Share | 
 
Cieplarnie
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2, 3, 4  Next
AutorWiadomość
Mistrz Gry

avatar
Specjalne

Liczba postów : 1032
PisanieTemat: Cieplarnie   28.09.15 3:53

Cieplarnie
W pobliżu Zakazanego Lasu ustawiono kilka cieplarni, a w każdej można zobaczyć inne rośliny. Kolejni nauczyciele Zielarstwa, którzy zmieniali się na przestrzeni lat, pielęgnowali posadzone w nich okazy, byś teraz mógł się dzięki nim uczyć. Znajdziesz tu najróżniejsze odmiany magicznych roślin o właściwościach nie tylko leczniczych, ale też trujących czy halucynogennych. Nigdy jednak nie próbuj sam sprawdzać, co sprawi nieznana ci roślina - to się może naprawdę groźnie skończyć!
Powrót do góry Go down
Mistrz Gry

avatar
Specjalne

Liczba postów : 1032
PisanieTemat: Re: Cieplarnie   30.01.16 16:48

Świat wciąż trwał w bezruchu, ściągnięty mrozem i okryty śnieżną peleryną. Uczniowie pasjami spędzali popołudnia, obrzucając się śniegiem i budując imponujące budowle. Od paru dni jednak Amelia myślała o czymś całkiem innym - co ze ślimakami? Jasne, pewnie zapadły w sen zimowy i cierpliwie czekają na wiosnę, co jednak, jeśli któryś z tych bezmyślnych dzieciaków znajdzie ich kryjówkę i, nawet przypadkiem, skrzywdzi? Nie mogła znieść tej myśli i musiała się upewnić, że wszystko z nimi w porządku. Wybrała się więc do jednej z cieplarni, mając przeczucie, że to właśnie tam może je znaleźć. I rzeczywiście, trafiła idealnie. Dziesiątki ślimaków znalazło tam schronienie, by doczekać cieplejszych dni, jednak, ku zaskoczeniu dziewczyny, całkiem sporo wcale nie spało, a pełzało sobie w najlepsze po całej cieplarni. Wystarczyło jednak, że przypomniała sobie, że niektóre magiczne gatunki ślimaków mają zupełnie inne zwyczaje i to tłumaczyło wszystko.
Usiadła na ziemi i w skupieniu obserwowała, co też te małe żyjątka planują na dzisiaj. Może z nimi rozmawiała? Kto wie.
W tym samym czasie brak Amelii, Leo, miał do siostry ważną sprawę. Bardzo ważną. Taką absolutnie niecierpiącą zwłoki. Musiał ją pilnie znaleźć, ale to okazało się nie być takie proste, odkąd dowiedział się, że w Pokoju Wspólnym jej nie ma. To oznaczało, że mogła być wszędzie, a "wszędzie" to okropnie duża przestrzeń. Całe szczęście już jakaś dwudziesta zapytana osoba poinformowała go, że widziała, jak poszukiwana Krukonka szła w stronę cieplarni. To już zawężało liczbę miejsc, które należało przeszukać.
Nie trafił do właściwej za pierwszym razem, ale za którymś kolejnym już tak. Wszedł więc do środka i już, już otworzył usta, żeby wyłuszczyć sprawę, z którą przyszedł, kiedy... Pod podeszwą jego buta coś niepokojąco chrupnęło.
Ups.


Screw this!

I'm going to Hogwarts!


Powrót do góry Go down
Leo Slughorn

avatar
Admin


Skąd : Cornwall
Liczba postów : 438
PisanieTemat: Re: Cieplarnie   30.01.16 20:43

Pomyśl, gdzie mogła pójść?
Leo westchnął głęboko i podążył schodami w dół. Szukał siostry od pół godziny i naprawdę zaczynał już powoli tracić cierpliwość. Pamiętał jak pewny siebie wychodził z Pokoju Wspólnego z przekonaniem, że Amelia będzie w dormitorium, bo gdzie mogłaby być? Otóż na to wychodzi, że wszędzie. Szkoła nie jest aż taka duża, chłopak naprawdę był święcie przekonany, że znajdzie Krukonkę po chwili poszukiwań. Poza tym jako jej brat, powinien w miarę się orientować, gdzie mogła się udać, przecież znał ją od urodzenia. No właśnie. Powinien.
Wydawało mu się, że sprawdził już wszystkie możliwe lokacje. Biblioteka, Wielka Sala, korytarze na wszystkich piętrach... Nawet nienaumyślnie wpakował się do łazienki Jęczącej Marty, co przypłacił dużą dozą nienawiści w kilkunastu nieprzychylnych słowach ze strony zjawy. Miał wrażenie, że przepytał o siostrę połowę Hogwartu, a może po prostu brakowało mu cierpliwości?
Tak czy siak, pozostały mu jeszcze błonia. Wypadł z zamku rozglądając się na boki, kiedy uderzyło go zimno. No tak, z tego wszystkiego zapomniał o tym, żeby narzucić na siebie coś więcej. Ale to nieistotne. Są rzeczy ważne i ważniejsze, czyż nie?
Chłopak objął się ramionami i w miarę szybkim krokiem ruszył przed siebie. Spytał o siostrę przechodzącą obok dziewczynę w barwach Domu Kruka, ale ta tylko wzruszyła ramionami i wyminęła go. Kultura na wysokim poziomie, widzę. Gryfon westchnął i postanowił podejść do grupki uczniów drugiej, może trzeciej klasy, oddających się bitwie na śnieżki.
-Hej, nie widzieliście może... – zaczął, zbliżając się do nich, kiedy zimna bryła śniegu wylądowała na jego twarzy, wywołując śmiechy i chichy dzieciaków dokoła. Oszołomiony Slughorn przejechał ręką po obliczu, strącając z niego resztki śniegu. - Ha. Ha. Ha. Ale to było śmieszne - zirytował się, lustrując chłopców spojrzeniem. - Który to taki mądry? – spytał, a uczniowie zaczęli po kolei zwalać jeden na drugiego. Gryfon westchnął. - Dobra, już nieważne. Któryś z was kojarzy Amelię Slughorn? Przechodziła tędy? – teraz z kolei dzieciaki zaczęły się wykłócać, czy dziewczyna którą widziały to jego siostra, więc Leo pokręcił głową i odwrócił się z zamiarem odejścia, kiedy usłyszał wołanie. Jakaś dziewczynka, młodsza od rzucających śnieżkami chłopców szybko zrelacjonowała, że widziała Krukonkę, jak ta szła w stronę cieplarni. Chwała ci dziecko. Slughorn uśmiechnął się do pierwszorocznej Puchonki, podziękował jej szybko i potruchtał we wskazanym przez nią kierunku, wcześniej wciskając jej w rękę, jakiegoś wygrzebanego z kieszeni cukierka. Modlił się, żeby nie był zepsuty, ani wywołujący jakieś paskudztwa... No cóż, nieważne.
Przyszło mu do głowy, że z jego szczęściem najlepiej będzie zacząć od cieplarni, na której normalnie by zakończył. Tak więc tak właśnie zrobił, ale finalnie i tak do poszukiwanej cieplarni wszedł na samym końcu, gdy już zaczął wątpić w dziewczynkę i żałować podarowanego jej cukierka. Wkroczył do ostatniego z pomieszczeń i z ulgą zauważył siedzącą na podłodze Krukonkę. W pośpiechu zamknął za sobą drzwi, by móc w pełni rozkoszować się ciepłem.
-Amelia... – zaczął szybko, gdy usłyszał głośne chrupnięcie pod swoją stopą. Zmarszczył brwi, podnosząc nogę tak, aby móc zobaczyć podeszwę swojego buta. - Fuu... – jęknął, widząc totalnie rozwalone ciałko ślimaka i pękniętą skorupkę. Obrzucił okiem cieplarnię i sapnął cicho. Te istoty były wszędzie. - Skąd tu tyle tego... – szepnął pod nosem bardziej do siebie, niż do siostry. Spojrzał na Amelię z lekkim rozbawieniem. - Właśnie zdeptałem symbol naszego rodu. Nie mów ojcu – zażartował nieudolnie i zaczął rozglądać się za czymś, czym mógłby pozbyć się z podeszwy szczątek ślimaka. W końcu na jednej nodze, tym razem już unikając małych istotek w podskokach podążył w kierunku jednego ze stanowisk. Przyjrzał się uważnie roślince.
- Jak myślisz, to coś mnie zabije, jak ułamię kawałek łodygi?
Powrót do góry Go down
Amelia Slughorn

avatar
Gracz


Skąd : Cornwall
Liczba postów : 63
PisanieTemat: Re: Cieplarnie   31.01.16 4:42

Amelia była lekko, eufemistycznie mówiąc, zbzikowana na punkcie rodowych maskotek Slughornów, jakimi były ślimaki. Jej mała obsesja wywodząca się jeszcze z czasów dzieciństwa, nie opuszczała jej ani na chwilę, zawsze usilnie zaprzątając głowę troską o bezpieczeństwo, życie tych niewinnych i uroczych stworzeń. Ciężko było opanować podobne uczucia względem skorupiaków i choć martwiła się o los wszystkich żywych istot, to ślimaki zajmowały w jej sercu specjalne miejsce. Na tle innych były wszak bezbronne, powolne i niezwykle kruche.
Panna Slughorn weszła do cieplarni szczelna otulona grubym, błękitnym szalikiem i nausznikami tej samej barwy. Wyglądała jak uroczy, zarumieniony bałwanek, tylko niech ktoś spróbowałby pokusić się o podobną uwagę, to skończyłby z różdżką w tyłu lub nosie. Niezwykle ostrożnie stawiała kroki, pochylona i rozradowana widokiem ożywionych stworzonek krążyła przez dobre kilka minut po pomieszczeniu w celu pierwszego rekonesansu. Musiała w końcu wiedzieć na czym stoi i ile tych małych pierdółek musiała poratować!
Gdyby ktoś miał jeszcze jakiekolwiek wątpliwości – tak, Amelia mimo skończenia wkrótce lat siedemnastu i przystąpienia tym samym do grona pełnoletnich czarodziei, wciąż mentalnie, a może duchowo, tkwiła w latach wczesno nastoletnich.
- O rany, jaki pan pulchny, musiał pan dużo jeść za młodu – jej oczy aż zamigotały z ekscytacji nad nowo zauważonym, pulchnym okazem, który spokojnie przemierzał obraną przez dziewczynę drogę. Przykucnęła nad nim i obserwowała gorliwie, złapała nawet za skorupkę innego, nieco mniejszego ślimaczka o kolorowej, barwnej skorupce i ustawiła na drodze Pana Pulchnego.
- A teraz się pocałujcie,ooo - klasnęła w dłonie niczym pięcioletnie dziecko, które właśnie otworzyło wymarzony prezent, gdy tylko TO usłyszała. Wzdrygnęła się natychmiastowo i odwróciła głowę.
Wszędzie usłyszy ten dźwięk. Nawet gdyby znajdowała się na drugim końcu cieplarni, ten złowieszczy odgłos zwiastujący niechybną śmierć skorupiaka zatroska ją zawsze.
Jej oczy zaszkliły się momentalnie, a serduszko wypełnił żal i gorliwa modlitwa za duszę poległego, bezbronnego stworzonka.
- To nie ojca powinieneś się bać – odpowiedziała grobowym głosem, wstając z ziemi tuż nad masywną donicą - roślina cię nie zabiję, ale ja tak – dodała obrzucając go gniewnym spojrzeniem i cisnąwszy w sylwetkę Leo grubą,znalezioną na poczekaniu, rękawicą ze smoczej skóry, syknęła nieprzyjaźnie.
Krukonka tego absolutnie nie okazała lecz niespodziewana wizyta Leo ją całkowicie zaskoczyła. Zazwyczaj widywali się na korytarzach w szkole, niekiedy mijali, innymi razami przystawali i zamieniali ze sobą kilka słów. Lub zdań. Oboje wydawali się zmienni niczym wiosenna pogoda.
-Coś...się stało? Co tu robisz?
Powrót do góry Go down
Leo Slughorn

avatar
Admin


Skąd : Cornwall
Liczba postów : 438
PisanieTemat: Re: Cieplarnie   31.01.16 11:42

Leo kompletnie zapomniał o wielkiej sympatii swojej siostry do tych małych istotek. On osobiście nie widział w nich niczego fascynującego, ot zwykłe pożeracze kapusty i innej zieleniny. Jeden ślimak wte czy wewte raczej nie robił dla niego, ani dla świata większej różnicy. W końcu jeśli nie Gryfon, to ktoś inny na pewno prędzej czy później pozbawiłby go życia, czyż nie? No cóż, wedle jego siostry widocznie było to niedopuszczalnym, okrutnym barbarzyństwem.
-Chyba jednak roślinki boję się najba... - zaczął, ale w tym momencie rękawica poleciała w jego stronę trafiając go prosto w brzuch, odbijając się od niego i lądując z chlupnięciem na podłodze. Chłopak zamrugał szybko oczami, marszcząc przy tym brwi. W sumie to nic nie poczuł, mimo to jednak skulił się, obejmując brzuch rękoma i przywołując na twarz grymas cierpienia.
- Aua! Merlinie, co za ból! Chyba pękła mi wątroba, śledziona, albo inne gówno! - jęknął, podłamanym głosem, patrząc na siostrę wielkimi oczami. - Amelia, ja... - zrobił dramatyczną przerwę, opierając się o blat stanowiska i mocniej ściskając brzuch. - ... ja chyba umieram - dokończył autentycznie drżącym głosem. Ostatnie słowo wystarczyło, żeby przywołać do jego głowy setki myśli, które naprawdę wolałby zachować z daleka.
Niby to zwykły ślimak, a jednak... Może Amelia była na niego słusznie zła? Bo czym różni się zabicie człowieka od uśmiercenia zwierzęcia? W dodatku człowiek zazwyczaj może się bronić, a taki mały, bezbronny mięczak... Czy mógł uznać to za morderstwo? Głupota, przeciez codziennie pod stopami ludzi z całego świata, magicznego i mugoli, giną setki tych istotek. Poczucie winy, które nagle go zalało jemu samemu wydawało się idiotycznie. To tylko ślimak, powtórzył jeszcze raz w myślach. Przymknął na chwilę oczy. Zwykła nierozumna istota, jakich pełno na tej ziemi. Chociaż ludzi też jest pełno, a jednak...
-Uspokój się! - warknął do siebie, dopiero po chwili uświadamiając sobie, że wymówił to na głos. - Znaczy, ten no... To nie do ciebie - wyjaśnił szybko, otwierając na powrót oczy i spoglądając na siostrę oraz kompletnie zapominając o "urazie brzucha", jakiego doświadczył. Sapnął cicho zirytowany, starając się odepchnąć od siebie falę negatywnych myśli. Rozejrzał się jeszcze raz. Jakieś dwa stanowiska od siebie wypatrzył patyk. Nie miał pojęcia skąd on się tam znalazł, ale szczerze go to nie interesowało. Podszedł do wspomnianego wcześniej stanowiska i chwycił kijek. Wydawało mu się to bezpieczniejsze niż niepokojenie tych nieznanych mu roślinek. Jego umiejętności z zielarstwa nie sięgały takiego poziomu, żeby potrafił określić co zrobi mu taki byle kwiatuszek, jeśli ten go zdenerwuje. Z lekkim obrzydzeniem zaczął pozbywać się szczątek ślimaka, krzywiąc się przy tym. Gdy już całe ciało i skorupka znalazła się poza podeszwą Gryfona, chłopak odrzucił patyk na bok i zaczął wpatrywać się w zwłoki. Daj spokój, to tylko ślimak. Westchnął ciężko i dopiero wtedy przypomniał sobie po co właściwie tu przyszedł.
- Nie, nic się nie stało. Znaczy, w sumie to stało, ale nic złego. Chociaż, czy ja wiem, to zależy od punktu widzenia - zmarszczył brwi i podrapał się po nosie. - Mama do mnie napisała. Niby wysłała do ciebie jakiś list z miesiąc temu i jeszcze jej nie odpisałaś. Martwi się i inne takie bzdety. Dlatego kazała ci przekazać tą wiadomość... Czekaj, gdzieś miałem ten list... - zaczął przeszukiwać kieszenie w poszukiwaniu koperty. W końcu wydobył ją, lekko poturbowaną i pozginaną, z tylnej kieszeni spodni. Podszedł do siostry i wcisnął jej list w rękę. - W sumie to zastanawiam się, czy nie powinienem się na nią pogniewać. Napisała do mnie tylko dlatego, że ty nie odpisywałaś. - uniósł w lekkim uśmiechu kącik ust. Wiedział, że matka go kocha i że baaaardzo się o niego troszczy. W sumie to rozumiał ją, że przestała do niego pisać. W końcu on nigdy nie odpisywał, więc konwersacja z Amelią przynosiła jej więcej odpowiedzi niż wymienianie listów z Leo, a raczej brak tej czynności.
Powrót do góry Go down
Amelia Slughorn

avatar
Gracz


Skąd : Cornwall
Liczba postów : 63
PisanieTemat: Re: Cieplarnie   01.02.16 0:22

Dla Amelii z pewnością to nie był jedynie ślimak, więc obserwacja chłodnego pozbywania się resztek martwego skorupiaka z podeszwy Leo była dla niej średnio przyjemnym widokiem. Sznurowała ustami i sykała na niego, mocno dając do zrozumienia jak ogromny błąd popełnił. Nie potrzebował podobnej krytyki, uparła się jednak bezlitośnie i nawet jego dramatyczne próby wzbudzenia współczucia w siostrze nie miały żadnych szans w zetknięciu z małą obsesją Amelii.
Ściągnęła brwi i skrzyżowała ramiona na klatce piersiowej. Wyglądem bardziej przypominała niegroźnego, napuszonego bałwanka niż pannę ciemności, na którą to próbowała się ostatnio kreować. Wyłącznie pod względem usposobienia, na aparycję jeszcze przyjdzie czas.
W chwilach, gdy oboje znajdowali się z dala od bacznych spojrzeń kolegów i koleżanek ze szkoły, Amelia przekonywała się jak bardzo podobni byli do siebie za sprawą nutki ekscentryzmu podkreślonej smykałką do dramatyczno-teatralnych ekscesów, inności w ekspresji. Gadaniu pod nosem i ignorowaniem wszystkiego i wszystkich wokół. Jedna krew.
- Miesiąc temu mówisz… ona do mnie pisze co tydzień Leo –wyjawiła, podkreślając powagę sytuacji głośnym, melodramatycznym westchnięciem – nie wiem jak ci się udało odciąć pępowinę, ale ja ciągle jestem prowadzona za rączkę. Nie wmawiaj sobie jednak, że kompletnie sobie dała z tobą spokój, bo co tydzień muszę dawać sprawozdanie ze swoich jak i z twoich poczynań.
- A właśnie – uniosła wskazujący palec do góry na znak przypomnienia sobie o jakiejś ważnej sprawie. Być może nie do końca takiej pilnej – słyszałam, że Kate Miller zaprosiła cię na randkę? To znaczy nie wiem, podsłyszałam w pokoju wspólnym, że się w tobie buja. A potem zauważyłam, że dziwnie się wokół mnie zachowuje, więc to chyba musi być prawda.
Na jej twarzy wykwitł łobuzerski uśmiech. Amelia nie miała zamiaru uczestniczyć w nużących rozmowach o nadopiekuńczej matce i o cotygodniowym wysyłaniu listów, na które zresztą nie miała zawsze czasu i chęci.
Była żądna plotek. Soczystych ploteczek.
Powrót do góry Go down
Leo Slughorn

avatar
Admin


Skąd : Cornwall
Liczba postów : 438
PisanieTemat: Re: Cieplarnie   01.02.16 1:42

Co tydzień...? Leo poczuł nagle zalewającą go falę współczucia dla siostry. Matczyne listy potrafiły zazwyczaj zająć dwie, trzy strony, a dwie trzecie ich treści to były same pytania. Aby odpisać na taki list najpierw trzeba było przebrnąć przez jego treść albo chociaż przeanalizować zdania pytające, zastanowić się nad odpowiedziami, które nie przyprawią rodzicielki o zawał serca, no i zanotować to wszystko. Cotygodniowe odpisywanie na coś takiego... No cóż, szacunek, dużo szacunku.
-Tak? I co ciekawego o mnie piszesz? Przecież ja jestem grzeczny - uśmiechnął się niewinnie, wiedząc, że gdyby matka wiedziała o jego wyczynach to najpewniej po powrocie do domu zamknęłaby go w izolatce, czy coś. Nie mógł pojąć tego, jak można trzymać własne dzieci pod kloszem. Dzieci, które za chwilę będą dorosłe, będą chodzić do pracy albo pójdą na jakąś wyższą uczelnię. O to chyba chodzi, żeby pozwalać im dorosnąć, prawda?
Leo niekontrolowanie przewrócił oczyma, gdy usłyszał nazwisko dziewczyny. Miał jej najzwyczajniej w świecie dosyć. Biedna, nieszczęśliwie zakochana istotka, jakich jest jeszcze kilka tuzinów w Hogwarcie. Generalnie Gryfonowi nie przeszkadzało czyjeś zainteresowanie jego osobą, wręcz robiło mu się przyjemnie, gdy przechadzając się korytarzem usłyszał jakieś przychylne komentarze, wymienianie "dyskretnie" przez jakieś dwie dziewczyny. Jednak jest jakaś zdrowa granica i Kate Miller na pewno już dawno ją przekroczyła.
Zaczęło się niewinnie, od wysyłania tajemniczych liścików z wyznaniami, z których kominek miał więcej pożytku niż Leo. Potem łaskawe wyjawienie imienia. W sumie była to wiadomość na kształt: Hihi, już czas, abyś poznał moje imię, hihihihi. Ja to ta dziewczyna, która będzie miała na sobie xxxxx i będzie czekała obok xxxxx na swojego Księcia z Bajki, hihi, buziaczki, hihi. Mniej więcej w tym momencie Slughorn zaczął zastanawiać się nad poziomem inteligencji swojej wielbicielki. Wszystko jednak wyciekło, gdy pewnego dnia Krukonka wpadła na genialny i absolutnie oryginalny pomysł, aby wcisnąć Leo eliksir miłosny. Ale ku zawodzie dziewczyny, chłopak nie okazał się aż tak głupi i widok jego prześladowczyni kręcącej się w Wielkiej Sali przy stole Gryfonów, aż w końcu dolewającej mu coś centralnie przed twarzą do soku z dyni, co najmniej sprawił, że odechciało mu się jeść czegokolwiek. Potem dziewczę przyjęło inną strategię, polegającą na rozsiewaniu po szkole plotek jakich to rzeczy oni ze sobą nie robili, co było już naprawdę przegięciem, więc Leo rozmówił się z nią na ten temat osobiście i miał ją z głowy na jakiś tydzień. Aż do wczoraj, kiedy to Krukonka jak gdyby nigdy nic podeszła do niego z grupką koleżanek i zaczęła chrzanić coś o wspólnej kolacji albo spacerze, albo partyjce szachów, albo... Gryfon jednak dał jej jasno do zrozumienia, że ma się od niego odczepić.
-Proszę, nawet mi nic nie mów o tej dziewczynie. Uwzięła się na mnie - wyżalił się z wyrzutem. - Ja ci to mówię, ona jest nieobliczalna! Za jakiś czas pewnie zaciągnie mnie w jakiś ciemny zaułek i zgwałci, jak tak dalej pójdzie. Dla własnego dobra lepiej trzymaj się od niej z daleka - dorzucił jeszcze i westchnął głośno.
W sumie to Kate nie była taka zła. Gdyby nie fakt, że okazała się naprawdę porządnie szurniętą psychofanką, to Leo może i by zwrócił na nią jakąś uwagę. A przynajmniej tak sobie wmawiał. Chciałby żeby tak było. Zresztą nie musi to być akurat ta konkretna Krukonka, było mu to obojętne, byleby była to dziewczyna. Dlaczego nie mogło paść na dziewczynę...?
- Krążą o mnie jeszcze jakieś ciekawe pogłoski, o których powinienem wiedzieć? - spytał, opierając się o blat jednego ze stanowisk. - Właśnie, tak w ogóle, to co tam u ciebie? W sumie dawno nie mieliśmy okazji dłużej pogadać - zauważył słusznie. Te kilka słów wymienianych przez rodzeństwo raz na jakiś czas na korytarzu, nie mogło odtworzyć bliźniaczej więzi, która łączyła ich za dziecka. Chociaż kto wie, czy teraz cokolwiek byłoby w stanie tą więź odtworzyć.
-Nie jest ci gorąco? Wiesz w cieplarniach raczej jest w miarę ciepło, a na pewno bardziej niż na dworze. Nie chcę nic mówić, ale jak wyjdziesz tak na tamtą Antarktydę to będzie ci zimno i jeszcze się rozchorujesz - pouczył Amelię Leo, któremu niespodziewanie włączył się tryb troskliwy braciszek.
Powrót do góry Go down
Amelia Slughorn

avatar
Gracz


Skąd : Cornwall
Liczba postów : 63
PisanieTemat: Re: Cieplarnie   01.02.16 20:32

Amelia przysiadła z powrotem na ziemi i powróciła do żmudnego przestawiania ślimaków w bezpieczne miejsce. Była przy tym niezwykle delikatna i troskliwa, łapiąc stworzonka jedynie opuszkami palców za ich kruche skorupki. Nie mogła pozwolić by stała się im jakakolwiek krzywda.
- Opowiadam jej o twoich świetnych stopniach. I jakim łamacz serc się z ciebie zrobił. Jest dumna.
Leo miał bardzo duże powodzenie u dziewcząt i o ile na samym początku wszelkie pytania i komplementy na jego temat przyjmowała z zakłopotanym uśmiechem, to później zdecydowała się przyjąć zgoła inną taktykę. Groźnego piorunowania wzrokiem niedoszłej wielbicielki i zaciskania pięści na skrawkach szaty. Nawet jej się to udawało.
Dziewczęta w tej kwestii nie miały żadnego pohamowania i nie widziały żadnego sensu w adaptowaniu zasad typu „nie interesuj się bratem swojej dobrej koleżanki”. Żałowała, że podobna idea nie przyjęła się w świecie kobiet.
- Przyznam, że Kate ma takie szalone kurwiki w oczach. Myślałam jednak, że faceci mają to gdzieś póki dziewczyna ładna i cycata – stwierdziła całkiem szczerze, nie będąc jednak do końca pewną czy Millerówna mogła być zaliczana do grona dziewcząt urodziwych. Amelia miała czasem problem z obiektywną oceną atrakcyjności płci żeńskiej.
- Spokojnie Leo, stanę na straży twojej cnoty – jeśli ją wciąż miał, miała dodać, ale w ostatniej chwili ugryzła się w język. Pewnych rozmów i wątków lepiej było nie podejmować z własnym bratem. Zdarzało się jej zapominać, najwidoczniej odzwyczaiła się od prowadzenia dłuższych konwersacji z Leo.
- Ale wiesz co? Nie dziwię jej się. W sensie...ugh. Czasem mam wrażenie, że wszyscy chłopcy w Hogwarcie są homo. Zwłaszcza ci względnie atrakcyjni. Jak to w ogóle możliwe...
Oczyma wyobraźni przypomniała sobie swoje ostatnie spotkanie z Jackiem. Rozmowa przy kieliszku mocnego likieru i to na dodatek na temat jego seksualnych podbojów, wciąż rozpalała Ameliową wyobraźnię. Musiała mocno opamiętać się, żeby nie przywoływać podobnych obrazów w tamtym momencie.
Dziewczyna na słowa Leo ściągnęła swój błękitny szal i rzuciła go niedbale na jeden z niewielu względnie czystych blatów pracowniczych. Zaraz potem los szala podzieliły puchate nauszniki i grubawa bluza z kapturem. Jak już się rozbierać, to na całego.
Uśmiechnęła się i lekkim skinięciem głowy zaprosiła go do zajęcia miejsca tuż obok niej. Co, miał tak tam stać? Nie ma mowy!
- Od czego by tu zacząć...Mówiąc szczerze to u mnie beznadziejnie lecz stabilnie. Widziałam się ostatnio z Jackiem Fevershamem. Wiesz o kim mówię, też z Gryffindoru. Od czasów wojny nie zamieniliśmy ze sobą ani słówka, więc było miło powspominać dawne dzieje. Hmm...co tam jeszcze...Och, jakiś zboczony Ślizgon obmacywał mnie na schodach... Byłam też w Hogsmeade i...-tu na chwilę przerwała i podrapała się po głowie - i...odwiedziłam lustro pragnień. Nie do końca zobaczyłam coś, czego bym się spodziewała.
Skwitowała swoją chaotyczną wypowiedź cichym westchnieniem. Nie wyjawiła bratu jak w rzeczywistości wizja zwierciadła okazała się być potwornym koszmarem, kompletnie przeciwstawnym do jej dotychczasowych uczuć czy pragnień. A to właśnie skryte pragnienia lustro miało jej ukazać. Cholernie niepokojąca sprawa.
Powrót do góry Go down
Leo Slughorn

avatar
Admin


Skąd : Cornwall
Liczba postów : 438
PisanieTemat: Re: Cieplarnie   01.02.16 21:44

Gryfon prychnął, gdy siostra nazwała go łamaczem serc. Przecież  on był zawsze miły i kochany, i kulturalny... Kate się nie liczyła. Jej po prostu nie bierze się pod uwagę. Chłopak próbował być dla niej miły i spławić ją nad wyraz delikatnie, bo widział jaka była nakręcona, ale stracił już cierpliwość co do tej dziewczyny.
- Taaak, ja i moje wspaniałe oceny... - wypuścił powietrze nosem, zaciskając usta. - Muszę się przyłożyć do nauki - stwierdził nie pierwszy i zapewne nie ostatni raz od rozpoczęcia roku szkolnego. - A co do tej chmary szarańczy to nie moja wina. Naprawdę nie wiem o co im chodzi. Mogłyby się wreszcie ode mnie odpierdolić - zirytował się.
- Za jakiego dupka ty mnie masz - fuknął na wypowiedź Amelii. Cycki nie są najważniejsze. Właściwie to jeden z najmniej ważnych aspektów. Choć, to musiał przyznać, Kate miała, hmm, imponujący biust. Co nie zmieniało naturalnie faktu, że była wariatką. Kompletną. Totalną. Nieokiełznaną.
Leo zaśmiał się krótko, na wzmiankę o cnocie.
- I wzajemnie, siostrzyczko - wbił w nią spojrznie, nagle zastanawiając się, czy Amelia miała za sobą swój pierwszy raz. W sumie to nie powinno go obchodzić,  w końcu to prywatna sprawa Krukonki i w ogóle... Chociaż, czy aby na pewno? Był jej bratem, w pewnym sensie czuł się za nią odpowiedzialny. Perspektywa, że jakiś facet mógłby robić to z jego siostrą  była co najmniej dziwna i lekko dekoncentrująca. Postanowił się nad tym nie rozwodzić, w końcu... Nie, faktycznie, teraz będzie mu to chodziło po głowie. Super. Po prostu świetnie.
Gryfon zmieszał się na słowa Amelii, ale starał się tego nie okazywać. Przełknął szybko śłinę i zdobył się na nerwowy uśmiech.
- Tak, serio? Nawet nie zauważyłem - podrapał się w czubek nosa. O co chodzi? Przecież ty nie jesteś homo, idioto... Nie, wcale. Jasna cholera. Sam już nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć. To, że lubisz spędzać z nim czas jeszcze nic nie znaczy, jesteście przyjaciółmi, to przecież normalne. Ale czy to normalne, że o przyjacielu nie może się przestać myśleć i na każdym kroku zastanawia się, co właśnie porabia albo przy każdej rozmowie z nim kompletnie tonie się w jego pięknych oczach, a gdy odchodzi błądzi za nim rozmarzonym spojrzeniem? Nie, to zdecydowanie nie jest normalne. To wszystko go przerażało, przerastało, przytłaczało... Przez chwilę przemknęło mu przez myśl, czy nie podzielić się tymi wszystkimi uczuciami i wątpliwościami z Krukonką, ale po szybkiej analizie tej myśli, odrzucił ją i wrzucił do folderu: Idiotyczne. Ufał jej, to oczywiste, ale ich więź nie była już taka jak przedtem... Poza tym oboje zmienili się i to dość drastycznie. Dziwinie byłoby teraz, tak nagle całkowicie się przed nią otworzyć.
Chłopak wetchnął i usadowił się obok siostry. Poczuł, że stracił humor na resztę dnia. Teraz nękające go myśli nie będą dawały mu spokoju aż do wieczora i pewnie jeszcze w nocy. Z uwagą wysłuchał Amelii.
-Też byłem zobaczyć to lustro i to było... Czekaj, co?! Jaki Ślizgon? - opamiętał się w połowie wypowiedzi. - Znam go? Jak wygląda? Coś ci skurwiel zrobił? Niech ja go tylko dorwę, to, na chuja Merlina, wykastruję, nogi z dupy powyrywam, zapoznam jego twarz bliżej z jakimś pobliskim drzewkiem, a na końcu ubiję jak psa - z każdym słowem autentycznie robił się coraz bardziej wściekły. Nikt nie będzie dotykał jego siostry bez jej zgody. W sumie za jej zgodą też nie, dopóki on się nie zorientuje kto to i czy na nią zasługuje. Sama świadomość tego, że jakiś napalony Ślizgon miał czelność obłapiać ją na schodach sprawiała, że miał ochotę tego dupka wykończyć. Szkoda, że mnie tam wtedy nie było. Ten idiota już nigdy nie zbliżyłby się do Amelii ani na krok.
Powrót do góry Go down
Amelia Slughorn

avatar
Gracz


Skąd : Cornwall
Liczba postów : 63
PisanieTemat: Re: Cieplarnie   03.02.16 18:50

- Oj nie mam cię za dupka – zamruczała potulnie – ja po prostu wiem jak jest i tyle.
Uważała, że zna rzeczywistość i standardy jakimi kierują się mężczyźni. Nie potrafiła podobnych poglądów zmienić, nie było zresztą w jej życiu nikogo, kto by próbował. Czy jej światopogląd był ograniczony? Być może.
- Tak, serio serio. Nie zauważyłeś, że twoi koledzy się do ciebie dobierają? Hm, może masz farta i wszyscy z twojej paczki są hetero – kontemplowała, leciutko skubiąc czubek jej brody, niczym prastary mędrzec przeczesujący swą siwą, długą brodę.
Zmieszanie Leo nie uszło czujnej uwadze Amelii. Nie wiedziała jednak co skrywa jego umysł, kontrolowane emocje. Milczenie.  Nie miała już do niego dostępu. Powiedziałby jej, gdyby to było coś poważnego? Wyżaliłby się, przyszedł po poradę? To nie tak, że stali się sobie zupełnie obcy, prawda?
Zmarkotniał, wyczuła to, choć żaden komentarz nie opuścił jej ust. Coś go dręczyło, coś zaprzątało głowę.
Może już jej nie ufał? A może ufał tylko się bał? Czy i ona była skłonna do wyjawienia mu swoich najskrytszych myśli?  Może o pewnych sprawach lepiej było nie wiedzieć, może stali się już na tyle dorośli, że…posiadanie własnych sekretów należało do czegoś niezwykle naturalnego i nie powinno budzić takich skrajnych emocji?
Przegryzła wargę nerwowo wargę i postanowiła zapytać. Zanim jednak zdążyła rozpocząć operację wyciągania z braciaka jakichś szerszych informacji, ten dosyć niespodziewanie wybuchł.
- Leo, Leo – powtórzyła melodyjnym tonem, stawiając dłoń na jego ramieniu – nic się nie stało, tak tylko się ze mną droczył na schodach. To chyba jeden z tych wrednych, stereotypowych Ślizgonów, którzy całe dnie spędzają na dręczeniu mniejszych i słabszych. Nawet nie wiem jak ma na imię -przyznała całkiem szczerze, chcąc ułagodzić brata i zakończyć ten drażliwy temat. Fakt faktem, nic się nie stało, ale żałowała wspominania tamtego bądź co bądź błahego zdarzenia.
Uśmiechnęła się do niego serdecznie i zapewniła ostatni raz, że nic się nie stało.
- Z kim idziesz na walentynki? - wypaliła szybko bez namysłu w rozpaczliwej próbie zmianie tematu.
Powrót do góry Go down
Leo Slughorn

avatar
Admin


Skąd : Cornwall
Liczba postów : 438
PisanieTemat: Re: Cieplarnie   04.02.16 15:34

-Dobierają? - powtórzył mrugając szybko oczyma. Chyba to ja dobieram się do nich. Sapnął cicho. W sumie to dosyć zabawne. Czyżby Amelia trafiała na samych facetów odmiennej orientacji? Naprawdę miała pecha. Choć z drugiej strony, jeśli jest tak, jak mówiła, to Leo nie ma co się o nią martwić. W sumie zawsze mogłaby sobie znaleźć dziewczynę, choć... Slughorn jakoś nie widział siostry w takim związku. Ale czy to aby nie była hipokryzja z jego strony? W końcu on sam siebie wyobrażał w... różnych sytuacjach z Gabrielem, co było trochę dziwne. - Może - wzruszył ramionami, pozorując obojętność. W gruncie rzeczy to nawet nie znał orientacji większości swoich kolegów. Jakoś nie wychodziło w rozmowie, mieli przecież tyle innych tematów.
Leo starał się uspokoić na słowa Amelii, ale nie był w stanie. Jego reakcja przecież była normalna, prawda? Każdy by się zdenerwował na jego miejscu.
- Na pewno? - upewnił się wbijając w siostrę czujne spojrzenie. - Wiesz, to nic, że ty nie znasz jego imienia. Ja mogę się tego dowiedzieć, spokojnie. Mam swoje sposoby na takich skurwieli - odpowiedział z pewnością w głosie. Jakoś by doszedł do tego, kto to wtedy był, na tych schodach. Miał znajomości, a raczej potrafił patrzeć i słuchać. W końcu nie bez powodu się mówi, że ściany mają uszy, prawda?
Jednak postarał się chociaż odrobinę uspokoić. Skoro Amelia mówi, że nic się nie stało, to nic się nie stało, prawda? Nie widział powodu, dla którego miałaby zatajać przed nim coś takiego. Chociaż z drugiej strony skąd mógł wiedzieć, czy jego siostra nie ma może na ten temat takich poglądów, jak on na to swoje głupie zauroczenie? Bo na pewno nie miał zamiaru jej o tym powiedzieć, a przynajmniej nie teraz.
Wypuścił głośno nosem powietrze, gdy Amelia spytała o Walentynki. Nawet o tym nie pomyślał. Na pewno nie miał zamiaru umawiać się z jakąś napaloną dziewczynką. Oj, ja ci mogę powiedzieć z kim ja chciałbym spędzić te walentynki . Ale i tak nie spędzi, więc powinien przestać się łudzić.
- Wiesz... Nie myślałem o tym - zaśmiał się pod nosem i spojrzał na Amelię z rozbawieniem. -Zawsze mogę iść z moją kochaną siostrzyczką, ale pewnie już kogoś masz, czyż nie? - uniósł brew w pytającym geście.
W sumie autentycznie go to zainteresowało. W końcu jeśli Slughornówna ma jakiegoś towarzysza na ten dzień to Leo musi wiedzieć kto to taki. Przecież trzeba by było wybadać różne rzeczy, może uciąć sobie krótką pogawędkę z wybrankiem siostry... Musi wiedzieć, gdzie jest jego miejsce w szeregu!
- Nie rozumiem fenomenu walentynek. Nic takiego szczególnego nie ma w tym dniu - stwierdził po chwili przemyśleń. Według niego miłość można było wyznać w każdy inny dzień, a to, czy był to akurat czternasty lutego, czy nie, nie robiło różnicy. W końcu jeśli ktoś nie jest gotowy na wyznanie uczucia, to jakieś zasrane walentynki nic nie zmienią...
Powrót do góry Go down
Amelia Slughorn

avatar
Gracz


Skąd : Cornwall
Liczba postów : 63
PisanieTemat: Re: Cieplarnie   17.02.16 3:09

Uniosła lekko brwi, a usta jej wykrzywił przekomiczny uśmiech.
-Może? - parsknęła bezceremonialnie śmiechem – pewnie tego nawet nie widzisz. Nic dziwnego, jesteś przecież taki niewinny.
Tak, dokładnie o tym przekonana była Amelia. Mimo ogromnego powodzenia i lawinowego zainteresowania jego osobą (zwłaszcza ostatnimi czasy), Leo pozostawał całkiem niewinny w oczach siostry. Ułożony, być może nieco nieśmiały, dokładnie tak wyobrażała go sobie w kontaktach z dziewczętami. Naturalnie rzecz biorąc, nie podejrzewała, że cokolwiek mogłoby być inaczej.
Na jego słowa i chęć upewnienia, mimowolnie przewróciła oczyma i machnęła ręką. Tego typu troska ją rozczulała, ale nie na tyle, aby szczegółowo streszczać mu przebieg tamtego zdarzenia. Raz, że było jej głupio i był to epizod zdecydowanie wstydliwy, dwa że tak naprawdę nie sądziła, aby z chłopakiem miała jeszcze kiedykolwiek do czynienia. Traciliby tylko czas.
-Nie wątpię, że masz swoje sposoby-puściła mu oczko i pacnęła w ramię - ale sama dałam sobie z nim radę. Już więcej mnie nie zaczepi. Serio. Bardzo w to wątpię.
Ucięła temat ostatecznie, raz na zawsze i wyprostowała gwałtownie swe obolałe plecy. Wszystkie kości i chrząstki wróciły na swe miejsce, informując ją o tym charakterystycznym "strzykającym" dźwiękiem.
Tak jak podejrzewała, reakcja Leo na samo słowo "Walentynki" należała do tych z gatunku przewidywalnych i mało zaskakujących. Na tym gruncie wydawał się być typowym chłopakiem. Pytanie obróciła w żart, na tyle umiejętnie jak tylko potrafiła. Nie chciała emanować swoją goryczą w obecności Leo, w jakimś sensie było to dla Amelii wstydliwe. Przy koleżankach? Czemu nie. Ale z jakiegoś powodu przy swoim bracie zawsze chciała zachowywać pozory pewności siebie.
- No to chodźmy razem, żadna propozycja nie jest w stanie przebić twojej. I tak nikt inny z nami nie wytrzyma, wiesz o tym?
Oboje byli dziwni, ale z tej dwójki to Leo wydawał się nieco bardziej wpisywać w narzucane standardy i co najważniejsze - był facetem. Facetom dużo więcej uchodziło na sucho niż kobietom. One po prostu musiały być ładne, zgrabne i wiele nie gadać. Nawet lekki ekscentryzm nie wchodził w grę.
- Phi, ani ja. Ale jest w tym coś ekscytującego, zwłaszcza dla nas dziewcząt. Te całe podchody, podniecenie związane z kwestią "czy on mnie zaprosi?", gdzie pójść, w co się ubrać i takie inne bzdety. Faceci tego nie rozumieją - wzruszyła ramionami i spuściła głowę kręcąc nosem.
A może tak tylko się jej wydawało?
Powrót do góry Go down
Leo Slughorn

avatar
Admin


Skąd : Cornwall
Liczba postów : 438
PisanieTemat: Re: Cieplarnie   01.03.16 21:05

- Tia, na pewno – parsknął krótkim, urywanym śmiechem. W istocie, jego niewinność porażała, doprawdy. Tak, Amelka, tak, karm się tą myślą jak najdłużej... Ciekawiło go, jak siostra zareagowałaby, gdyby dowiedziała się o jego zauroczeniu. Pewnie dość wybuchowo. No ale przecież nie można się temu dziwić. Tak z dnia na dzień dowiedzieć się, że twój brat jest... właśnie, kim jest? Gejem? Nie, nie jest gejem. Na pewno. Ej no, przecież o takich rzeczach powinien przekonać się już wcześniej... A może właśnie nie? Może dopiero teraz na jaw wychodzi jego prawdziwa natura? Albo to po prostu hormony i to wszystko po prostu sobie wyobraził i wyolbrzymił.
- Na pewno? – powtórzył z naciskiem, choć przecież nie musiał. W końcu jeśli Amelia mówiła, że sobie poradziła, to znaczy, że sobie poradziła, prawda? W sumie to po co drążyć ten temat? A jednak, ze swoją idiotyczną braterską miłością i troską nie mógł tego od tak zostawić. Zapamiętam sobie, pomyślał, ja się jeszcze zorientuję, który to taki dzielny. - Tak więc, jestem z ciebie dumny – objął ją ramieniem i przytulił do siebie, jakby była małą dziewczynką. Bądź co bądź, byli rodzeństwem i powinni trzymać się razem, prawda? Choć ich więź od powrotu do szkoły znacznie osłabła, to i tak mieli ze sobą lepsze relacje, niż większość rodzeństw, które znali. No, może prócz Lazarovów, bo oni też zdawali się być blisko.
Uśmiechnął się na słowa Amelii. 
- Tia, chyba masz rację. A ja będę mógł mieć cię na oku i będę pewien, że tym razem żaden Ślizgon nawet cię nie tknie – mrugnął do niej porozumiewawczo, dając jej znać, że po części żartuje. Po części, ponieważ miał zamiar mieć na nią oko. 
- Hmm... co za seksizm. A faceci nie mogą się jarać tym, czy ich sympatia ich gdzieś zaprosi, ani tym, czy mają na sobie aby na pewno świeżą bieliznę, w razie gdyby po balu doszło do czegoś więcej? Proszę ciebie – prychnął. Chciał jeszcze coś dodać, ale wypadło mu to z głowy. No, jak zawsze. 
Przeciągnął się i rozejrzał wokół. Naprawdę cieplarnię wybrali na miejsce swojej pierwszej od dawna rozmowy w cztery oczy? Żałosne. Powinni widywać się częściej i rozmawiać. Spróbować jakoś odnowić kontakt. Zbliżyć się do siebie bardziej, tak jak kiedyś. 
Niespodziewanie zerwał się z ziemi.
- Może wrócimy do zamku? Wiesz, trochę tu śmierdzi – stwierdził, marszcząc nos, co wyglądało przekomicznie. Tak naprawdę to chodziło o to, że na dworze robiło się coraz zimniej, a poza tym cieplarnia nie była jego wymarzonym miejsce na spędzenie reszty tego dnia. 
Wyciągnął rękę w stronę siostry, pomagając jej wstać. Jeszcze raz obrzucił pełzające po podłożu stworzonka spojrzeniem i otworzył drzwi cieplarni, aby następnie przekroczyć jej próg.
Jasna cholera, jak zimno.

[zt x 2]



He used to call me poison
Like I was poison ivy




I could have died right there
‘Cause he was right beside me
Powrót do góry Go down
Pomona Sprout

avatar
Specjalne


Liczba postów : 10
PisanieTemat: Re: Cieplarnie   11.04.16 22:35

Zielarstwo - Etap I

Ptaki śpiewają, słońce świeci, kwiaty rozkwitają... Wiosna! Idealna pora na długie przechadzki, przesiadywanie na błoniach z przyjaciółmi i oczywiście lekcję Zielarstwa! Pomona Sprout wkroczyła do cieplarni na kilkanaście minut przed oficjalnym rozpoczęciem zajęć i pełna optymistycznych myśli obrzuciła pomieszczenie spojrzeniem, zatrzymując je co chwilę na każdym stanowisku z osobna, aby zorientować się, czy są one należycie przygotowane do lekcji i czy uczniowie mają do dyspozycji wszystko, czego potrzebują. Gdy upewniła się, że tak jest odetchnęła z uśmiechem i z niecierpliwością oczekiwała na przybycie uczniów, umierając z ciekawości, jak poradzą sobie z przygotowanym przez nią zadaniem.
Po niedługim czasie cieplarnia zaczęła wypełniać się dzieciakami.
- Witajcie, witajcie, moi drodzy! – zawołała donośnym głosem. - Zajmijcie miejsca przy swoich stanowiskach, tylko nie podchodźcie na razie zbyt blisko do tych uroczych roślinek! – przestrzegła. Odczekała chwilę, aż uczniowie wypełnią jej polecenie, po czym odchrząknęła i kontynuowała. - Dzisiaj zajmiemy się wnykopieńkami, a dokładniej sztuką wydobycia z nich strączków, we względnie bezpieczny dla was i otoczenia sposób. Strączki to nic innego jak sporej wielkości zielone bulwy... Na pewno rozpoznacie, jak zobaczycie – machnęła ręką. - Ale, ale! Ta sztuka nie jest taka prosta. Może wam się teraz wydawać, że przed sobą macie zwykłe byle kawałki drewna, niegroźne i nieszkodliwe, ale nic bardziej mylnego, o czym zresztą za chwilę sami się przekonacie! Otóż, gdy znajdziecie się zbyt blisko pieńków, ze szczytu ich pnia wyrosną długie, kolczaste pędy, które będą na was nacierać! Aby tego uniknąć, musicie wykazać się szybkością i sprytem, i wszystkie je złapać, i nie puszczać, a to dlatego, że kiedy już uda wam się schwytać pędy, to w ich plątaninie ukaże się dziura. W niej natomiast znajdują się pożądane przez nas strąki wnykopieńków. Tylko broń Merlinie nie pchać po nie łapy! – ostrzegła ponownie, surowym tonem. - Bo jeśli znajdzie się jakiś taki mądry, to szczerze mu współczuję! No, ale o tym za chwilę! Na razie skupmy się na podejściu roślinek i pochwyceniu ich pędów. Teraz może wam wydawać się to głupie, ale opis wnykopieńków i sposobu wydobycia z nich strąków to jedno z częstych zadań egzaminacyjnych, do których mam zamiar solidnie was przygotować, a umiejętności praktyczne na pewno wam się przydadzą. A poza tym, kto wie, może nagrodzę osoby, którym pójdzie wyjątkowo dobrze? – spytała retorycznie. To zawsze zachęcało uczniów do starania się bardziej. - Tak więc – żeby nie przedłużać – bierzemy się do pracy, moi mili, no już, już! – pogoniła ich, wskazując podbródkiem na jeden z wnykopieńków.

Rzuć jedną kostką. Liczba wyrzuconych oczek powie, jak ci poszło. Jeśli za pierwszym razem ci się nie powiedzie, możesz spróbować ponownie, jednak pamiętaj aby opisać każde podejście, włącznie z nieudanymi. Podejście do drugiego etapu lekcji jest możliwe wyłącznie, kiedy zaliczysz pierwszy etap.

1, 5 - tu ci się udało, choć łatwo nie było! Podchodzisz do roślinki w pełnej gotowości, aby w porę zareagować na agresję z jej strony. Niestety, akurat w momencie, w którym wnykopieniek posyła w twoją stronę swoje diabelskie pędy coś cię rozprasza. Obrywasz od rośliny kilka razy, ale na szczęście niemal bezboleśnie. Nie poddajesz się i starasz się pochwycić jej gałęzie, co w końcu jakimś sposobem ci się udaje i twoim oczom ukazują się porządne strąki.
2, 4 – ostrożnie zbliżasz się do roślinki i już zdaje ci się, że wnykopieniek cię nie wyczuł i wszystko poszło dobrze, kiedy roślina niespodziewanie reaguje obronnie, a jej pędy zaczynają chłostać cię po całym ciele, zmuszając do odsunięcia się od niej na znaczną odległość. To ci się nie udało. Może spróbujesz jeszcze raz, tym razem mając na uwadze charakterek wnykopieńków?
3 - przymierzasz się do pochwycenia pędów rośliny przez jakiś czas, a kiedy coś podpowiada ci, że to ten moment, wystrzeliwujesz w jej stronę szybciej, niż ona wypuszcza gałązki w twoją. Udaje ci się pochwycić je w perfekcyjnym momencie. Jak to zrobiłeś?! Profesor Sprout na pewno będzie miała na uwadze twój godny podziwu wyczyn.
6 - jesteś zbyt pewny siebie i podchodzisz do roślinki, zapominając o chwilę wcześniej wymówionych przez profesor Sprout słowach. Zdaje ci się, że wnykopieniek nie zwrócił na ciebie uwagi, kiedy niespodziewanie jeden z jego pędów wyskakuje ku tobie i obrywasz gałązką po twarzy z siłą, której nie spodziewałbyś się po tym niepozornym pieńku. Uderzenie pozostawiło krwawą szramę na twoim policzku, ale nie ma czasu na użalanie się nad sobą! Chcesz wygrać z tą roślinką, czy nie?

Data zakończenia pierwszego etapu: 26 kwietnia. Yyy, pożyjemy zobaczymy ._.

Kod do wklejenia pod postem:
Kod:
<kk>Liczba wyrzuconych oczek:</kk>

Powrót do góry Go down
Nikolai Lazarov

avatar
Gracz


Skąd : (Bułgaria) Szkocja
Liczba postów : 162
PisanieTemat: Re: Cieplarnie   13.04.16 22:03

Nikolai nie przepada za zielarstwem, chociaż niby w warzeniu eliksirów jest bardzo przydatne. Woli dostawać już gotowe składniki, albo po prostu je kupować, zamiast użerać się z tymi okropnymi roślinkami, które są tak bardzo niesforne, że biją, wrzeszczą, plują i zjadają. Kto to wie co go zachęciło, że dzisiaj tu przychodzi. Cieplarnie są duszne i jakieś takie nieprzyjemne. Zdecydowanie woli przenikający chłód i wilgoć lochów, niż to dziwne bycie tutaj.
Sprout gada jakaś taka podekscytowana, co na pewno jest przeciwieństwem jego, stojącego gdzieś w kącie i słuchającego jej tylko jednym uchem. Bardziej się zastanawia co on tu, na Salazara, robi z tą irytującą kobietą niż uważa na te wszystkie na pewno ważne informacje. Gdyby był mugolem pewnie siedziałby wgapiony w ekran swojego smartfona, ale jako czarodziej nie ma takich możliwości, więc wygląda przez brudne szyby szklarni.
Kiedy przychodzi czas na zadanie, niespecjalnie się z nim ociąga, woli mieć to już za sobą. Zakłada na dłonie rękawice, pewnie takie ze smoczej skóry, jeśli ich się używa do zielarstwa, a potem (podpatrując innych) próbuje uchwycić wykpoieńka, ale zdecydowanie robi to zbyt mało sprawnie, a przede wszystkim za wolno. Z jakiegoś powodu wydaje mu się, że nic mu nie grozi, ale roślinka szybko rozwiewa jego wyobrażenia, kiedy całkiem mocno strzela go pędami po twarzy. Syczy pod nosem i przytyka do policzka dłoń już bez rękawiczki. Nie ma pojęcia, że krwawi, chociaż czuje jak szczypie. Durna roślinka.

Liczba wyrzuconych oczek: 6
Powrót do góry Go down
Lycoris Reagan

avatar
Gracz


Skąd : Londyn
Liczba postów : 390
PisanieTemat: Re: Cieplarnie   14.04.16 12:31

Zielarstwo brzmiało super, nawet całkiem, dlatego Reagan postanowiła na nie iść. Jak na złość musiała należeć do tych ambitniejszych uczniów, chociaż zapewne nikt by się tego po niej nie spodziewał. Przecież lubiła imprezować, kochała towarzystwo innych ludzi, gdzie więc miała czas na naukę? Cóż, właśnie z tego powodu zdarzało jej się czasem zarywać nocki, chociaż czas poświęcała tylko tym przedmiotom, które były tego warte. Plus nie mogła pozwolić, aby inni byli od niej lepsi. Dlatego starała się nie opuszczać pożytecznych zajęć (Historia Magii się do tego nie zaliczała) i nawet się do nich przygotowywała. Wszak nic nie dawało jej większej satysfakcji, aniżeli lepsza ocena od, dajmy na to, takiego Slughorna!
Teraz zmierzając w stronę cieplarni była nastawiona optymistycznie, chociaż kilka ostatnich wydarzeń dało jej nieźle w kość. Nie mogła narzekać na nudę w swoim życiu bo albo Leo jej zabawy dostarczał, albo Darren, albo Elle. Nawet Felix okazał się godny, podobnie jak Upson. Tak, bez problemu zawsze znajdował się ktoś, kto jej czas umilał na różne sposób. Bo niekoniecznie zawsze były one miłe dla niej.
- Dzień dobry – rzuciła do nauczycielki, kiedy weszła do środka. Nawet ją lubiła, wydawała się spoko kobitką, plus nigdy ich specjalnie nie karała, ani nie kazała pisać karnych testów za dziwne zachowania podczas zajęć. A trzeba powiedzieć, że takowe miały wiele razy miejsce. Rozejrzała się i stwierdziła, że liczba osób powalająca nie je. No tak, komu by się chciało z roślinami bratać?
Gdy nauczyciela zabrała głos Liv wysłuchała tego, co miała do powiedzenia. Wnykopieńki? Brzmiało… no trochę zwyczajnie i tak też wyglądało, kiedy podeszła do stanowiska i przyjrzała się roślinie. Czy nie mogli choć raz bawić się z czymś ładniejszym? Westchnęła. No nic, musiała jakoś dać sobie radę z chwastem i wydobyć z niej strąki, które były potrzebne do wstępnego zaliczenia zajęć. A że ona się nigdy nie poddawała i nie rezygnowała, to zakazała rękawy, założyła ochronne rękawice i okulary tak na wszelki wypadek, i powoli zaczęła się zbliżać do rośliny. Ostrożnie, jak zaleciła nauczycielka. Pochwycenie pędów? Ale jakich pędów?
A kiedy znalazła się już blisko, bliziutko, dowiedziała się, o czym dokładniej profesor mówiła. Z kłody niczym bicze wyskoczyły pędy i zaczęły smagać Liv, jakby była jakimś skazańcem, a one katem!
- Cholera! – zaklęła dość głośno i automatycznie odsunęła się od tego całego badziewia. Nie miała zamiaru dać mu się tak bezkarnie okładać – Głupia roślina – skrzywiła się, masując obolałe miejsca, w które roślinie udało się trafić.

Liczba wyrzuconych oczek: 2
Powrót do góry Go down
Maya Hamilton

avatar
Gracz


Skąd : Norwich, Anglia
Liczba postów : 219
PisanieTemat: Re: Cieplarnie   14.04.16 12:46

Maya kochała zielarstwo. Nie wyobrażała sobie, iż mogłaby nie pojawić się na zajęciach, z którymi wiązała swoją przyszłość. Uwielbiała przebywać w otoczeniu roślin, kochała się nimi zajmować. Kilka razy zdarzyło jej się pomóc pani Sprout w pielęgnacji, chociaż niestety nie mogła robić tego tak systematycznie jakby chciała. Musiała skupić się na zajęciach oraz egzaminach, które miała pisać w tym roku. Jednak kiedy tylko miała trochę więcej czasu udawała się do cieplarni, aby po przebywać z roślinami. Może właśnie dlatego wiedziała o nich tak dużo.
Wchodząc do cieplarni, w której odbywały się dzisiejsze zajęcia, Hamilton przywitała się cicho z nauczycielką, a po chwili już stała nieopodal swojego stanowiska, na którym spoczywała wnykopieńka. Czytała kiedyś o tych roślinach i chociaż były bardzo niepozorne, należały do niebezpiecznych. Jakakolwiek próba ignorancji mogła skończyć się pobytem w szpitalu. Niestety, pomimo wiedzy, jaką miała na ich temat, brakowało jej praktyki i pewności siebie, które pomogłaby jej uporać się z zadaniem jakie wyznaczyła im nauczycielka. Hamilton poczuła, jak zaczyna się stresować, chociaż za wszelką cenę starała się odgonić od siebie złe myśl. A co, jeśli jej się nie uda, a to przekreśli jej plany na przyszłość? Powiodła po reszcie nieśmiałym wzrokiem, aby upewnić się jak oni sobie radzą. Nie najlepiej, co w pewnym stopniu powinno być dla niej pocieszające.
Ponownie przeniosła spojrzenie na roślinę i odetchnęła. Musi to zrobić, musi uwierzyć, że wszystko będzie dobrze i jej się uda. Założyła rękawice ochronne i okulary. Skoro miały pędy musiała liczyć się z tym, iż może oberwać w twarz, a jednak nie chciała uszkodzić sobie oczu. Wolno zaczęła zbliżać się do wnykopieńki, jakby miała nadzieję, że roślina nie wyczuje jej obecności. Niestety, w momencie, kiedy zbliżyła się dostatecznie i zbyt śmiało pomyślała, że jej się uda, roślina wypuściła na nią swoje kolczaste pędy i zaczęła ją nimi smagać. Z ust Puchonki wyrwał się zduszony okrzyk, a ona odskoczyła do tyłu, potykając się niemal o własne nogi i upadając na podłogę. Poczuła jak policzki stały się czerwone, a w pomieszczeniu nagle zrobiło się gorąco. Szybko podniosła się z ziemi i upokorzona otrzepała ubranie. W tej chwili usłyszała niedaleko siebie cichy syk, który skutecznie oderwał jej myśli od wpadki. Jakiś chłopak, Ślizgon bodajże, oberwał w twarz. W Mai od razu obudził się instynkt niesienia pomocy. Podeszła do niego nieśmiało, chociaż z większą niż dotychczas pewnością.
- Nic ci się nie stało? – spytała cicho, patrząc na jego twarz. I wtedy dostrzegł krew – Ojej, ty krwawisz! Poczekaj, zaraz ci pomogę! – wyciągnęła z kieszeni materiałową chusteczkę, z którą nigdy się nie rozstawała i podeszła do chłopaka z zamiarem otarcia tych kilku kropli krwi, delikatnie przykładając materiał do rany.

Liczba wyrzuconych oczek: 2
Powrót do góry Go down
Nikolai Lazarov

avatar
Gracz


Skąd : (Bułgaria) Szkocja
Liczba postów : 162
PisanieTemat: Re: Cieplarnie   15.04.16 22:54

Zauważa, że policzek mu krwawi kiedy krzyczy to jakaś puchonka. Na początku oczywiście ją ignoruje, bo kto by się przejmował odrobiną krwi czy jakimiś tam zakażeniami? Zadrapania się zdarzają, ból również, a to delikatne szczypanie nie może się nawet równać z niektórymi innymi sytuacjami.
Na zbliżenie się się dziewczyny reaguje zupełnie jakby to ona była wnokpieńkiem i chciała go co najmniej uderzyć jak ta roślina przed chwilą. Odsuwa się nim udaje jej się dotknąć jego twarz chustką, zamiast tego przeciera policzek dłonią, zapewne śmiesznie rozmazując tę nikłą ilość krwi, która się tam pojawiła.
- Nie potrzebuję pomocy - mówi do niej nieprzyjemnym tonem, bo trochę warczącym i zerka na nią badawczo sprawdzając czy nie podchodzi znowu. To tylko mała puchonka i Nikolai nie chce zrobić jej krzywdy, ale gdyby zbytnio się narzucała, co coś może pójść nie tak.
Zdenerwowany trochę sytuacją postanawia zmierzyć się z wykopieńkami jeszcze raz. Tym razem radzi sobie bez najmniejszego problemu i łapie niesforne pędy nim też zdążą zauważyć. Właściwie nawet nie jest specjalnie zadowolony, a zadanie traktuje po prostu jako poprawnie wykonane.

Liczba wyrzuconych oczek: 3
Powrót do góry Go down
Leo Slughorn

avatar
Admin


Skąd : Cornwall
Liczba postów : 438
PisanieTemat: Re: Cieplarnie   19.04.16 21:05

Zielarstwo? Cudownie.
Nie żeby Slughorn miał coś do tej konkretnej lekcji, ale tak - miał coś do tej konkretniej lekcji. I wina nie leżała tu wcale w pani Sprout, która bądź co bądź była całkiem sympatyczną kobietą. Leo po prostu miał jakiś odwieczny konflikt z tymi pieprzonymi chwastami i to nie tak, że z jakimś konkretnym gatunkiem. Gryfon po prostu był skłócony z każdym zlepkiem komórek, który można było przypisać do kategorii: "rośliny". Tak o. Po prostu. Bez powodów. Od początku.
Leo czuł się jak wrak, a dostanie dodatkowo w dupę od roślinki nie wydawało mu się być kuszącą propozycją. Mimo wszystko poszedł na lekcję Zielarstwa, głównie ze względu poczucia winy i obowiązku, które niemiłosiernie nad nim wisiało. Nie mógł opuszczać lekcji. Powinien wziąć się za siebie i skupić na nauce, pochłaniać wiedzę jak gąbka i dawać dobry przykład wychowankom domu, który reprezentował. W końcu taki powinien być prefekt, prawda?
Przekroczył próg cieplarni, a w jego głowie pojawiło się wspomnienie rozmowy z Amelią i zgonu tego ślimaka, który niefortunnie spotkał się z podeszwą jego buta. To wydawało się tak odległe... Tyle się zmieniło od tego czasu! Gryfon obrzucił spojrzeniem uczniów zgromadzonych w pomieszczeniu. Wow. Faktycznie tłumy. Zatrzymał przez chwilę wzrok na Liv, posyłając jej mordercze spojrzenie. Zaraz jednak opamiętał się, dochodząc do wniosku, że co jak co, ale kolejna sprzeczka z Reagan jest ostatnim, na co ma ochotę.
Wybrał sobie stanowisko na przeciwko Nikolaia, wcześniej witając się z nim skinięciem głowy. Naprawdę starał się skupić na słowach, wypowiadanych przez profesor Sprout, ale niezbyt mu to wychodziło w praktyce. Obrzucił szybkim spojrzeniem ustawiony przed nim wnykopieniek. To coś niby jest niebezpieczne? Jego wzrok ponownie powędrował do nauczycielki. Czy ona mówiła poważnie, czy coś jej się pomieszało, czy po prostu sobie z nich żartowała, czy też chciała ich sprawdzić i zobaczyć, czy ktoś zareaguje. Wyglądało jednak na to, że kobieta mówi poważnie. Leo wypuścił nosem powietrze i utkwił spojrzenie w Nikolaiu, który już po chwili dostał od roślinki z liścia. Au. Okej, oto jak tego nie robić. Naprawdę nic nie potrafił poradzić na to, że następnie jego wzrok odruchowo powędrował w stronę Liv. Tak samo nic nie mógł poradzić na uśmieszek, który wpłynął na jego twarz, gdy pieniek wysmagał dziewczynę gałązką od stóp do głów. Dobrze ci tak.
W końcu uznał, że chce mieć już za sobą zabawę z roślinką i nadszedł czas, aby to on zrobił podejście. Jednak - jako, że Leo to Leo, a lekcja to Zielarstwo - oczywiście coś musiało pójść nie tak. Bardzo nie tak.
Dość szybkim krokiem zbliżył się do wnykopieńka i to był błąd. Nawet nie dostrzegł, kiedy pędy rośliny wystrzeliły w jego kierunku. Nie zdążył w żaden sposób zareagować, bo w ułamku sekundy jedna z gałęzi zamaszyście uderzyła go w policzek.
- Ja pier.. - syknął, przykładając rękę do zranionego miejsca oraz zataczając się odrobinę w prawo i gwałtownie oddalając się na kilka metrów od stanowiska, aby wpaść... No, a na kogo mógł wpaść? Oczywiście, że na Reagan. Odsunął się od niej kiedy tylko poczuł, jak jego ciało się o nią ociera. Cholera, naprawdę świat aż tak go nienawidził?

Liczba wyrzuconych oczek: 6
Powrót do góry Go down
Lycoris Reagan

avatar
Gracz


Skąd : Londyn
Liczba postów : 390
PisanieTemat: Re: Cieplarnie   23.04.16 11:21

Przez jakiś czas mierzyła jeszcze roślinę niezadowolonym spojrzeniem. Co u licha nie tak było z tym chwastem? Przecież powinno jej pójść bezbłędnie, więc wina stanowczo nie leżała po jej stronie. Nie to, żeby była jakaś wybitna z zielarstwa, ale chyba każdy potrafił wykonać tak proste zadanie. Najwidoczniej jednak niekoniecznie, skoro z tego co zdążyła zauważyć większość sobie nie radziła, w tym niestety i ona. Westchnęła odgarniając włosy z twarzy. Nie ma mowy, aby się poddała i dała pokonać badylowi! Nie dość, że byłoby to upokorzenie dla niej samej, tak dodatkowo pewnie dałaby Slughornowi kolejny powód do chamskich uwag, za które pewnie by oberwał, ale to już pomijamy. Rzuciła spojrzenie w stronę „ulubionego” kolegi, by chwilę później wrócić nim na roślinkę, która leżała sobie spokojna, jak gdyby przed chwilą wcale nie chciała zabić jej pędami.
Wolnymi krokami zbliżała się do chwasta, uważając przy tym, aby faktycznie nie wykonać jakiegoś zbyt gwałtownego ruchu. Jeśli jej nie sprowokuje, to może tym razem jej się uda. Nie chciała ostatecznie być jedyną, która zadanie nie wykona, bo jej chora ambicja zdecydowanie na to nie pozwalała. Wydawać by się mogło, że wszystko szło po jej myśli. Dostrzegła wydobywające się pędy i obrała pozycję obronną, aby w odpowiednim momencie je chwycić, tym samym unieszkodliwiając. Niestety, coś musiało pójść nie tak, bo czemu nie. I to przez kogo? Przez tego przegrywa Slughorna, który uznał, że świetnie będzie na nią wpaść. Ona rozumiała wszystko. Ze się w niej kochał, że na nią leciał, ale tak na zajęciach, kiedy niemal walczyła o życie?
- Popieprzyło cię, debilu? – warknęła do niego. Niestety, tym samym przeniosła swoją uwagę z pędów na chłopaka, a chwilę potem poczuła jak pędy w nią uderzają niczym jakiś bicz – Kurwa! – zaklęła cicho, na tyle, aby nauczycielka tego nie dostrzegła. Slughron ma przerąbane! Już ona o to zadba. Najpierw jednak musiała się zająć rośliną. Podeszła do niej i ignorując możliwość kolejnego oberwania, po prostu złapała za gałęzie. Była wkurzona na Gryfona, toteż poziom jej adrenaliny był podwyższony. A kiedy udało jej się unieruchomić cholerstwo dostrzegła strąki. Przynajmniej teraz jej się udało. To nie oznaczało oczywiście, że wybaczy chłopakowi!

Liczba wyrzuconych oczek: 5
Powrót do góry Go down
Maya Hamilton

avatar
Gracz


Skąd : Norwich, Anglia
Liczba postów : 219
PisanieTemat: Re: Cieplarnie   23.04.16 11:52

Podchodząc do chłopaka nie wiedziała, czy postępuje dobrze. A może nie tyle dobrze, co bezpiecznie, bo przecież Ślizgon niekoniecznie mógł chcieć pomocy, co dodatkowo z nieprzyjemną naturą wychowanków Zielonego Domu dawało mieszankę iście wybuchową, jednak nie umiała się powstrzymać widząc, jak komuś działa się krzywda. Niestrudzenie podeszła do niego widząc grymas na jego twarzy. Najwidoczniej nie wiedział o zadrapaniu. Puchonka uśmiechnęła się do niego delikatnie, chociaż trochę nieśmiało. Chciała mu tym pokazać, że z jej strony nie musi się niczego obawiać i będzie delikatna. Niestety, nie dał jej szansy, aby tego udowodnić, a w momencie, kiedy się odsunął, Hamilton zrobiło się przykro. Przecież nie chciała go bardziej skaleczyć.
- P-przepraszam, ja tylko… - nie dał jej jednak dokończyć, rzucając chłodno uwagę. Cofnęła rękę, jak również resztę swojego ciała o krok. Speszyła się, było widać. Nigdy nie umiała poradzić sobie w momencie, kiedy ktoś był dla niej niemiły, a Ślizgon zdecydowanie właśnie tak ją potraktował. Westchnęła i z czerwonymi policzkami zmięła chusteczkę – Przepraszam raz jeszcze – rzuciła szybko i wróciła do swojej roślinki. Czemu ludzie tak bali się przyjmować pomoc? Przecież nie było w tym niczego złego. Schowała chusteczkę i spojrzała na roślinę. Musiała się z nią zmierzyć ponownie, chociaż po spotkaniu z chłopakiem nie czuła się w tym zbyt pewnie. Westchnęła powoli zbliżając się do pnia. Krok za kroczkiem, ostrożnie i bez gwałtownych ruchów. Zdawało się to być planem idealny. Udało jej się nawet dostrzec pędy, które wyłoniły się w wnykopieńki. Niestety, akurat jej uwagę musiał przykuć jakiś motylek lub coś podobnego, co przeleciało po jej lewej stronie. Obróciła twarz w jego stronę, tym samym czując na sobie lekkie uderzenia pędów – Ojej – pisnęła cicho, zakrywając się rękami. Nie mogła jednak się poddać i chociaż miała wielką chęć cofnięcia się, zamiast tego ruszyła przed siebie, jakoś unikając dalszego biczowania. Złapała nawet za te pędy, chociaż raniły jej dłonie. Całkiem zapomniała o ponownym założeniu rękawiczek! Ostatecznie jednak udało jej się pokonać roślinę i teraz patrzyła na piękne strąki, które miała w sobie. Uśmiechnęła się, szukając wzrokiem Myrnina, aby pochwalić się wykonanym zadaniem.

Liczba wyrzuconych oczek: 1
Powrót do góry Go down
Myrnin Lewis

avatar
Gracz


Skąd : Royal Tunbridge Wells
Liczba postów : 374
PisanieTemat: Re: Cieplarnie   23.04.16 22:44

Zielarstwo, czy jest coś nudniejszego od tej lekcji? Przez całą drogę na lekcje, własnie nad tym puchon się zastanawiał. Nie chodziło o to że nie lubi roślinek, ani nic z tych rzeczy. Ale jednak nie uważał że te lekcje do czegoś mu się przydadzą. Ale chodził na nie ze względu na to że w sumie musiał i bardzo lubił panią profesor. Może jej lekcji go nudzi i nie zawsze jej słuchał, ale jednak... Czasem potrafiła go zainteresować i to nawet tak, aby chłopak zaczął udzielać się na lekcji. A to jest już jakiś cud.
Jednak, dziś tak nie było. Niby stał na błoniach i słuchał pani psor, ale jednak nie docierało do niego żadne słowo które wypadło z jej ust. Dla niego była to tylko jakaś paplanikna o przesadzaniu, drzewa? Nie ważne, przecież aż tak trudne nie może to być.
Podszedł do swojego stanowiska i złapał to coś. Nie wiedział co poszło nie tak, pewnie dlatego że nie za bardzo słuchał tej całej paplanini. Nagle poczuł na policzku, pieczenie. Wydał z siebie delikatny okrzyk i wypuścił tę gadzinę z uścisku. Nie myśląc dłużej, przyłożył sobie do policzka rękę, odzianą w smocze rękawiczki. Skrzywił się delikatnie i zerknął na innych. Najwyraźniej, tylko jemu jak na razie się nie udało. Z tego co widział ze swojej odległości, a w sumie za dużo nie widział. Bo jego wzrok odrazy poleciał na Maye, która ewidentnie szukała kogoś wzrokiem. Może jego ? Uśmiechnął sie do niej, dość skwaszony, bo policzek nadal go piekł. Ale najwyraźniej jej się udało, przynajmniej ona nie musiała tego poczuć, co on czuł teraz. A był to ból z zażenowaniem.
Liczba wyrzuconych oczek: 6
Powrót do góry Go down
Leo Slughorn

avatar
Admin


Skąd : Cornwall
Liczba postów : 438
PisanieTemat: Re: Cieplarnie   24.04.16 17:53

Wszystko poszło nie tak, jak powinno. Oberwanie z liścia od jakiejś idiotycznej roślinki zdecydowanie nie było niczym, o czym marzył Slughorn. Ostatnio odnosił wrażenie, że cały świat uwziął się na niego, a wszystko w obrębie kilkudziesięciu metrów chce go zabić. Nieważne, czy był to kamyczek, krwiożerczy demon śmierci, stonoga, Reagan czy stokrotka – nawet pieprzona książka do Historii Magii nagle stwarzała ogromne zagrożenie dla jego egzystencji na tym świecie. I nie – to nie było ani trochę fajne uczucie. Leo powinien dostać jakiś papierek od McGonagall z pozwoleniem na nieopuszczanie dormitorium i nieuczęszczanie na zajęcia przez najbliższy czas. A najlepiej do końca roku szkolnego. Leżałby sobie cały dzień w łóżku i spał, tak. A tak naprawdę to pewnie w czasie zajęć marnował swój czas na wszystko, tylko nie naukę, a po południu kopytkowałby do Gabe'a, tłumacząc się, że przecież Bertrand obroni go przed krwiożerczymi przedmiotami codziennego użytku, które na niego czyhały, gotowe aby zadać mu bóle i cierpienia. Perspektywa równie kusząca, co nierealna, bo McGonagall w życiu nie dałaby mu takiego papierka. Najwyżej odjęłaby mu punkty za robienie sobie żartów z dyrektora i brak szacunku dla kadry nauczycielskiej. Szkoda. Zostawało mu więc tylko zacisnąć oczy i iść przed siebie, nie zwracając uwagi na wszelkie ciosy, zadawane w jego stronę. A raczej na odwrót – powinien właśnie mieć oczy dookoła głowy i, do cholery, patrzeć, czy aby sufit zaraz się na niego nie zwali.
No i jeszcze pozostawała Liv, która naprawdę była święcie przekonana, ze każdy gest czy słowo jest specjalnie i z premedytacją skierowane do niej. No tak, bo on ma nudno w życiu i nie, jak dobić samego siebie. To, że miał pecha to przecież nie jego wina, halo! A już na pewno dobrowolnie nie pchałby się na Reagan, broń Merlinie. Niech sobie robi tam z tą swoją roślinką to, co chce, jego to nie obchodziło.
- To nie moja wina, że nie umiesz sobie poradzić z jakimś cholernym chwastem – burknął pod nosem, znowu znajdując się naprzeciw swojego stanowiska. I wnykopieńka. Który nagle stał się tak niebezpieczny, jak wszystko inne. Super. Slughorn mógł rzucić to wszystko w cholerę, ale jednak chciał zaliczyć tę lekcję. Może trochę z powodu tego, że Liv udało się ją zaliczyć, a trochę przez własne ambicje, które żyły gdzieś tam w nim własnym życiem, ujawniając się co jakiś czas w przeróżnych sytuacjach. Zupełnie jak jego wola walki i pewność siebie. Gdzieś tam to wszystko jest zakopane i czasem wydostaje się na powierzchnię. Szkoda, że nie robi tego odrobinę częściej, bo zdecydowanie by mu to nie zaszkodziło, a nawet przydało.
Spojrzał niepewnie na wnykopieńka. Dobra, najwyższy czas. Teraz albo nigdy. Nie może wpatrywać się w niego w nieskończoność. Przecież nie zginie zabity przez roślinę na lekcji Zielarstwa, proszę was! Jak umrzeć to z honorem. Nie, jednak najlepiej w ogóle nie umierać. Szkoda, że to teoretycznie niemożliwe, w końcu śmierć dosięgnie wszystkich, prędzej czy później...nie, nie teraz. Nie mógł myśleć o takich rzeczach, musiał się skupić. Być szybki. I precyzyjny. Heh, nic trudnego, prawda?
I tym razem – wbrew pozorom, wierzcie lub nie – udało mu się bez najmniejszego problemu pochwycić złośliwe pnącza. Jak? On sam tego nie wiedział. Wpatrywał się w strąki, które pojawiły się przed jego oczyma najpierw z niemałym zaskoczeniem (zupełnie jakby sam nie wierzył w to, że mu się udało), które już po chwili ustąpiło miejsca satysfakcji, wpływającej na jego twarz. Widocznie naprawdę był szybki. Albo wnykopieniek w jakiś sposób wyczuł w jak fatalnym stanie był Gryfon i zdecydował się oszczędzić mu dodatkowych cierpień. O ile było to w ogóle możliwe, bo Leo nie wiedział zbyt wiele o naturze wnykopieńków. Dla niego każda roślina to szatan, po prostu. Zresztą, kogo to obchodzi jak to zrobił? Ważne, że mu się udało i zadanie zostało wykonane tak, jak powinno, a to przecież było najważniejsze.

Liczba wyrzuconych oczek: 3
Powrót do góry Go down
Rosemary Blackburn

avatar
Gracz


Skąd : Chelmsford, Wielka Brytania
Liczba postów : 267
PisanieTemat: Re: Cieplarnie   28.04.16 18:38

Rosemary wtoczyła się do cieplarni razem z niewielkim tłumkiem, od którego starała się trzymać względnie jak najdalej. Że też musieli się tu zgromadzić akurat kiedy w końcu ona dotarła! Zerknęła na panią profesor, po czym zajęła najdalsze z możliwych miejsc. Nie była może jakaś wybitna z zielarstwa, ale lubiła naturę, była więc nastawiona względnie pozytywnie do tego przedmiotu.
Słuchała uważnie co profesor Sprout ma do powiedzenia, a kiedy w końcu przyszło do praktyki, czuła się dosyć pewnie. W końcu słyszała jak to ma wyglądać, z pewnością sobie poradzi! Nie to co oni, pomyślała ponuro, nawet nie podnosząc wzroku na otoczenie. Miała dziś wyjątkowo kiepski dzień. Zbliżyła się pewnie do roślinki, a kiedy ta wypuściła pędy, Rose uniosła gwałtownie ręce i... Pudło! Sama nie wiedziała jak to się stało, że nie udało jej się złapać atakującego ją wnykopieńka. Chłostana po ciele ostrymi badylami, jak ona je już zdążyła nazwać, cofnęła się znacznie, stęknąwszy z bólem. Zerknęła przelotnie na swojego sąsiada, jednak szybko skupiła się na swojej robocie. Roślina zaczynała znowu się uspokajać i zasypiać. Rose przestąpiła ostrożnie z nogi na nogę. To.. Próba numer dwa?

Liczba wyrzuconych oczek: 2
Powrót do góry Go down
Effie Force

avatar
Gracz


Skąd : USA
Liczba postów : 156
PisanieTemat: Re: Cieplarnie   04.05.16 16:52

Przeklęte zielarstwo. Kto to wymyślił i po co? Gdybym chciała mieć ogród zatrudniłabym ogrodnika, proste. A tak tylko się ubrudzę. Ale zaliczyć trzeba... Jako tako na najniższą ocenę ale by się przydało. Effie wparowała do klasy, jak zwykle spóźniona i nawet nie zwracała uwagi kto tu jest i co robi. Jedyne co zauważyła z niesmakiem to wykopieńki. Przez chwile się zawahała, czy może jeszcze nie zrezygnować z zajęć. Miała już nieprzyjemne doświadczenia z tymi roślinami. Narwane to i skore do przemocy. Westchnęła zirytowana. Skoro już weszła do klasy do głupio będzie z niej wyjść. Podeszłą do stanowiska. Nawet nie słuchała nauczycielki. Chciała to mieć za sobą i szybko sięgnęła do korzeni. I oczywiście jej się nie udało. Jak komuś z brakiem smykałki do roślin miałoby się udać od razu? Wykopieniek wyrzucił swoje pnącza wprost na śliczną twarz Effie. A że najważniejszą rzeczą w życiu wili była ochrona pięknej buźki instynktownie zakryła się ręką, zrzucając przy tym pobliską pustą doniczkę. Spojrzała wściekła na roślinę, a dopiero po chwili poczuła okropny ból na przedramieniu, które całe czerwone, momentalnie spuchło. Co ją podkusiło, żeby przychodzić na zielarstwo?!
Liczba wyrzuconych oczek: 6
Powrót do góry Go down
Sponsored content



PisanieTemat: Re: Cieplarnie   

Powrót do góry Go down
 Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 4Idź do strony : 1, 2, 3, 4  Next

Erised :: Fabuła :: Hogwart :: Błonia-
Skocz do: