko, gdy usłyszał swoje imię. Tak dawno nie widział tych warg, układających się właśnie w to konkretne, a nie inne słowo. Zmiękł. Zmiękł, co nie znaczy, że odpuścił, a jego gniew się zmniejszył. Był tak samo zły, tak samo przepełniony nienawiścią, z tą różnicą, że w jego sercu pojawiła się jakaś mała iskierka czułości, która oceniała z niespokojem stan chłopaka. Wszystko z nim dobrze. Uspokój się, Leo. Zrobiłeś to, co było trzeba. Zasłużył sobie. Zamknął oczy, a po chwili otworzył je ponownie. Wszystko było tak samo, przed sobą nadal miał twarz Gabriela – posiniaczoną, zakrwawioną i poturbowaną, ale nadal tak samo piękną i przywołującą na myśl tyle bólu.
-  Zniszczyłeś mi życie – wymówił drżącym głosem. Wziął głęboki wdech, uciekając spojrzeniem gdzieś w niebo i mrugając szybko oczami, aby nie pozwolić piekącym łzom wypłynąć na policzki. Po dłuższej przerwie, której potrzebował, żeby dojść do siebie, zebrał w sobie siły, aby ponownie spojrzeć na chłopaka. - Nie dziw się, jeśli ja zniszczę twoje.
Gwałtownie odsunął się od niego, jakby bliskość nagle go przeraziła. Usiadł kawałek dalej, przyciągając nogi pod brodę i odwracając wzrok.
- A teraz spierdalaj i nie pokazuj mi się więcej na oczy – wydukał, a jego oblicze wykrzywił grymas bólu. Teraz, kiedy jego twarz była już poza polem widzenia Gabe'a, mógł sobie pozwolił na słabość. Cały gniew niespodziewanie z niego uszedł, co jeszcze przed paroma chwilami wydawało się niemożliwe. Pozostała tylko bezradność, ta cholerna bezradność i niepewność, co do wszystkich swoim czynów.



He used to call me poison
Like I was poison ivy




I could have died right there
‘Cause he was right beside me
Powrót do góry Go down
Gabriel Bertrand Jr

avatar
Admin


Skąd : Francja
Liczba postów : 195
PisanieTemat: Re: Wieża astronomiczna   23.04.17 23:14

Ogień. Nieokiełznana siła pożera wszystko dookoła, wszystko co widzisz. Nie wypuści cię ze swoich objęć. Płomienie tańczą pod skórą, łaskoczą, szczypią, kawałek po kawałku spożywają twoje ciało. W jakie słowa ubrać uczucie, świadomość własnego końca? Nie umrzesz sam, bo jest tutaj. Ogień; ogień ukołysze cię do snu.
Czy ich spotkanie mogło potoczyć się inaczej, po tym co zrobił? Nagle wrócił, jak gdyby nigdy nic, czego się spodziewał? Tak naprawdę niczego. Nie chciało mu się myśleć, co powinien zrobić, ani jak się do tego zabrać. Nie wiedział, co chciałby osiągnąć i co mógłby, gdyby wcześniej zatrzymał się na chwilę i spojrzał za siebie, na krętą ścieżkę, która go tutaj przywiodła oraz na miejsce, w którym skrzyżowała się ze ścieżką Leonarda. Przestał nawet pytać swoje sumienie, czy jeszcze mu zależy; nie miało to sensu, zwłaszcza że w głębi duszy Gabriel już od dawna nosił odpowiedź.
Minęło sporo czasu, odkąd ostatnim razem ktoś potraktował jego twarz w ten sposób. Krew spływała po policzku, który zdążył już nabrać barwy dorodnego bratka. Powoli i miarowo kapała na kołnierz Gabrielowej kurtki, raz po raz powiększając szkarłatną plamę.
Wysilił się na uśmiech, lecz pożałował tego niemalże od razu, gdy poczuł pulsujący wokół ust ból. Jęknął, klnąc cicho pod nosem.
- Nie dam ci tej satysfakcji Leo, nie myśl sobie. Ale dziękuję, dałeś mi to, czego potrzebowałem.
Obudził go. Wyrwał z letargu; obojętności, której nie potrafił uleczyć ani alkohol, ani jak się okazało, żaden inny dotyk, tylko jego.
Leonard Reginald Slughorn.
Leo Slughorn.
Jego ukochany Leoś, odziany w tę samą kurtkę, pod którą zostawił go niegdyś w pokoju wspólnym, zarumieniony, z uśmiechem od ucha do ucha, z rozwianymi włosami i spojrzeniem pełnym radości. Nagle zatęsknił za tym widokiem. Dlaczego właśnie teraz? Dlaczego w chwili, będącej jej odbiciem w krzywym zwierciadle?
- Wiem. - stęknął cicho.
Nie kłamał, nie tym razem. Przyznawał się, nie bez wstydu. Zepsuł go od środka, jak trucizna wymieszana ze słodką herbatą; Leo nie mógł się spodziewać, nie mógł tego przewidzieć. Oddalił się od Gabriela. Wyraźnie nie chciał, by ten na niego patrzył w chwili słabości; jednak nie potrafił oderwać od niego wzroku, bo zalała go fala tęsknoty, strachu i żalu, wszystkich emocji, jak dotąd z powodzeniem tłumionych przez oziębłe sumienie. Poczuł się bezradny. Zupełnie bezsilny. Nienawidził tego uczucia ponad wszystkie inne.
Podmuch gładził lepką od krwi twarz, bawił się białymi kosmykami. Gabriel przyglądał się jak burza złotych loków faluje na głowie Leo, a wiatr szumiał mu w uszach; nie słyszał cichego płaczu, nie słyszał jego myśli, nie czuł jego bólu.
- Wybacz mi, Leonardzie.
Niemożliwe. Jak naiwny musiał być, że w ogóle zdecydował się wymówić to na głos?


Powrót do góry Go down
Leo Slughorn

avatar
Admin


Skąd : Cornwall
Liczba postów : 438
PisanieTemat: Re: Wieża astronomiczna   25.04.17 21:58

Leo prychnął, gdy Gabe przyznał mu rację. Fajnie, że przynajmniej zdawał sobie sprawę z tego, jak negatywnie oddziaływało na Slughorna jego zniknięcie. No chyba, że tylko udawał, czego nie można było wykluczyć. Kto wie, czy mu się co nieco nie pozmieniało na tej wycieczce? Na razie jednak wyglądało na to, że chłopak jest jaki był – tak samo przystojny, tak samo opanowany i tak samo wkurwiający. Tak, tej ostatniej cechy chyba nic nie jest w stanie zmienić – choćby przepłynął Pacyfik wzdłuż i wszerz, zawsze będzie bucem.
- Dobrze, że wiesz. Może zrozumiesz za co ci się dostaje – rzucił tylko, patrząc na niego z wyrzutem. Leo chciał żeby Bertrand żałował; żeby tak cholernie żałował tego, że go opuścił, że z tego żalu nigdy by się nie pozbierał. Niech włóczy się po knajpach, niech próbuje wyrzucać Slughorna z myśli, niech trwa w ciągłym niepokoju, nie mogąc zawiązać bliższej relacji z kimkolwiek, ponieważ zbyt bliska łączyła go już z Gryfonem. Niech wycierpi to wszystko, przez co przechodził i w jakimś stopniu nadal przechodzi Leo, choć może już nie tak intensywnie jak w pierwszych dniach, po odczytaniu tego marnego listu. Jak bardzo trzeba nie mieć jaj, żeby wyjechać bez słowa, zostawiając jedynie notkę w dormitorium, zupełnie jakby przekazywał, że wróci później niż zwykle, że jest w bibliotece, że poszedł coś skombinować do Hogsmeade albo że pożyczył jego książkę do historii magii? Kiedy Slughorn zobaczył list, absolutnie nie przyszło mu do głowy, że może dzierżyć w rękach słowa, które miały być ostatnimi słowami Bertranda, skierowanymi do niego. Fart jednak widocznie nieoczekiwanie strzelił Leo w mordę i ta dam! Oto i Gabe, cały, zdrowy i tak cudownie bezkarny, dający świadectwo temu, że to, co było najwyższym skurwysyństwem, faktycznie mogło ujść w tym świecie bez konsekwencji. Aż do teraz. Teraz Bertrand siedział z twarzą zalaną krwią, pokutując za wszystkie swoje winy.
Na zdanie, wypowiedziane przez chłopaka, Slughorn zdębiał. Zamrugał kilkukrotnie oczyma, jakby nie dowierzając w to, co właśnie usłyszał. Czy on naprawdę to powiedział? A może to już głodna o te słowa wyobraźnia Leonarda stroiła mu najokrutniejsze żarty z możliwych? Gryfon odwrócił się powoli w stronę Gabe'a, a ich spojrzenia skrzyżowały się. Chłopak chciał coś powiedzieć, ale wydukał tylko krótkie „a” - kompletnie odjęło mu mowę. Przygryzł wargę, spuszczając na chwilę oczy na ziemię, po chwili jednak z powrotem wrócił wzrokiem do Bertranda, czując że musi stawić czoło spojrzeniu, jakbym starszy Gryfon przeszywał go na wskroś.
- Ja... chciałbym – odpowiedział w końcu, lekko drżącym głosem. Zamknął oczy i pokręcił głową. Był gotów. Teraz. Powoli uniósł powieki i przełknął ślinę. Złapał się za drąg barierki i zacisnął mocno dłoń wokół niego. Podciągnął się w górę i po chwili stał już na dwóch nogach. Zmusił się do ponownego spojrzenia na chłopaka. - Ale nie mogę. Przepraszam – wyrzucił z siebie, po czym szybko odwrócił wzrok od Gryfona. Zrobił na chwiejnych nogach kilka kroków w stronę schodów. Gdy był już kawałek od Gabriela, zatrzymał się. Na oczy cisnęły mu się łzy, wszystko o czym marzył w tamtej chwili, to powiedzieć tak, przytulić go, poczuć jego delikatną skórę pod palcami, zmierzwić jego włosy i otrzeć twarz z krwi. Nie mógł, wiedział o tym. Niestety, to nie tak działa.
- Idź do Skrzydła Szpitalnego. Proszę – powiedział na odchodne, ocierając łzę z policzka. Następnie pokonał ostatnie metry dzielące go od schodów i, już ledwo powstrzymując się od szlochu, ruszył w dół.

[ztx2]



He used to call me poison
Like I was poison ivy




I could have died right there
‘Cause he was right beside me
Powrót do góry Go down
Sponsored content



PisanieTemat: Re: Wieża astronomiczna   

Powrót do góry Go down
 Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 3 z 3Idź do strony : Previous  1, 2, 3

Erised :: Fabuła :: Hogwart :: Wieże-
Skocz do: